Nie masz konta? Zarejestruj się

Przełom Online

Wypadają nity świata

27.02.2024 13:00 | 0 komentarzy | 1 266 odsłona | Tadeusz Jachnicki

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Jak znikną ludzie, to dla planety nic wielkiego się nie stanie, ale jak znikną owady, to wszystko runie w kilka miesięcy - mówi Tomasz Borejza, dziennikarz naukowy, bloger, zastępca redaktora naczelnego SmogLab, autor książki "Odwołać katastrofę. Rozmowy o klimacie, buncie i przyszłości Polski" w rozmowie z Tadeuszem Jachnickim.

0
Wypadają nity świata
Tomasz Borejza
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Do niedawna mówiło się o globalnym ociepleniu, dzisiaj słyszymy o globalnym wrzeniu. Czy sytuacja faktycznie jest tak niepokojąca?
Jest na pewno coraz gorsza. Trudno jednak powiedzieć, na ile jest tragiczna. My tego do końca nie wiemy.

A co wiemy?
Wiemy, że przybywa dwutlenku węgla w atmosferze, że globalne temperatury się podnoszą, że pojawiają się kolejne bardzo niepokojące sygnały wskazujące na to, że zbliżamy się do tak zwanych punktów krytycznych systemu klimatycznego. I to właśnie jest rzecz najważniejsza - nie wiemy, kiedy te punkty przekroczymy. Są szacunki, ale nie możemy być niczego w stu procentach pewni.

Punkty krytyczne?
Naukowcy określili granice wytrzymałości naszej planety. Jest ich dziewięć. To między innymi stan klimatu, mórz i oceanów, ale też zaśmiecanie, trucie środowiska czy wymieranie gatunków.

Najczęściej mówi się obecnie o zmianach klimatu, związanych z poziomem dwutlenku węgla w atmosferze.
Większość z nas, myśląc o globalnym ociepleniu, postrzega go jako proces liniowy. Że to wszystko będzie sobie tak rosło i rosło, a my jak uznamy, że już faktycznie jest źle, to będziemy mogli przestać zanieczyszczać środowisko i wrócić do tego, co mieliśmy. Tak było przecież ze smogiem. Możemy się go pozbywać i to robimy. Pozbędziemy się i będzie po problemie. Z systemem klimatycznym jest zupełnie inaczej. Tutaj nie ma łatwej drogi odwrotu, bo wyemitowany dwutlenek węgla zostaje w atmosferze na bardzo długo. Do tego, gdy przekroczymy punkt krytyczny, wszystko może się zmienić i pójść w zupełnie innym kierunku, niż się spodziewaliśmy. Nastanie rzeczywistość, która wcale nie będzie przyjemna.

Temperatury powyżej 40 stopni Celsjusza w Wielkiej Brytanii spodziewaliśmy się w najbliższych dekadach. To szacunki z 2021 roku. Tymczasem termometry pokazały taką w tym roku.
Zjawiska obserwowane w tym roku dość mocno wyprzedzają prognozy naukowców. Na szczęście nie wszystkie. Prognozy prezentowane są zwykle w przedziałach czasowych „od - do" i naukowcy raczej niechętnie podają do publicznej wiadomości najbardziej katastroficzne scenariusze. Dlatego że obawiają się, iż stracą wiarygodność, jeśli katastroficzny scenariusz się nie spełni. Ale też dlatego, że nie chcą niepotrzebnie straszyć opinii publicznej. Nie wiemy więc na przykład, kiedy spłyną ostatecznie lody Antarktydy. Niemniej jednak wiadomo, że jeżeli dalej będziemy ocieplać klimat, emitować dwutlenek węgla do atmosfery, to wcześniej czy później to się wydarzy. Dzisiaj wygląda na to, że wszystko dzieje się według tych gorszych, szybszych scenariuszy.

