Nie masz konta? Zarejestruj się

Do poczytania

Pod Lipowcem stoi już pół wieku

18.10.2018 14:27 | 0 komentarzy | 1 838 odsłona | Michał Koryczan

Był obiektem przepychanek władz lokalnych i wojewódzkich. Niektórym „śmierdział” Krakowem. Dziś przyciąga tysiące turystów. Skansen w Wygiełzowie świętuje właśnie 50 lat istnienia.

0
Pod Lipowcem stoi już pół wieku
Dyrektorzy muzeum w Wygiełzowie: obecny - Marek Grabski oraz jego poprzednik - Jerzy Motyka
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Trudno sobie wyobrazić czasy, gdy w miejscu obecnego parku etnograficznego były pola, łąki i pastwiska. Pasły się tu krowy, stały snopki siana i zboża.

Dla ochrony wzgórza zamkowego

Wszystko zmieniło się w latach 60.

- Prace konserwatorskie na Lipowcu, przeprowadzone w latach 1961

-68, zrodziły potrzebę ochrony wzgórza zamkowego i jego przedpola. W tym samym czasie powstała koncepcja budowy sieci parków etnograficznych, muzeów i izb regionalnych w ówczesnym województwie krakowskim. Jedną z lokalizacji był Wygiełzów, co bez wątpienia mogło zwiększyć atrakcyjność warowni i walorów przyrodniczych tego miejsca – mówi Marek Grabski, obecny dyrektor Muzeum Nadwiślański Park Etnograficzny w Wygiełzowie i Zamek Lipowiec.

Decyzja zapadła w 1966 roku a dwa lata później rozpoczęła się budowa skansenu. Jego pierwszym kierownikiem został Cezary Popko, potem funkcję tę pełniły Anna Oczkowska i Henryka Haduch.

Jako pierwsze do Wygiełzowa zostały przeniesione dwa zabytkowe obiekty: dom miejski z Chrzanowa z 1804 r. oraz spichlerz z Kościelca z 1798 r. Niedługo potem chałupa sołtysia z Przegini Duchownej z 1862 r. Te trzy budynki można było zwiedzać w 1973 r. a skansen był częścią powołanego w 1970 r. przy Muzeum w Chrzanowie oddziału „Ruiny Zamku Lipowiec – Park Etnograficzny”.

Młócenie w skansenie

- Jak przyszedłem tutaj do pracy, teren przypominał plac budowy. Wszędzie leżały sterty drewna. Powstawało osiem obiektów, m.in. kościół z Ryczowa. Stojącej przy wejściu karczmy jeszcze nie było. Nie rosło tutaj też ani jedno drzewo. Wszystkie sadziliśmy. Nieopodal chałupy z Przegini Duchownej funkcjonował od lat punkt omłotowy. W żniwa ludzie przywozili tutaj zboże – opowiada Jerzy Motyka, który znaczną część swojego zawodowego życia poświęcił skansenowi.

- W 1975 roku na rynku w Alwerni spotkałem Mieczysława Mazarakiego, dyrektora Muzeum w Chrzanowie. Byłem wtedy nauczycielem i pisałem pracę magisterską o kasztelanii chrzanowskiej. Zaprosił mnie do siebie i obiecał udostępnić materiały na ten temat. Wtedy też zaproponował mi pracę w skansenie. Miałem wkrótce zostać dyrektorem szkoły, ale postanowiłem zaryzykować – opowiada Jerzy Motyka.

„Śmierdziało” Krakowem

Dyrektor Mazaraki zdecydował, że nowy pracownik będzie w jego imieniu nadzorował budowę skansenu. Jerzy Motyka przyznaje, że został rzucony na głęboką wodę. W związku z reformą administracyjną z 1975 r. park etnograficzny w Wygiełzowie, jak i cały powiat chrzanowski, znalazł się w granicach województwa katowickiego.

