Nie masz konta? Zarejestruj się

Chrzanów

Dla trębacza każdy występ jest jak egzamin

18.06.2021 15:00 | 1 komentarz | 1 784 odsłona | Marek Oratowski
Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM".
Zdzisław Mucha z Chrzanowa z niejednego pieca jadł chleb. Koncertował w kraju i na wielu zagranicznych kontraktach. Niekiedy trąbka pozwoliła mu wychodzić z opresji. Z okazji 80. urodzin, które świętował 27 sierpnia (2020r.), opowiada o swojej muzycznej biografii.
1
Dla trębacza każdy występ jest jak egzamin
Zdzisław Mucha ma artystyczną duszę. Potrafi zagrać z pamięci około pięćset utworów
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Marek Oratowski: Jaki jest pana muzyczny rodowód?
Zdzisław Mucha: Pochodzę z Zagórza. W naszej rodzinie nie było tradycji muzycznych. Ojciec był mistrzem stolarskim i pracował w Fabloku. Po południu brał kosę lub kopaczkę i szedł do pola. Mnie muzyka fascynowała od dziecka. W latach 50., w których dorastałem, modne były instrumenty dęte. Słuchało się wtedy trębaczy grających repertuar rozrywkowy, jak Nini Rosso. Na kolejnych etapach życia podobali mi się tacy muzycy, jak Dizzy Gillespie, Louis Armstrong, Miles Davis oraz Tomasz Stańko, którego poznałem. Modne były też big bandy.
W Fabloku działała orkiestra dęta. Jako uczeń przyzakładowego technikum uczyłem się grać. Zaraz też poszedłem do szkoły muzycznej w Oświęcimiu. Po zajęciach w technikum dojeżdżałem tam pociągiem. Uczyłem się gry na fortepianie i trąbce. Chciałem być samodzielny i zacząć dzięki tym umiejętnościom zarabiać.

Po maturze w technikum poszedłem do Krakowa, do średniej szkoły muzycznej. Zamieszkałem w bursie. Wtedy zaczęły się też chałtury, to znaczy granie na weselach, zabawach. Nie tylko w okolicach Chrzanowa, ale też pod Tarnowem i Kielcami. Gra na takich imprezach w tamtym czasie groziła nawet wyrzuceniem ze szkoły muzycznej, więc te chałtury musieliśmy robić dyskretnie.

Pana popisowym instrumentem została trąbka. Czym powinien się charakteryzować dobry trębacz?
- Mile widziana jest tężyzna fizyczna. Wydaje się to bardzo męczące, ale zawodowcy grają przeponą, a nie płucami. Oczywiście talent też jest ważny, ale podstawową sprawa jest pracowitość. Jako chłopak ze wsi od dziecka byłem nauczony pracy. Rąbałem drewno, pasłem krowy, nosiłem wodę ze studni. Dla mnie ćwiczenie na instrumencie było pracą, a więc nic nowego. Znałem trębaczy, którzy ćwiczyli po 8-9 godzin dziennie.

A teraz ile poświęca pan czasu na grę?
- Przynajmniej dwie godziny dziennie. Ćwicząc, używam tłumika, żeby domownicy mogli normalnie funkcjonować. Około pięćset utworów zagram z pamięci. To muzyka klasyczna, amerykańskie standardy, utwory ludowe. Bardzo szybko zapamiętuję nuty. To też jest bardzo ważne.

Niektórzy pana koledzy zrobili kariery.
- Tak. Mieszkałem między innymi z Mietkiem Koszem, niewidomym pianistą i kompozytorem. Tragicznie potem zginął. Razem graliśmy po krakowskich klubach. Miał świetny słuch muzyczny, więc występy z nim były dla mnie dość stresujące. W bursie moim kolegą był pochodzący z Poręby Żegoty późniejszy malarz Jan Chrząszcz. Zostawił po sobie wiele znanych obrazów, między innymi Jezusa Miłosiernego, namalowanego do sanktuarium w Łagiewnikach. Namalował też mnie i moją żonę. Oba portrety wiszą w moim domu na honorowym miejscu. W bursie poznałem też aktora Jerzego Trelę.

Poszedł pan na studia ekonomiczne, ale dyplomu nie uzyskał. Dlaczego?
- W Wyższej Szkole Ekonomicznej w Krakowie wytrzymałem trzy lata. Pomyślałem, że zrobię sobie przerwę od nauki i w 1968 roku ruszyłem w trasę z cyrkiem Warszawa. Wcześniej musiałem jednak zdać egzamin organizowany przez Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe. W tamtym czasie muzyk cyrkowy to był gość pod muszką. Nie tak jak teraz, kiedy musi dodatkowo sprzedawać bilety albo pomagać rozbijać namiot. Kilka miesięcy pograłem i musiałem wrócić na rodzinną wieś. Dostałem telegram, że zmarł nagle ojciec. Trzeba było pomóc matce na roli. Uniwersytet poszedł więc w odstawkę. Nie żałuję, bo pewnie znalazłbym się później za jakimś bankowym biurkiem i bawił w rachmistrza.

Ale z muzyką pan nie zerwał.
- Nie. Za namową Antoniego Mizi, kapelmistrza orkiestry dętej kopalni Janina w Libiążu, poszedłem tam na etat. Orkiestra prezentowała naprawdę dobry poziom. Dyrekcja przychylnym okiem spoglądała na naszą działalność. No i wtedy też zaczęły się moje wyjazdy zagraniczne, bo dostawałem z kopalni bezpłatne urlopy.