Latem mamy już solidne fale upałów, burze są gwałtowniejsze. Zimą coraz częściej nie ma śniegu, ale mrozi czasem solidnie. Jak sytuacja pogodowa w Polsce może wyglądać za kilka lat?
Jak ktoś sobie chce wyobrazić, jak będzie wyglądało standardowe lato w Polsce za kilka lat, to niech spojrzy na Słowenię w tym roku. To, co tam się działo, jest bardzo zbieżne z przewidywaniami dla Polski. Były więc trzy fale upałów, po których przychodziły burze i nawalne deszcze. Teraz mamy do czynienia z powodzią (sierpień 2023 - przyp. red.), która dotknęła dwie trzecie powierzchni kraju. Krótko mówiąc, fale upałów przeplatane potężnymi burzami, a w ich efekcie powodzie, mogą i u nas stać się czymś normalnym. Możemy się też spodziewać pożarów lasów, związanych z wysychaniem ściółek. Ponadto wszystkich tych katastrof naraz.

Topiące się lody Arktyki mają wpływać na opóźnienie wiosennych przymrozków kojarzonych z "trzema ogrodnikami". To z kolei może skutkować mniejszymi zbiorami, co przełoży się na ceny.
Jest takie zjawisko, którego klimatolodzy bardzo się obawiają. To słabnący prąd zatokowy (Golfsztrom - przyp. red.). On potrzebuje odpowiednio słonej wody, by móc działać. Natomiast topniejące lody Arktyki ją osładzają. W efekcie ten prąd słabnie. A to właśnie on niesie do Europy ciepłe powietrze. Mówi się, że jest już słabszy o 15 proc. Może się więc zdarzyć, że z tego powodu będzie u nas chłodniej niż byłoby bez tej zmiany i będzie dużo mniej opadów. Każde z takich zjawisk można w jakiś sposób prognozować. Jednak po pierwsze z pewną niepewnością. A po drugie bardzo trudno jest przewidzieć, co się wydarzy, gdy te zjawiska zaczną na siebie nachodzić i oddziaływać. Tymczasem to jest nieuniknione. Dlatego od pewnego czasu nie mówimy już o globalnym ociepleniu, tylko po prostu o zmianie klimatu. I dlatego też raczej spoglądałbym w tę słoweńską stronę. Przyjdzie jedna, druga, kolejna fala upałów, potem jakieś gwałtowne burze i tak dalej.

Słyszymy, też o możliwych problemach z brakiem wody, a przecież woda nie służy tylko do picia i mycia, a też np. do chłodzenia elektrowni, skądinąd węglowych.
My z wodą generalnie mamy duży problem. Tyle że on w tej chwili nie wynika z tego, że mamy goręcej, tylko z tego jak traktujemy wodę. Nie mówię tutaj tylko o kwestii Odry, ale o spuszczaniu wody, różnych melioracjach, osuszaniu mokradeł, które zatrzymywałyby wodę. Połączenie wyższych temperatur z tym, jak traktujemy wodę, też jest dość oczywistą drogą do tego, żeby brakowało wody do chłodzenia elektrowni albo do podlewania upraw. To w tej chwili nie jest jeszcze tak bardzo odczuwalne. Wody mamy jeszcze pod dostatkiem, opadów również. Ale jak to będzie wyglądało w przyszłym świecie? To zależy od bardzo wielu rzeczy. W tym i od tego, co my zrobimy i ile jeszcze dwutlenku węgla wyemitujemy. Problemy z wodą może przynieść słabnący prąd zatokowy.

Niedawno słyszałem, że do Kalifornii chcą sprowadzać bobry, których wcześniej się pozbywali. Mają pomóc walczyć z suszą i liczniejszymi co roku pożarami. Przypomniała mi się wtedy historia sprzed dwóch lat, gdy wędkarze z Libiąża domagali się odstrzału bobrów spiętrzających wodę na miejscowych stawach. To chyba namacalny dowód na to, jakie mamy podejście do wody.
Bóbr nie przez przypadek jest nazywany inżynierem środowiska. Tworzy mokradła i rozlewiska, które przydają się również rybom. Bobry są bardzo ważne i bardzo potrzebne do tego, by wody nam nie zabrakło. Pomagają zatrzymać ją w glebie, budują naturalną retencję wody. Robią taką robotę, którą my powinniśmy robić sami. Jest z nimi tylko jeden problem. Nie wystawiają faktur, co powoduje, że nie da się zarobić na powierzeniu im prac, na których ktoś może zarobić. Myślę jednak, że gdy trochę otrzeźwiejemy, na przykład po tym jak przyjdzie suche lato i wody nam zabraknie, to zaczniemy im tę robotę powierzać. Działania bobrów to spora oszczędność finansowa. Zbiorniki retencyjne wody budujemy teraz za duże pieniądze, a bobry - nie dość, że wykonują tę robotę - robią to za darmo. Owszem, skutki ich "działalności budowlanej" wiążą się z kosztami. Na przykład z odszkodowaniami dla rolników, którzy mają pola uprawne w okolicy rzek czy stawów. To jednak jest koszt, który prędzej czy później i tak poniesiemy. Możemy wcześniej wydać mniej pieniędzy na to, by suszy zapobiegać albo więcej później, gdy będziemy mieli z nią ogromny problem.