- Dyrektor Mazaraki bardzo to przeżył, bo był mocno związany z krakowskim środowiskiem naukowym. Dlatego to mnie powierzył wszelkie kontakty z władzami z województwa katowickiego. Trzeba było wejść w zupełnie nowe środowisko, co nie było łatwe. Katowice miały swój skansen w Chorzowie, a my, jako takie niechciane dziecko, zostaliśmy do nich przyłączeni. Wszyscy się na początku zżymali, że im w Wygiełzowie „śmierdzi” Krakowem. Trzeba więc było sprytu, żeby nawiązać życzliwe kontakty ze śląskimi władzami muzealnymi i konserwatorskimi, i zdobywać pieniądze. Przećwiczyłem to przy odbudowie domu Urbańczyka w Chrzanowie, potem przy budowie skansenu – wspomina Jerzy Motyka, który w maju 1979 roku, kiedy Mieczysław Mazaraki przeszedł na emeryturę, został dyrektorem Muzeum w Chrzanowie, zarządzającego skansenem w Wygiełzowie i zamkiem w Lipowcu.

Babice za biedne

W latach 80. nowy dyrektor musiał zmierzyć się z kolejnymi trudnościami. Radni z Chrzanowa stwierdzili, że nie będą dawać pieniędzy na skansen, bo nie leży na terenie tej gminy.

- Radni z Babic, na których terenie skansen stoi, powiedzieli natomiast, że są za biedni. Podjąłem nawet próbę przyłączenia Wygiełzowa do Chrzanowa, ale w pewnym momencie rada sołecka z Wygiełzowa zablokowała ten pomysł. Pojawiła się koncepcja, żeby gmina Babice przekazała Chrzanowowi tereny, na których jest skansen. Wśród kontrargumentów były i tak absurdalne, że Chrzanów sobie tam potem wybuduje bloki. Dopiero w latach 90., jak przyszedł mądry wójt Stefan Rożnawski, grunty zostały przekazane w dzierżawę wieczystą, ale nie gminie Chrzanów, tylko muzeum. I to pozwalało miastu przekazywać pieniądze na skansen zgodnie z prawem. Cały czas trzeba było jednak o nie walczyć – opowiada Jerzy Motyka.

Początkowo pod park etnograficzny przeznaczone zostały 3 hektary. Jak mówi Marek Grabski, założenia były takie, że zmieści się w nim nawet 30 obiektów. Czas pokazał, że obszar trzeba było powiększyć, kupując prywatne działki. Dziś skansen zajmuje 5,3 hektara.

Spichlerz zamiast kiosku

- Jak powstawał skansen, to nikt nie dbał o księgi wieczyste. Spore problemy były z trzynastoarową działką, na której dzisiaj stawiany jest spichlerz z Bobrka. Właściciel powiedział, że jej nie sprzeda, bo sobie postawi tam kiosk i będzie handlował. Pięć lat koło niego chodziliśmy. W końcu się zgodził. Kosztowała aż 48 tysięcy złotych. Tymczasem za inną, o powierzchni 60 arów, zapłaciliśmy w podobnym czasie 20 tysięcy – wspomina Jerzy Motyka.

25 obiektów jest udostępnionych turystom w skansenie w Wygiełzowie

49 382 osób odwiedziło skansen w Wygiełzowie w 2017 roku

28 osób jest zatrudnionych w Muzeum w Wygiełzowie. To pracownicy merytoryczni, przewodnicy i ochrona.

5,3 hektara ma powierzchnia skansenu

W 1999 r. doszło do kolejnej reformy administracyjnej. Powiat chrzanowski, a więc i znajdujący się w jego granicach park etnograficzny w Wygiełzowie, znalazł się w województwie małopolskim.

- Trzeba było ponownie nawiązywać kontakty w Krakowie, żeby życzliwie spojrzeli na skansen. Wykorzystałem to, że byłem radnym sejmiku. Znałem marszałków, członków komisji kultury sejmiku wojewódzkiego. Zacząłem ich przekonywać, żeby zarząd wziął pod opiekę naszą placówkę. W 2006 roku podpisane zostało porozumienie o współfinansowaniu skansenu przez województwo i gminę Chrzanów. Po dwóch latach radni z Chrzanowa jednak zrezygnowali, twierdząc, że to ośrodek ponadgminny – opowiada Motyka.

Czas na samodzielność

1 stycznia 2007 roku powstała nowa, samodzielna instytucja kultury

- Muzeum Nadwiślański Park Etnograficzny w Wygiełzowie i Zamek Lipowiec. Kierujący nim Jerzy Motyka przeniósł się z Chrzanowa do gabinetu dyrektorskiego w dopiero co oddanym do użytku dworze z Drogini.

