Nie masz konta? Zarejestruj się

Balin

Granie na organach weszło mi w krew

28.11.2023 16:00 | 2 komentarze | 2 280 odsłony | Ewa Solak

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Kazimierz Pająk od 65 lat jest organistą, a od 60 gra w kościele w Balinie. O swojej pasji, pracy, życiu codziennym związanym z kościołem, opowiada w rozmowie z Ewą Solak.

2
Granie na organach weszło mi w krew
Kazimierz Pająk
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Obsługuje pan śluby, pogrzeby i komunie. Każda niedziela, każde święto w kościele. Często także w tygodniu. Ma pan jakieś wakacje?
Teraz już prędzej, ale kiedyś nie jeździło się zbyt często na wakacje. Dom się budowało, rodzinę trzeba było utrzymać. Teraz, gdy jestem na emeryturze i mam tylko granie w kościele, to czasu jest więcej. Ale ja nie jestem typem, który wypoczywa, leżąc. Ja muszę coś robić. Człowiek czynu, jak to mówią.

Ma pan 83 lata i jeszcze chce się panu pracować?
Granie w kościele traktuję jako swego rodzaju pasję. Po 60 latach w kościele w Balinie, a w sumie 65 w ogóle jako organista nie wyobrażam sobie, żeby tego nie robić. To weszło mi w krew. Nieraz przecież po kilka razy na dzień biegało się do kościoła. Do dziś w niedziele obsługuję cztery msze.

To z domu do kościoła pewnie trafiłby pan z zamkniętymi oczami.
Nie inaczej!

A nie myślał pan kiedyś, żeby zostać księdzem?
Nie. Za bardzo mi się dziewczyny podobały. W ogóle o tym nie myślałem.

Ale całe pana życie związane jest z kościołem.
Owszem, ale jako człowieka świeckiego.

To jak to było od początku?
Mieszkaliśmy z rodziną w Radziszowie koło Skawiny. Liczna rodzina. Siedmioro dzieci, ja urodzony jako przedostatni. Tato pracował w fabryce wyrobów ogniotrwałych, ale był także organistą. A ja jako dziecko pasłem krowy, ale miałem ładny głos. Lubiłem śpiewać, lubiłem muzykę. Podobało mi się granie taty, a wszyscy w rodzinie widzieli, że mam do tego dryg. Pojechałem z ojcem do Przemyśla. Tam była jedyna w Polsce szkoła dla organistów - Salezjańska Szkoła Organistowska. Prowadzili ją księża. Dyrektor pogadał z tatą, wziął mnie do sali, chciał sprawdzić, co potrafię. Ledwie dwa dźwięki zaśpiewałem, klasnął w ręce. Zostałem przyjęty.

Nie tęsknił pan za domem?
Tęskniłem. Odwiedzałem dom, rodzinę, ale tak naprawdę już nigdy tam na stałe nie wróciłem. To były inne czasy, a ja naprawdę miałem mnóstwo szczęścia, że mogłem do takiej szkoły chodzić. Była płatna, więc rodzice musieli dużo poświęcić, żebym mógł się tam kształcić. Uczyliśmy się grać na fortepianie, fisharmonii, organach. Było nas po 20 na każdym roku. Z niektórymi z kolegów mam kontakt do dziś.

Byliście przygotowywani do grania podczas liturgii. A coś świeckiego?
To była szkoła ucząca gry muzyki kościelnej. Wiadomo, że każdy też zawsze potrafił zagrać świeckie utwory, ale priorytetem była nauka organowego akompaniamentu liturgicznego.

Jak pan się znalazł w Balinie?
Nie tak prędko, bo zanim tu dotarłem, grałem kilku innych parafiach, m.in. w Pilszczu przy granicy z Czechami, w Moryniu nad Zalewem Szczecińskim, w Kurzelowie koło Włoszczowej, a w międzyczasie jeszcze dwa lata spędziłem w wojsku. Kiedy wróciłem do domu, ktoś zaprosił mnie do grania na ślubie w Balinie. Pojechałem. Tuż przed odjazdem do domu, miejscowy ksiądz podszedł do mnie i spytał: „A może jeszcze by pan tu przyjechał?". Przyjechałem i zostałem. A ślubów wtedy było mnóstwo! Było co robić.

Gdzie pan wtedy mieszkał?
W domu na wprost kościoła. Miałem tam pokój z oknem na drogę. Patrzyłem więc nieraz na młode dziewczyny.

