Nie masz konta? Zarejestruj się

Do poczytania

Lubię kameralne historie o prostych ludziach

18.07.2019 15:56 | 0 komentarzy | 2 381 odsłony | Grażyna Kaim

Tomasz Jurkiewicz - trzebinianin, reżyser, dokumentalista - w lecie nakręci swój pierwszy pełnometrażowy film fabularny. - Akcję umieściłem w Trzebini. Będzie to więc swego rodzaju portret tego miasta - mówi reżyser. Obejrzą go na pewno widzowie na przyszłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. A może również w prestiżowych Karlowych Warach czy Cannes.

0
Lubię kameralne historie o prostych ludziach
Tomasz Jurkiewicz
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Grażyna Kaim: Jak długo czekałeś na zrobienie swojego pierwszego filmu fabularnego?

Tomasz Jurkiewicz: Pierwszy pomysł na ten film spisałem w sierpniu 2010 roku. Na początku tego przyszła decyzja o tym, że jest finansowanie i będę go robił. A jego premiera przypadnie w 2020 roku. Dziesięć lat minie od pomysłu do realizacji.

 

Wydaje się, że to bardzo długo, ale może to zazwyczaj tyle trwa?

- Kończąc szkołę filmową w Katowicach w 2009 roku, słyszałem, że najtrudniej jest zrobić pierwszy film fabularny, więc w pewnym sensie byłem na to przygotowany, choć nie przypuszczałem, że to potrwa aż tak długo. Średni okres od zakończenia szkoły filmowej do debiutu wynosi 4-6 lat. Tylko to nie jest tak, że napisze się scenariusz i siedzi - nic nie robiąc - czekając, aż ktoś zechce go zrealizować. Cały czas trzeba próbować, próbować, próbować... A oni odrzucają, odrzucają, odrzucają... I trzeba cały czas szukać wiary, że warto i próbować dalej.

 

A kto to są ci „oni"?

- Instytucje. Główną jest Polski Instytut Sztuki Filmowej. Z reguły dofinansowuje 5-8 debiutów rocznie. A konkurencja jest duża. Szkoły filmowe w Polsce kończy co roku około 40 reżyserów. Poza tym, debiutantem może być każdy. Nie tylko osoba po szkole filmowej. Są też 50-, 60-latkowie, którzy wcześniej byli np. operatorami filmowymi czy aktorami.

 

Jakie jest alternatywne wyjście, jeśli PISF nie da pieniędzy?

- Wtedy pozostaje producent komercyjny, ale wtedy i scenariusz musi być komercyjny. Najlepiej, żeby to był film gangsterski albo komedia romantyczna. Przy czym w przypadku debiutantów to bardzo rzadkie przypadki. No i można jeszcze zrobić film niezależny. Dwóch czy trzech moich kolegów tak zrobiło. Sprzedali mieszkanie i z pomocą przyjaciół zrobili film za 200 - 300 tysięcy złotych. Zdarza się, że w taki sposób ktoś wypływa na szerokie wody, ale jest i tak, że taka produkcja nigdzie nie zaistnieje.

 

Ty postawiłeś jednak na Instytut.

- Trzy razy tam aplikowałem. W dwóch przypadkach były to scenariusze chwalone i docenione na najbardziej znanym konkursie scenariuszowym w Polce „Script pro". Pośród około 200 scenariuszy, jeden był na drugim miejscu („Kalafiory o smaku kiwi"), drugi w pierwszej dziesiątce („Drabina Jakubowa"). Wydawało się więc, że to pomoże w uzyskaniu przychylności ekspertów. Ponadto, moje filmy krótkometrażowe i te, kręcone jeszcze w szkole oraz późniejsze, też nie przeszły bez echa. Dostałem za nie w sumie około stu nagród i wyróżnień. To chyba nie najgorsza rękojmia, że danej mi szansy nie zmarnuję. Jednak osoby oceniające w Instytucie Sztuki Filmowej odrzucały moje wnioski w dosyć zdecydowany sposób, mówiąc mi, że to jest bardzo słabe, że nie rokuje i że nic z tego nie będzie.

 

Człowiek po takich słowach może naprawdę zwątpić w to, co robi...