Co powinniśmy zrobić natychmiast, żeby problem zmiany klimatu nie postępował za szybko?
Jako jednostki mamy ograniczone możliwości. Oczywiście możemy rezygnować z jedzenia mięsa, latania samolotem, jazdy samochodem... Natomiast działając w imieniu jakiejś zbiorowości, powinniśmy pamiętać, że przed podjęciem każdej decyzji na poziomie gminy, województwa, regionu, państwa czy szerzej, musimy sobie odpowiedzieć na dwa pytania. Pierwsze - spowoduje ona zwiększenie czy zmniejszenie bioróżnorodności? I drugie - czy zmniejszy lub zwiększy emisję dwutlenku węgla? Jeżeli nasze działanie zwiększy bioróżnorodność, pozwoli chronić gatunki, powinniśmy go podjąć. Jeśli nie, powinniśmy z niego zrezygnować. Jeśli coś zwiększa emisję CO2, powinniśmy z takiego działania zrezygnować, jeśli ją zmniejsza, działamy. Do tego jest konieczna zmiana w sposobie myślenia.

W swojej książce idzie pan tropem dziewięciu granic planety i dziewięciu jej problemów. Który pana zdaniem jest najważniejszy?
One wszystkie ze sobą są powiązane i w tym kłopot. Na przykład zmiana klimatu wpływa na zanik pewnych gatunków. Ale dla mnie w stanie największego zagrożenia jest bioróżnorodność biologiczna. To, co widzimy na przedniej szybie samochodu, kiedy jedziemy w długą podróż. Dziś ta szyba wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś. Kiedyś było na niej tyle zabitych owadów, że ciężko ją było domyć. Dzisiaj nie ma z tym większego problemu. Zanik gatunków to nie tylko efekt naszej bezpośredniej ingerencji w świat przyrody, zabieranie przestrzeni dzikim zwierzętom, ale także efekt zmiany klimatu, powodujący, że kolejne gatunki znikają. Obecność bobrów tworzy rozlewiska. A jak są rozlewiska, to są i owady, więc brak bobrów to nie tylko brak wody, ale i owadów. W przyrodzie wszystko od siebie zależy i punktem wyjścia na przyszłość są właśnie wspomniane dwa pytania.

Powtarza pan, że zależymy od owadów. Ale, jak to? My, ludzie, zależymy od owadów?!
A jednak. Amerykański biolog Edward Wilson mówił, że jak znikną ludzie, to dla planety nic wielkiego się nie stanie, ale jak znikną owady, to wszystko runie w kilka miesięcy. Jeżeli chwilę pomyśleć i dłużej się nad tym zastanowić, to jest to rzecz dość oczywista. Owady zapylają naszą żywność, są pokarmem dla licznych gatunków zwierząt, a te dla kolejnych i kolejnych. Dla przykładu, jeśli znikają te nielubiane przez nas komary, to okazuje się, że nie mają co jeść ważki i różne ptaki. A jak znikają ptaki, to znikają też gatunki, które na nie polują. Domino się rozsypuje. Jest taka hipoteza, która porównuje cały ekosystem planetarny do samolotu, z którego wypadają pojedyncze nity. On cały czas leci, ale w którymś momencie wypada kolejny i samolot spada. Z naszego świata też wypadają kolejne nity i nie wiemy, brak którego spowoduje, że cały system runie.

Archiwum Przełomu nr 36/2023