Nie masz konta? Zarejestruj się

Chrzanów

Staw i pieczone po sąsiedzku

11.06.2024 17:00 | 3 komentarze | 5 097 odsłon | Ewa Solak
Imprezę „Pieczone na polu" śmiało można nazwać fenomenem oddolnych inicjatyw sąsiedzkich. Ale nie tylko ona zrodziła się w głowach trójki osób.
3
Staw i pieczone po sąsiedzku
Uczestnicy ubiegłorocznej imprezy Pieczone na polu
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Dominika i Tomasz Brożkowie oraz Jarka Tobiasz, wspierani przez Mirka Krzystkiewicza,
Piotra Jaworskiego i kilka innych osób. Niektórzy mówią o nich, że są szaleni. Bo cały czas im się coś chce. Pieczone na polu, festyny z wędką, finały WOŚP w Chrzanowie, akcje charytatywne dla potrzebujących. To niektóre z organizowanych przez nich inicjatyw.

Ćwierć wieku temu był bajorkiem
Dominika i Tomasz to małżeństwo. Ona grafik komputerowy, on absolwent Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Na co dzień prowadzą biznes związany ze sztukaterią. Dwójka dzieci. Czasu brak. Jarka Tobiasz do niedawna pracowała w urzędzie. Tak jak Brożkowie, społecznica z krwi i kości. Przewodnicząca sąsiedniego osiedla Rospontowa, a od niedawna radna. Ma uczulenie na nudę i próbuje stworzyć modę na pomaganie.

- Tak naprawdę wszystko zaczęło się od stawu w Kościelcu - mówi Dominika Brożek.
Staw co jakiś czas staje się centrum osiedla, gdy Brożkowie oraz Jarka Tobiasz robią „Pieczone na polu".

Jeszcze ćwierć wieku temu był zapomnianym bajorkiem, które nawet chciano zasypać. Miał tam stanąć bliżej nieokreślony biznes. Z końcem lat 90 dzięki staraniom lokalnej społeczności i świętej pamięci Stanisława Zygadło z planów się wycofano. Na szczęście, bo dziś to miejsce jest bardzo lubiane nie tylko przez wędkarzy, ale także przez rodziców z dziećmi, czy po prostu chcących pospacerować, odpocząć.

- Jest tu trudny do określenia, specyficzny i pozytywny klimat - przyznaje Dominika.

 

DomelaJarkamisiek.jpg


 

Dlaczego trawa jest za wysoka?
Od 1997 roku utrzymaniem stawu i terenu wokół zajmują się członkowie Towarzystwa Wędkarskiego Kościelec, za własne pieniądze dbają o otoczenie, sprzątają. Prezesem jest Tomek Brożek.

- Na przestrzeni lat bywało różnie, kryzysów było kilka, mniejsze i większe, Trochę to trwało zanim stworzyliśmy zgraną grupę. W każdej organizacji sercem są ludzie. Pierwsze lata mojej w TWK działalności były trudne, własna działalność, maleńkie dzieci, sporo obowiązków i nowych wyzwań, szczególnie tych związanych z utrzymaniem terenu i zarządzaniem organizacją. Bywało, że „lądowałem na dywaniku" u burmistrza i musiałem tłumaczyć się dlaczego trawa jest wysoka. Ludzie wciąż myślą, że ktoś nam za to płaci, tymczasem my o to dbamy, bo chcemy mieć fajne miejsce do rekreacji i wędkowania. Finansujemy się sami, a staw stał się miejscem, chętnie odwiedzanym - mówi Tomek.

Z czasem pojawiały się pomysły na imprezy i wydarzenia, część z nich była strzałem w dziesiątkę. Takim bez wątpienia są „Pieczone na Polu". Pomysł, zgrani ludzie i tak w 2018 roku wystartował konkurs na „pieczone" oraz towarzyszące mu kulinarne wydarzenie.

Wcześniej był Festyn z wędką
- Niektórzy twierdzą, że zastąpiliśmy organizowane wcześniej Ziemniaczysko, jednak naszą intencją nie była rywalizacja z wydarzeniami organizowanymi przez samorządy, nie ta skala budżetów, my zwyczajnie robimy swoje, zwykle też za swoje - podkreślają Brożkowie.

Zanim zaczęły się „Pieczone", przez sześć lat organizowali Festyn z wędką. Cykliczna rodzinna impreza, na Dzień Dziecka. Festyny jednak zakończyła pandemia, nie było możliwości organizacyjnych.

- Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz nad stawem robiliśmy festyn, a dzieci z osiedla stały za płotem na pobliskim placu zabaw i nie wiedziały czy w ogóle mogą tu podejść. Poszedłem po nie. Bały się, że będą musiały zapłacić, tłumaczyłem więc, że to otwarta zabawa i płacić nie trzeba - wspomina Tomek.

Dzieci wracały z festynu uśmiechnięte z plecakami pełnymi nagród i prezentów.

- Tego festynu trochę mi szkoda, ale w sumie pojawiły się inne wydarzenia, w innych lokalizacjach,

zmobilizowało to ludzi do działania, może tak jest dobrze? - pyta.

 

DomelaTomek1.jpg


 

Są jeszcze tacy, którzy pomagają

Dominika nie kryje, że ideą pierwszych imprez nad stawem było rozkręcenie smętnego osiedla, gdzie niewiele się działo. Chcieli zaprosić ludzi do wspólnej zabawy, integracji, poznania się. Wydarzenia dla dzieci były ku temu fajną okazją, zwłaszcza dla nowych mieszkańców osiedla. Oprócz starego placu zabaw na osiedlu nie było dla nich nic.

- Może to było trochę naiwne myślenie, ale sądzę, że dzięki tym inicjatywom sporo się zmieniło. Mieszkańcy mogą lepiej się poznać, pogadać, a przy Pieczonych na Polu również dobrze zjeść - mówi Tomek.

Samych Brożków i Jarki Tobiasz nie byłoby stać na organizację pieczonych. Parę lat temu zdecydowali więc, że założą stowarzyszenie Chrzanów - Miasto dla Mieszkańców.

Zaczęło ono brać udział w konkursach i sięgać po granty m.in. na ziemniaki. To pomaga, bo wszystko kosztuje.

- Zanim udało nam się uzyskać pieniądze z Urzędu Marszałkowskiego stukaliśmy do wszystkich drzwi. W pewnym momencie stało się jasne, że robi się coraz trudniej. Przed pieczonymi, czy finałami WOŚP lokalni przedsiębiorcy, również ci znajomi, przestawali odbierać ode mnie telefon. Na szczęście są jeszcze tacy, którzy pomagają - śmieje się Dominika.

Zawsze ze zbiórką charytatywną
Organizacja imprezy na kilkaset osób to spore przedsięwzięcie. Nigdy nie wiadomo, jaka będzie pogoda i frekwencja. Brożkowie razem z Jarką Tobiasz włączyli w imprezę chrzanowską bibliotekę, tygodnik „Przełom", Chrzanów Dawniej i Dziś, a nawet aktora Sebastiana Wątrobę. Z roku na rok wydarzenie coraz bardziej się rozrasta. Przyjeżdża Koło Gospodyń Wiejskich ze Stróży, lokalni wytwórcy i rękodzielnicy, zawsze jest strefa dziecka. Coraz więcej drużyn bierze udział w konkursie, a wariacje na temat pieczonych ziemniaków stają się coraz ciekawsze.

Przy okazji każdej imprezy prowadzona jest zbiórka charytatywna. Wspierają chore i potrzebujące osoby z okolicy. Współtworzyli też Armię Janka, po sąsiedzku pomagając w zbiórce mieszkańcowi Kościelca, małemu Jankowi Kozubowi, udało się wspólnie zebrać 9 mln zł na leczenie.

 

stawOlonet.jpg


 

To daje radość
- Czasami spotykamy się z komentarzami, że robimy te imprezy dla poklasku. Bzdura, są znacznie łatwiejsze sposoby na zdobycie popularności. Robimy to dla ludzi i dla własnej satysfakcji. Jak długo starczy nam sił? Zobaczymy. Szkoda byłoby to zostawić, bo to część naszego życia - mówi Dominika.

Kiedy razem z Jarką i Tomkiem, a także pomocą Mirka i Piotra sprzątają po imprezie, nieraz mają już dość.

Bo bywa, że nie usłyszą nawet marnego „dziękuję". Póki nie przychodzi kolejne lato i pomysły na rozkręcenie sąsiedzkiej zabawy nad stawem w Kościelcu znów nie zaczną im szumieć w głowach. „A może by to zrobić tak? A może jeszcze inaczej?"

- Nie wyobrażam sobie, żeby tych wydarzeń miało nie być. Ludzie chcą się spotkać, pogadać, razem coś zjeść. To łączy. Tak jak pomaganie, jest fajne samo w sobie. Daje radość. Nam też - mówi Jarka Tobiasz.