- Tłumaczyłem to sobie tak, że mój sposób postrzegania kina nie do końca pasuje do tego, co króluje w polskim repertuarze, czyli dramatu. Ja chciałem zrobić komediodramat. Może takich filmów po prostu u nas nie ma, więc ci eksperci - tłumaczyłem sobie - nie są przystosowani do czytania takich scenariuszy. Cały czas pracowałem nad scenariuszami. Powstawały nowe wersje. Ale musiałem z czegoś żyć. Zrobiłem więc trzy filmy dokumentalne, teatr telewizji, prowadziłem warsztaty filmowe w całej Polsce.

 

Nie odpuszczałeś tego scenariusza?

- W końcu odpuściłem, aż do czasu, gdy Instytut ogłosił nabór na projekty fabularne, mikrobudżetowe. Po trzech latach wróciłem więc do scenariusza „Kalafiory o smaku kiwi", ale już ze scenarzystą, Piotrem Januszem, którego poprosiłem o współpracę. Zmieniliśmy go dosyć radykalnie. Tak powstał scenariusz „Praktykanta". W listopadzie mój producent złożył go w PISF, a w styczniu przyszła decyzja, że będzie finansowanie. Minus jest taki, że budżet jest dużo, dużo mniejszy niż normalnie.

 

To znaczy jaki?

- Normalnie Instytut dofinansowuje projekty w granicach 1,5 - 2 mln zł. Przy czym to jest tylko część pieniędzy, bo dokładają jeszcze np. Telewizja Polska czy fundusze regionalne. Średni budżet takiego debiutu wynosi więc 3-4 mln zł. A ten nasz niecałe 700 tys. zł.

O czym będzie ta opowieść?

- W Trzebini mieszka 17-letni Mirek. Chodzi do technikum, ma praktyki w masarni, w trzebińskim Intermarche. Mieszka z mamą - organistką kościelną i chorym na Alzheimera dziadkiem. Podczas wakacji przyjeżdża do Trzebini oaza, a wraz z nią 22-letnia Agata, która jest na tej oazie kucharką. W Agacie zakochuje się i dziadek, bo przypomina mu kochankę sprzed lat, i Mirek, bo widzi w niej dziewczynę reprezentującą to wszystko, o czym on marzy. A marzy o tym, żeby wyrwać się z Trzebini. Ona jeździ od miasta do miasta, nie ma nigdzie zapuszczonych korzeni. Chciałby być taki jak ona. Mirek przechodzi w te wakacje przyspieszoną lekcję dojrzewania, zmienia podejście do świata, do życia, do dziadka. Ciekawy i ważny jest też wątek jego mamy, ale to już zostawiam do obejrzenia...

Jeśli chodzi o role główne, to będą w większości obsadzone profesjonalnymi aktorami, ale na te drugoplanowe i epizodyczne szukasz naturszczyków.

- Zapraszamy na casting osoby w każdym wieku, które są w jakiś sposób charakterystyczne, których twarze rzucają się w oczy. Ale nie wyglądają jak z żurnali mody. A jednocześnie mają w sobie aktorski talent albo chęć zaistnienia w filmie. Wciąż szukamy też odtwórcy głównej roli - Mirka, dlatego szczególnie zapraszam uzdolnionych aktorsko chłopaków w wieku 16-19 lat.

 

Czy trzeba jakoś specjalnie przygotować się do tego castingu?

- Trzeba sobie przygotować 2-minutowe wystąpienie; coś, w czym jest się dobrym. To może być zaśpiewanie piosenki, barwne opowiedzenie dowcipu... Może ktoś doskonale kogoś naśladuje albo jest świetnym mimem. Potem odbędzie się krótka rozmowa - kim jesteś, co robisz. Na castingu będę ja i operator. Spotkanie zostanie nagrane.

 

Ile osób potrzebujecie?

- 20-30 osób. Mieliśmy już casting wśród aktorów Teatru Tradycja z Okleśnej. Zrobiliśmy go również w Ochotniczym Hufcu Pracy w Górce. Tam też spotkaliśmy ciekawych, młodych ludzi. Planujemy też konkursy w innych placówkach szkolnych na terenie powiatu.

 

Co decyduje o wyborze tej, a nie innej osoby?

