Nie masz konta? Zarejestruj się

Blogi

Kabaret? Nie, samo życie...

14.02.2018 22:30 | 0 komentarzy | 1 438 odsłona | Marek Oratowski

Bardzo lubię oglądać kabarety. Oczywiście nie wszystkie produkcje naszych rodzimych speców od rozśmieszania są z górnej półki. Czasem niestety dominuje zasada, że wystarczy rzucić mocnym słowem albo zrobić jakąś seks-aluzję i publika się śmieje. Ale przecież jest też wiele przezabawnych skeczów wykorzystujących humor słowny lub sytuacyjny.

0
Kabaret? Nie, samo życie...
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Z ich bohaterami każdy z nas może się utożsamić. Bo przecież życie czasem przypomina kabaret. Codziennie praktycznie ocieramy się o absurdy. I zastanawiamy, czy to my zwariowaliśmy, czy jednak na głowie stanął świat. Przykłady z ostatniego czasu z lokalnego podwórka? Proszę bardzo. Niedawno oglądałem w akcji piłkarzy na boisku ze sztuczną nawierzchnią w Chełmku. Wracałem do domu pociągiem. Czekając na przyjazd składu rzuciłem okiem na tablicę informacyjną. Obok rozkładu jazdy za szybą widniał "Regulamin korzystania ze stacji pasażerskiej". Wśród licznych paragrafów, jak definicja stacji, niektóre mogły wprawić czytelnika nieprzywykłego do lektury różnej maście instrukcji (czyta się je głównie między wierszami) w lekkie osłupienie. Na przykład taki, że osobie niepełnosprawnej pomocy może udzielic wykwalifikowany personel. Najbliższy znajduje się w ... Katowicach. Do tego trzeba dodać akapity poświęcone zakazowi zanieczyszczania i zaśmiecania torów, rejonu stacji i wokół niej. Gdy rzuciłem okiem na (nie)porządek wokół stwierdziłem, że albo wszyscy podróżni to analfabeci i nikt nie przeczytał regulaminu, albo śmiecący wokół mieli go głęboko w ... tyle. Ta druga opcja wydała mi się bardziej prawdopodobna.

Czasem śmieszne teksty są wypowiadane z jak najbardziej poważnym wyrazem twarzy. I nie wiem wtedy, czy to wyraz wyrafinowania, czy może zupełnej beztroski. Jakiś czas temu kupiłem radio w jednym z marketów. Niestety nie grało, co w tym przypadku było dośc istotną wadą. No więc przyniosłem je do sklepu. A pani z kasy z rozbrajającym uśmiechem zapytała mnie: "A na ballkonie też pan próbował?". Przy czym akurat za oknami była zima. Dlatego radiowe sesje w plenerze, czyli balkonowej scenerii, były jedną z ostatnich rzeczy, jakie mi przyszły na myśl, gdy próbowałem nowy sprzęt. Na szczęście pani łaskawie wzięła ode mnie radio i zwróciła pieniądze. Przypomniała mi się wtedy anegdota opowiadana mi przez mamę z czasów, gdy radia dopiero pojawiły się w powszechnym obrocie. Otóż jej sąsiad też zanosił taki odbiornik do sklepu. Gdy zapytała go o powody, szczerze wyznał: "Nie powie ani słowa...".

Na szczęście są jeszcze ludzie, którzy ze śmiechoterapii zrobili sobie hobby. Jak seniorzy z Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Libiążu. Założyli kabaret "Oddział specjalnej troski". I przygotowali ostatnio odlotowy program. "Przez tę małą niebieską tabletkę oszalałem" - śpiewał jeden z panów. Co ciekawe, chodziło nie o lekarstwo na grypę, ale viagrę. Publika zaniosła się śmiechem. A nie mówiłem, że w tym celu wystarczy tylko mała wzmianka o seksie...