- Kiedy powstawał, to niektórzy się śmiali, że porywam się z motyką na słońce. W 1996 roku kupiłem elementy dworu, które leżały pod wiatą w Osieczanach. Kosztowały 500 złotych. Zacząłem szukać sojuszników. Udało mi się doprowadzić do porozumienia dotyczącego współfinansowania budowy dworu. W 2002 roku zawarli je marszałek województwa oraz włodarze wszystkich gmin powiatu chrzanowskiego – wspomina dyrektor Motyka.

Dodaje, że samorządy powiatu chrzanowskiego zjednoczyć udało się się także przy finansowaniu Festiwalu Muzyki Kameralnej i Organowej, organizowanego od 1991 roku.

- Zaproponowałem gminom, że w każdej z nich będzie się odbywał jeden koncert, ale muszą dać na niego pieniądze. Robiłem potem spotkania noworoczne w naszej karczmie. Zapraszałem wszystkich burmistrzów, starostę i marszałka województwa. Był koncert, kolacja, tańce. A potem mówiłem: ,,co łaska na dwór, ale nie mniej niż...” i tutaj podawałem konkretną kwotę. To działało. Jedni dawali 20, inni 50 czy 100 tysięcy złotych. To dzięki temu on powstał – opowiada Jerzy Motyka. Dzięki jego staraniom w skansenie powstał też okazały amfiteatr w stylu greckim, od 2011 r. miejsce wielu plenerowych imprez.

Miłość od... drugiego wejrzenia

W 2012 r. Jerzy Motyka przeszedł na emeryturę. Konkurs na dyrektora muzeum w Wygiełzowie wygrał Marek Grabski. Kieruje placówką do dziś.

- Pochodzę z Jaworzna. Skansen obejrzałem po raz pierwszy w 1990 roku, przy okazji, bo celem mojej wizyty był zamek Lipowiec. Zajmowałem się wówczas ewidencją konserwatorską. Aby wejść na zamek, trzeba było się jednak zapowiedzieć u kierownictwa w skansenie. Po 2000 roku byłem tu po raz kolejny, z kolegami z Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Robiliśmy sesję zdjęciową do albumu o stroju krakowskim. Dopiero wówczas prawdziwe zauroczyłem się tym miejscem. Byliśmy tu zimą i latem. Piękny krajobraz, majestatyczny kościółek. Pomyślałem, że chętnie bym kiedyś w takim miejscu pracował. Moje marzenie ziściło się w 2012 roku – wspomina dyrektor Grabski.

Najważniejsza jest autentyczność

Przez lata skansen został otoczony zabudową mieszkalną, co zostało nieco powstrzymane miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego. Turystom udostępnionych jest w nim obecnie 25 obiektów, ale już we wrześniu podziwiać będzie można kolejny - spichlerz z Bobrka.

- W obecnych granicach nie ma już możliwości rozsądnego lokowania obiektów o większej kubaturze. Na razie nie ma jednak potrzeby sięgać po nowe tereny, choć możliwości jeszcze są. Na pewno mogą trafić do nas tylko autentyczne budynki. Jestem przeciwnikiem rekonstrukcji. W ten sposób moglibyśmy kreować skanseny od początku, ale nie o to w tym chodzi – uważa Marek Grabski.

Na przyszłość muzeów takich jak skansen patrzy bardzo optymistycznie.

- Trwa renesans autentyczności. Wirtualne wycieczki i multimedia nie zastąpią dotyku czy oglądu. To właśnie można przeżyć w skansenie. Myślę, że udaje nam się systematycznie budować ofertę edukacyjną, która jest konkurencyjna dla atrakcji elektronicznych. Dodatkowo oferujemy spokój i wyciszenie. To miejsce po prostu działa terapeutycznie – mówi dyrektor Grabski.

 

Czy wiesz, że...

W 2005 r. w skansenie kręcone były sceny do filmu „Karol – człowiek, który został papieżem”. Do Wygiełzowa zawitali wówczas tacy aktorzy jak Piotr Adamczyk, Olgierd Łukaszewicz czy Kinga Preis.