- Przy doborze naturszczyków kluczem jest twarz. W zbliżeniu kamery widać, czy twarz żyje. Oczy wiele potrafią wyrazić. Kamera jest takim papierkiem lakmusowym i pokazuje, czy w danej twarzy nic nie ma, czy jest to magiczne „coś", trudne do określenia. Swego rodzaju magnetyzm. Czasem jest tak, że na żywo ktoś jest bardzo ciekawy, ale w kamerze się nie sprawdza.

 

Kiedy planujecie castingi?

- Pierwszy przeprowadzimy w sobotę, 11 maja, od godziny 10 do 15, w Domu Kultury Sokół w Trzebini. Drugi w czerwcu, podczas Dni Trzebini. Stanie gdzieś nasz namiocik, gdzie zapraszamy chętnych. Takie imprezy przyciągają dużo osób, więc my też będziemy chodzić i zaczepiać ludzi, którzy nam wpadną w oko.

Film planujecie kręcić w lecie.

- Tak, w sierpniu. Trzebinia będzie planem filmowym. Nie zamierzamy jednak blokować głównych ulic. Ale na pewno gdzieś można będzie nas spotkać. Zdjęcia przewidujemy m.in. w Rynku i nad Balatonem. Poza tym, na miesiąc cała nasza ekipa, czyli około 30 osób, zamieszka w Trzebini. Co ważne, mamy patronat miasta i zadeklarowaną pomoc ze strony jego władz.

 

Co się będzie później z tym filmem działo?

- Naturalną drogą są festiwale. Najpierw wysyłka na te klasy A- Karlowe Wary, Cannes, Berlin. Jeśli tam nie zostanie przyjęty, to schodzi się niżej, do festiwali mniej prestiżowych.

 

Czyli na taki festiwal trzeba się zakwalifikować?

- No tak. A konkurencja jest ogromna. Na te największe zgłaszane są tysiące filmów. Spośród nich selekcjonerzy wybierają 20-30, które znajdą się w konkursie czy w jakiejś sekcji pozakonkursowej. My na pewno będziemy chcieli dostać się w przyszłym roku, w maju, do Cannes, albo w lipcu, do Karlowych Warów. Na Berlin nie zdążymy, bo jest w lutym.
Osobiście bardzo liczę na festiwal w Karlowych Warach, bo jest on sprofilowany na takie historie, jakie ja lubię. Kameralne, o zwykłych ludziach, opowiedziane w lżejszy sposób, trochę komicznie. Moim marzeniem jest, żeby „Praktykant" został tam dostrzeżony. Potem, we wrześniu jest gwarantowany pokaz na najważniejszym dla polskiego kina festiwalu w Gdyni.
Następnie film trafi do TVP, która jest producentem. Emisje w pierwszym lub drugim programie powinny mu zapewnić widownię rzędu 2-3 milionów widzów. Ważne i dla mnie, i dla miasta jest to, że Trzebinia będzie miała swój portret, który trafi do wielu osób.

„Przełom" jest patronem medialnym twojej pierwszej fabuły. Twoja propozycja to dla nas duże wyróżnienie.
- Mój okres pracy w „Przełomie", kiedy pisałem reportaże o ludziach stąd, też w jakiś sposób mnie ukształtował. Wpłynął na to, co robię teraz. Miałem okazję poznać bardzo różne środowiska, bardzo różnych ludzi. I tak poznawałem swoich późniejszych bohaterów...


Tomasz Jurkiewicz - urodzony w 1981 roku; absolwent filmoznawstwa UJ (2005), reżyserii Wydziału Radia i Telewizji UŚ im. Krzysztofa Kieślowskiego (2009) oraz Szkoły Wajdy (2011). Autor filmów krótkometrażowych (m.in. „Próba mikrofonu", „Babcia wyjeżdża") oraz dokumentów (m.in. „Radioakcja", „Z pogranicza cudu"), które zdobyły ponad 100 nagród na festiwalach krajowych i międzynarodowych. Scenariusz jego autorstwa pt. „Kalafiory o smaku kiwi" zajął 2. miejsce w najbardziej prestiżowym konkursie scenariuszowym w Polsce - Script Pro w 2013. W 2018 jego kolejny tekst „Drabina Jakubowa", napisany wspólnie z Piotrem Januszem, znalazł się w finałowej dziesiątce tego konkursu. Współpracownik tygodnika „Przełom", gdzie od 2002 roku nieprzerwanie pisze recenzje filmowe.

Przełom nr 17 (1392) 24.4.2019