Nie masz konta? Zarejestruj się

Do poczytania

Ksiądz Władysław

04.10.2019 15:59 | 0 komentarzy | 6 025 odsłon | red

Ma 83 lata. Swobodnie porusza się po klawiaturze swojego laptopa, „ogarnia” internet, używa smartfona. Serwuje gościom kawę. Często cytuje papieża Franciszka. Jest dumny, że jest jego rówieśnikiem. Pół życia spędził w Trzebini-Krystynowie, dlatego nie wyobraża sobie życia na emeryturze w innym miejscu. O autorytetach, wartościach i międzypokoleniowej zgodzie - z obchodzącym w tym roku 60-lecie kapłaństwa ks. prałatem Władysławem Gilem - rozmawia Alicja Molenda.

0
Ksiądz  Władysław
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Alicja Molenda: - Byłam księdza uczennicą. W sumie, mieszkam niedaleko, a przez wiele lat nie było okazji porozmawiać, powspominać. Nie było czasu.

Ks. Władysław Gil:

- Faktycznie, nie było. Cieszę się z tego spotkania. Pamiętam, jak przed moim pierwszym wyjazdem do Włoch uczyłaś mnie włoskiego...

A ja pamiętam wyjazdy na oazy do Olszówki, księdza rodzinnej wioski, w latach 70. Ksiądz był naszym moderatorem. Religijne, zakazane wakacje i wielka przygoda intelektualna.

- I wieczne kontrole sanepidu, straży pożarnej, wydziałów oświaty i handlu. Pytania, skąd mamy żywność, gdzie są zezwolenia, co to za warunki... Niektórzy uczestnicy uciekali, bo byli w strachu, że się nie dostaną na studia... Ale chętnych nie brakowało. Oazy były nawet modne. Był na nich czas i na modlitwę, i na niekończące się dyskusje, i na pogodne wieczory z gitarą i śpiewem. Rodzice nie mieli problemów wysyłać tam dzieci, choć wiedzieli, że to nie są takie warunki jak na koloniach.

Kiedyś, jako proboszcz, próbował ksiądz nauczyć parafian dobrych relacji sąsiedzkich. Spotkania sąsiedzkie miały służyć nie tylko sprawom religii, ale też pomaganiu sobie w różnych sytuacjach. Co z tego pozostało?

- To był element projektu NOP (Nowy Obraz Parafii) opartego na wzorze ogólnokościelnym. Byliśmy pierwszą parafią środkowej Europy, która podjęła ten program. Nie wszystko i nie do końca nam wyszło. Gdy startowaliśmy, czasy były takie, że ludzie nie byli gotowi, żeby się bezinteresownie odwiedzać, zjeść razem ciastko, wypić kawę. Odwiedzili się raz, zobaczyli jak sąsiad mieszka i dalej nie widzieli już powodu żeby to ciągnąć. Górę wzięła kultura samotności, a kultura samotności, brak kontaktów międzypokoleniowych i sąsiedzkich, nic dobrego nam nie wróżą. Kiedyś starsi ludzi byli naturalnymi autorytetami, dlatego ważne aby i dziś wnuki rozmawiały często z dziadkami. Tego, co wiedzą seniorzy, nie znajdą w komputerze. Trzeba też rozmawiać z sąsiadami, żeby mieć na kogo liczyć gdy dokuczy samotność, nagła choroba. Kiedyś zapytano papieża Franciszka: kiedy będzie koniec świata...

I co odpowiedział?

- Odpowiedział, że wtedy, kiedy zarosną ścieżki pomiędzy sąsiadami. Wtedy będzie koniec świata. Ja też tak uważam, dlatego próbowałem te ścieżki odbudowywać, ale widocznie w tym wydaniu projekt się wyczerpał.

W 1973 r. krystynowską parafię wizytował kardynał Karol Wojtyła. Zauważył, że „nie jest to parafia łatwa, że ma dość szeroki margines ludzi, którzy stoją z dala od Kościoła albo ulegli zobojętnieniu”. Wierzył, że ksiądz, jako nowy proboszcz, sobie z tym wszystkim poradzi.