 

Wyjeżdżałam z płaczem

Elżbieta Kożuch, najstarsza stażem pracownica Muzeum w Wygiełzowie

- Można powiedzieć, że trafiłam tu przypadkiem. Na jesieni 1987 roku w Biurze Pracy w Chrzanowie spotkałam dyrektora Jerzego Motykę. Powiedział: niech pani przyjedzie do mnie na wiosnę, to będzie zatrudnienie. Pomyślałam wtedy, że to niemożliwe, ale... W kwietniu 1988 roku zostałam przewodnikiem muzealnym. Nie bardzo jednak wiedziałam, na czym ta praca ma polegać. Mieszkałam w Chrzanowie. Po raz pierwszy do pracy pojechałam PKS-em z panią Anną Oczkowską. Jak się dowiedziałam, co mam robić, to się trochę przeraziłam. Musiałam się nauczyć mówić do większego grona ludzi. Z grupą dzieci nie było problemu. Przyszedł jednak dzień, gdy w sobotę zostałam sama na dyżurze. Podjechał autokar. Wysiadł z niego wojskowy i mówi do mnie: poproszę pięćdziesiąt biletów. Zapytałam, czy to będą sami żołnierze. Okazało się, że tak. Oświadczyłam, że nie pójdę! Obiecał jednak, że oni wszyscy będą milczeć. I rzeczywiście, przy nich przełamałam lęk przemawiania do dużej grupy osób. Potem praca tutaj to już była tylko przyjemnością. Starsi pracownicy traktowali mnie jak córkę. Byliśmy tutaj jak jedna, wielka rodzina.

Pamiętam jak w wolnych chwilach pani Stefania Cygan, jedna z przewodniczek, pasła w skansenie krowę. Dla dzieci z Krakowa to była wielka atrakcja. Trzeba było poczekać, aż się nią nacieszą. Przytulanką skansenową był pies, owczarek podhalański o imieniu Kolisa. Dzieci, które były u nas na wycieczce, przysyłały potem kartki z pozdrowieniami dla psiaka. Miał zresztą przydział żywieniowy. Pani Cygan dbała, by mu niczego nie brakowało.

Praca nie była lekka, bo kiedyś z każdym turystą wchodziło się do każdego obiektu. Bywało, że kilkanaście razy w ciągu dnia trzeba było przejść teren całego skansenu. Po powrocie do domu już nic się nie chciało.

Dawniej nie było też telefonów komórkowych. Z tego powodu przynajmniej dwa razy dziennie człowiek „zaliczał” Lipowiec z jakąś rzeczą. Połączenie telefoniczne z muzeum chrzanowskim trzeba było zamówić na centrali w Babicach. Trwało trochę, zanim się skontaktowaliśmy. Nie było też tak jak dzisiaj czujek przeciwpożarowych. Jak przyszła burza, to się każdemu robiło gorąco. Trzeba było przejść po skansenie i sprawdzić, czy piorun gdzieś nie uderzył. W razie czego, straż też trzeba było zamówić przez centralę.

W 1992 roku pan Motyka powiedział, że zabiera mnie do Muzeum w Chrzanowie na kierownika administracyjnego. Koleżanka wspomina do dziś, jak bardzo wtedy płakałam. Wszyscy myśleli, że mnie zwolnił, a ja po prostu nie chciałam opuszczać Wygiełzowa. Przez piętnaście lat byłam tam sekretarką, kierownikiem, zaopatrzeniowcem, kadrową. Pamiętam, że przez pierwsze trzy miesiące przychodziłam do domu i płakałam, mówiąc, że jutro się zwolnię. Nie mogłam się przyzwyczaić do pracy w jednym pomieszczeniu. Brakowało mi tej przestrzeni skansenu i kontaktu z ludźmi. W 2007 roku, jak powstało samodzielne muzeum w Wygiełzowie, pan Motyka zapytał, czy idę znów pracować do skansenu. Nie zastanawiałam się. To miejsce zawsze było mi bliższe, mimo że musiałam jeszcze dalej dojeżdżać, bo przeprowadziłam się do Młoszowej. Po przenosinach do Wygiełzowa zostałam kierownikiem administracji. Trzeba było tworzyć wszystko od nowa. Co ciekawe, pomimo niewielkich zarobków, a bardzo dużego zakresu obowiązków, nikt się stąd nie zwalnia, bo każdy mocno kocha to miejsce.