Tak pan wypatrzył żonę?
A nie. To akurat był odpust. Miałem podwieźć księdza do Trzebini na motorze. Miałem prawo jazdy jeszcze z wojska, więc nie było problemu. Kiedy wracałem, zauważyłem dwie dziewczyny. Zatrzymałem się, spytałem, czy może podwieźć? Pokręciły głowami, że nie trzeba. Coś jednak musiało wisieć w powietrzu, bo następnego dnia zobaczyłem, jak moja przyszła żona wychodzi z kościoła. Wyskoczyłem z domu, pobiegłem do niej, pytając, czy mogę ją odprowadzić. Mieszkała na Okradziejówce, więc miała kawałek. I tak się zaczęło.

Kto grał na waszym ślubie? Bo przecież nie pan.
Kolegę poprosiłem, jeszcze ze szkoły w Przemyślu. 25 kwietnia 1965 roku. Mieliśmy huczne wesele. Przyjechała moja rodzina z Radziszowa, przyszła rodzina żony. Wtedy nie robiło się imprez w lokalach. Świętowaliśmy w domu, który wynajmowaliśmy przy kościele.

Jako organista miał pan etat?
Nie, dziś można by to przyrównać do zlecenia. Dlatego, kiedy się ożeniłem, szybko zacząłem szukać stałej pracy. Najpierw w zakładzie ślusarskim za młynem, potem w Sierszy, jako spawacz i przy remontach maszyn górniczych. A popołudniami i w weekendy grałem w kościele.

Dużo tego.
Żeby coś osiągnąć, trzeba się napracować. Budowaliśmy dom i choć pomagał mi brat, który był murarzem, to i tak nie było łatwo.

A nie chciał pan grać na weselach? To inny repertuar, ale też można zarobić.
Nie, nie. To mnie nie interesowało. Takie imprezy całonocne są strasznie męczące.

A w domu na urodzinach, podczas świąt, pan gra?
Oczywiście. Zdarzają się nawet „Hej sokoły" i inne biesiadne piosenki. Ja sam lubię Wodeckiego, Sośnicką.

Przez te lata pracy pewnie zdarzyły się panu różne ciekawe historie.
Nawet nie. Tu nie było jakichś incydentów czy problemów. Ale raz, gdy jeszcze grałem na parafii w Kurzelowie, zdarzyła się zabawna historia. Ślub miał być na godz. 10.30. Ludzie w ławkach czekają, nikt nie wychodzi. Wreszcie ojciec panny młodej przyszedł, mówiąc, że pan młody zapomniał przynieść metrykę chrztu, a pochodził z innej parafii. 30 km musieli tam jechać, żeby ją przywieść. Wrócili o wpół do piątej i dopiero wtedy zaczęła się uroczystość. Ale żartowali wtedy, że młody pewnie liczył, że uda mu się przez to ten ślub odwołać.

Pracując jako ślusarz, spawacz i mechanik, był pan narażony na urazy czy wypadki. Nie martwił się pan nigdy o swoje dłonie? W końcu to one w graniu są najważniejsze.
Akurat w pracy nie przytrafiło mi się nic złego. Ale w 1960 roku, jadąc z księdzem na motorze, mieliśmy wypadek. Koło Włoszczowej to było. Pamiętam, że wzdłuż drogi rosły czereśnie. Przed nami jechał traktor z drewnianymi belkami, ksiądz chciał go wyprzedzić. Uderzyliśmy w stojący tam walec. Ludzie widząc to, nie mogli uwierzyć, że przeżyliśmy. Miałem uszkodzone dwa palce w jednej dłoni. Następnego dnia grałem znów w kościele, bo przecież osiem pozostałych palców było całych.

Od czasów, gdy zaczynał pan pracę jako organista w Balinie, dużo się pewnie zmieniło.
Dużo, choć repertuar niewiele się różni. Kiedyś było 58 ślubów rocznie, a teraz jest dobrze, gdy jest pięć. Ja natomiast zawsze gram ludziom to, co najbardziej lubią. Nieraz podchodzą do mnie potem i mówią, że dziękują mi, że coś zagrałem. To miłe.

Ktoś w pana rodzinie odziedziczył muzyczne talenty?
Owszem. Córka i wnuczka. Bardzo się z tego cieszę.

Ma pan jeszcze jakieś plany, marzenia?
Życzyłbym sobie zdrowia, żeby móc jak najdłużej grać.

Archiwum Przełomu nr 21/2023