- To jest diagnoza aktualna do dziś. Jej dalsza część brzmi bardziej optymistycznie, bo ksiądz kardynał napisał, że jest tu mocny trzon parafian zaangażowanych, świadomych i oddanych Kościołowi. Skoro tak napisał, to po drugiej stronie mamy teraz wsparcie św. Jana Pawła II.

Wszystkie zmiany demograficzne, gospodarcze i społeczne nie spowodowały załamania życia religijnego – ani w Krystynowie, ani w całej Polsce. W tym czasie parafia krystynowska wydała na świat i dała Kościołowi dwa powołania franciszkańskie: O. Micheasza Okońskiego – znana jest jego praca w Dukli i w Kalwarii, oraz O. Marka Warzechę – także znane jest jego poświęcenie się pracy misyjnej w Afryce, w Ugandzie. W naszej parafii zrodziło się także żeńskie powołanie zakonne - Barbara Pawletta, w zgromadzeniu Sacre Coeur. Teraz pracuje w Tarnowie, gdzie siostry zakonne założyły szkołę katolicką w odnowionych pomieszczeniach klasztoru.

Jednak czasy się bardzo zmieniły. W latach 70. i 80. w naszym kościele na niedzielnej mszy św. było 1700 parafian. Teraz jest 800. Jest coraz mniej dzieci, coraz więcej parafian na emigracji. Cała Europa stała trochę taką bezpłodną staruszką, brakuje w niej rąk do pracy, a przecież i tutaj ludzie mieli się rozmnażać i czynić ziemię poddaną. Ci, którzy nie mają z tym problemów i tu przyjeżdżają, nie zawsze są życzliwie przyjmowani. Niedawno byłem w sanatorium. Obsługa ukraińska, masażysta z Syrii. W naszym szpitalu też spotkałem miłego lekarza cudzoziemca. Szkoda, że ci przybysze nie zawsze mogą u nas wykonywać swoje zawody, że np. tak trudno o nostryfikacje dyplomów lekarzy ze Wschodu. Obecny papież Franciszek wspominał kiedyś, że jego tata, Argentyńczyk, często wspominał o imigrantach z Polski i zaznaczał, że to byli fajni ludzie. Nam przychodzi docenienie imigrantów trudniej.

A emigracja? Czym grozi?

- Ma ogromny wpływ na życie małżeńskie i rodzinne, jeśli za granicę wyjeżdża tylko jedna osoba, współmałżonek. W wielu krajach, gdzie jej skala jest ogromna, np. w Rumunii, doprowadziła do katastrofy. W Polsce też tego doświadczamy. Po latach rozłąki małżonkowie nie potrafią razem żyć. Mają osobny pokój, osobny telewizor, osobne łóżko. Trudno im razem nawet wtedy, gdy dom opuszczają dzieci.

Od polityki nie uciekniemy. Kościół ma w obecnej sytuacji nieco pod górkę.

- Kościół ma łączyć ludzi i absolutnie nie wiązać się z jakąkolwiek opcją polityczną, bo to mu szkodzi. Jeśli się zwiąże, to każda zmiana władzy spowoduje jeszcze większe odchodzenie ludzi od Kościoła, który radził sobie samodzielnie i w czasach komuny, i w czasach Solidarności. Teraz też powinien, bo Polacy potrzebują silnego Kościoła. Takiego, który pozwoli im się obronić np. przed niebezpieczną megalomanią i wytłumaczy, że demokracja jest wielką wartością, ale oprócz niej są jeszcze inne, niemniej ważne.

Ale w warunkach wolności brakuje mu autorytetów.

Kościelne autorytety w Polsce skończyły się na św. Janie Pawle II i kardynale Stefanie Wyszyńskim. Wolność nie zawsze i nie w każdym środowisku sprzyja budowaniu autorytetów. Na szczęście jest papież Franciszek. Jestem jego rówieśnikiem. To niekwestionowany autorytet Kościoła i współczesnego świata. Potrafi łączyć. Podróżuje nie po dobrze urządzonych krajach Europy. Jeździ do trudnych miejsc i takich krajów, w których widzi przyszłość wiary i Kościoła.