Gdzie pan grywał?
- Zacząłem od Wiednia. Do Austrii ściągnął mnie znajomy klarnecista ze Śląska. Związałem się z formacją Swing Live Orchestra grającą nie tylko muzykę klasyczną, ale także standardy jazzowe. Tworzyli ją międzynarodowi muzycy, m.in. z Rosji i Węgier. Graliśmy po klubach, a niekiedy także na ulicy. Okazało się, że zespół prezentuje bardzo wysoki poziom. Dlatego musiałem się szybko przestawić z maniery weselno-amatorskiej na zawodowe granie. W Austrii na stole może być mniej żarcia, ale nie może zabraknąć muzyki. Gra się tam przy każdej okazji: otwarcia zakładu fryzjerskiego lub piekarni, urodzin, uruchomienia nowego oddziału w szpitalu. Tam otworzył się przede mną szeroki świat, bo nawiązałem dużo znajomości. Dzięki temu pojechałem też do Turcji i USA.

Jak pan wspomina sezony spędzone w Stanach Zjednoczonych i Turcji?
- W Stanach grałem w ośrodku należącym do znanej wokalistki Dolly Parton. To było coś w rodzaju naszego chorzowskiego parku rozrywki. Warunki miałem bardzo dobre. Nocowałem w ekskluzywnym hotelu po 270 dolarów za dobę. Graliśmy cztery razy dziennie, na różnych estradach, na których tylko zmieniały się orkiestry.
W Turcji graliśmy niedaleko morza, głównie dla Holendrów. Mieliśmy bardzo dobre jedzenie. Występowałem z zespołem złożonym z samych Polaków. Pojechaliśmy tam autobusem razem z członkami baletu. Jednak przy wjeździe do kraju pojawiły się problemy. Mieliśmy kontrakty na granie, więc do nas Turcy się nie przyczepili. Jednak kierowcy nie posiadali wiz pracowniczych. Ale uratowałem sytuację. Akurat było popołudnie, więc ambasada w Ankarze była zamknięta i nikt nie odbierał telefonów. Poszedłem więc na wartownię i niewiele myśląc zagrałem na trąbce tym pogranicznikom hymn turecki. Nauczyłem się go grać w Wiedniu. Dostałem brawa i tak ich ująłem, że na migi pokazali, że wszyscy możemy wjechać.
Niekiedy sam na granicach miałem problemy. Pieczątek w paszporcie zebrałem przez lata bardzo dużo, więc stałem się podejrzany. Raz w Austrii wzięli mnie z tego powodu do biura celnego. Niemieckiego nie znam, ale jakiś chłopak mi przetłumaczył, że pytają mnie o cel podróży. Powiedziałem, że jadę grać. Wziąłem trąbkę i zagrałem dla odmiany austriacki hymn. Poderwałem żandarmów na baczność. Znów podziałało.

Jakie utwory pan szczególnie lubi?
- Powojenne standardy, które niekoniecznie są na topie. Chcę zaznaczyć, że to nie jest tak, że się wszystko potrafi, choćby się grało długie lata na jakimś instrumencie. Każdy występ przed publicznością jest jak egzamin.

Ile ma pan trąbek?
- Do niedawna miałem siedem, a zostały mi cztery. Niektóre kupiłem na kontraktach zagranicznych.

Nie boli pana serce, że instrumenty dęte zeszły trochę na boczny tor?
- Trochę współczuję młodym ludziom, którzy uczą się gry na trąbce. I zastanawiam się, gdzie będą grać? Nie ma orkiestr, dancingów, zabaw.

Pana muzykowanie sprawiło, że w pana ślady poszli inni członkowie rodziny.
- Rzeczywiście. Syn Tomasz jest muzykiem zespołu Ulysses. To perkusista, ale potrafi także zagrać na saksofonie i klarnecie. Zawodowym muzykiem jest też Jerzy Mucha z Zagórza, syn mojego nieżyjącego brata Stefana. Grał w wielu big bandach, a od długiego czasu gra na statkach.

W Chrzanowie nie ma ważnych imprez miejskich oraz rocznic bez Zdzisława Muchy.
- Teraz, przez koronawirusa, jest tego mniej niż do niedawna, ale wciąż jestem zapraszany na różne lokalne wydarzenia. Upamiętnianie Żołnierzy Wyklętych, święto 11 Listopada i 15 sierpnia. Grywam też w kościołach. Na przykład na wrześniowym odpuście w sanktuarium w Płokach. Zawsze 3 Maja gram przy domu dla sąsiadów.

Muzyka to pana jedyna pasja?
- Przez lata uprawiałem sporty obronne, siłowe oraz narciarstwo. Przyjaźniłem się z Jackiem Dybkiem z Krzeszowic, który skomponował „Konika na biegunach". Razem szusowaliśmy, m.in. w Szczyrku i Zakopanem. Teraz już nie jeżdżę, bo kolana odmawiają posłuszeństwa.

Nie wygląda pan na 80-latka.
- Bo ja przecież mam tylko 40 plus (śmiech). Być może formę pozwoliło mi zachować to, że jako jeden z nielicznych muzyków nigdy nie piłem ani nie paliłem. Dlatego chętnie mnie brano na kontrakty. Zawsze przychodziłem punktualny, ubrany, ogolony i wyspany. Nigdy nie widziano mnie wczorajszego, jak niektórych moich kolegów.

Archiwum Przełomu nr 35/2020