Księża.

- Księża łatwo nie mają. Kiedyś, będąc w opozycji do władzy, byliśmy w pewnym sensie bohaterami. Wchodząc do szkoły, na lekcję religii, ksiądz stał się belfrem. A przypomnę, że kiedyś chodzenie na religię do przykościelnej salki katechetycznej było dla młodzieży świętem, okazją do spotkania z rówieśnikami z innych szkół. Uczniowie ze szkół ponadpodstawowych z jednej parafii wspólnie przygotowywali się do bierzmowania. Religia, rekolekcje - to były sprawdziany ich wiary. Teraz na mszach św. młodych jest niewielu, a bierzmowanie bywa sakramentem pożegnania z Kościołem.

Ale są też księża, których młodzież słucha. W internecie.

- Tak. Na szczęście nowoczesne technologie pozwalają na przekaz religijnych treści także w taki sposób. Ogromną widownię ma o. Adam Szustak, dominikanin. Też go oglądam i słucham na jego vlogu. Myślę, że jako świetny kaznodzieja postawił na nogi wielu młodych ludzi z problemami. Młodzież to docenia. Sam słucham w internecie kazań biskupa Grzegorza Rysia. Czasem myślę, że to przyszły papież.

36 lat pracy w Krystynowie podsumował ksiądz dość krytycznie: „wprowadziłem za dużo i wiele zmian. Takim tempem pracy nieraz zaskakiwałem i przemęczałem”.

- Tak było. Potem było jeszcze dwóch proboszczów. Dopiero obecnemu udało się wszystkich i wszystko zrozumieć, poukładać.

Napisał ksiądz, że teraz przyszedł wreszcie czas na ratowanie swojej „zaniedbanej duszy”. Kiedy ksiądz ją zaniedbał?

- Będąc wikariuszem czy proboszczem, prowadziłem wiele różnych projektów, m.in. oazowy, odnowy parafii, remontowałem przez lata zaniedbany kościół, prowadziłem wiele grup parafialnych, katechezy, no i nie wystarczało czasu na własne życie duchowe, na refleksję, na osobistą modlitwę. Doświadczyłem więc tego, czego wszyscy zabiegani ludzie. Teraz, dzięki wyrozumiałości i dobroci ks. proboszcza i ks. wikarego oraz życzliwości parafian, mogę się zająć ratowaniem swojej zaniedbanej duszy. Tyle tylko, że teraz przyszło coś niespodziewanego - starość. Ale się pocieszam, że nigdy nie dogonię kapłańskim stażem parafii i ona zawsze będzie 10 lat starsza od niego.

Spędza ksiądz emeryturę nie w przepełnionym domu księży emerytów, nie u krewnych w górach, ale na plebanii, którą ksiądz sam zbudował. Czemu to jest takie ważne: być wśród swoich?

- Bo spędziłem tutaj 46 lat swojego życia. Czuję się z Krystynowem bardzo związany, bardziej niż z rodzinną Olszówką k. Rabki. Tutaj wszystkich znam, tutaj mam swoich lekarzy, wydeptane ścieżki, po których spaceruję, tutaj są ludzie, którym ufam, tutaj czuję się bezpiecznie. Na plebanii mamy teraz trzy światy! Jak w wielopokoleniowej rodzinie. Jest ksiądz dr Krzysztof Chromy, proboszcz. Człowiek światowy, o wysokiej kulturze, kapłan z ogromnym doświadczeniem misyjnym, świetny gospodarz. Codziennie rozmawiamy ze sobą. I jest ksiądz Michał, wikariusz. Ks. Michał to moje pogotowie ds. nowych technologii. Jak coś mi nie wychodzi na laptopie lub smartfonie, to ks. Michał szybko naprawia i tłumaczy. Bez tego czułbym się trochę wykluczony, bo w internecie, oprócz hejtu, jest wiele wartościowych treści.

Te lata emerytury są dla mnie bonusem i plusem, tak jak dla wielu bonusem jest 500+ oraz wszystkie inne plusy, które teraz otrzymujecie.

Przełom nr 23/2019