Nie masz konta? Zarejestruj się

Chrzanów

Od Gargamela do Laury Monroe - sceniczne oblicza aktora Tomasza Madeja

15.10.2020 17:00 | 1 komentarz | 1 643 odsłona | Natalia Feluś

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM".
O studiach teatralnych, pierwszych krokach na scenie, oddzieleniu życia prywatnego od granych postaci i codziennym życiu aktora - w rozmowie z Natalią Feluś opowiada Tomasz Madej, aktor młodego pokolenia.

1
Od Gargamela do Laury Monroe - sceniczne oblicza aktora Tomasza Madeja
Tomasz Madej
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Natalia Feluś: Od dziecka interesowałeś się aktorstwem. Pamiętasz, jaka była twoja pierwsza rola?
Tomasz Madej: Odkąd sięgam pamięcią, rozpierała mnie energia twórcza, którą uwalniałem, deklamując wiersze i śpiewając piosenki rozmaitej widowni. Nieważne, czy to byli rodzice, dziadkowie, znajomi, czy zupełnie obce mi osoby. Pierwszą rolą, z jaką przyszło mi się zmierzyć, była rola Gargamela - antagonisty w bajce o Smurfach. Moja kreacja okazała się być całkiem niezła. Do tego stopnia, że na jednym z przeglądów form teatralnych aktor zasiadający w jury podszedł do mnie i powiedział: „Jeszcze kiedyś spotkamy się na scenie".

Zaczynałeś od występów organizowanych w szkole i chrzanowskim MOKSiR. Jak wspominasz ten czas?
- Zawsze należałem do osób, które chętnie angażują się w życie szkolne. Nie przypominam sobie akademii lub innej uroczystości szkolnej, w której nie brałem czynnego udziału. Najczęściej była to rola niezawodnego konferansjera. Zdarzały się również projekty teatralne, często nagradzane na szczeblu województwa i kraju. Jeden z nich nawet zaprowadził nas do telewizji. Pamiętam również wiele konkursów recytatorskich: gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Większość z nich wygrywałem. Któregoś roku - na jednym z wojewódzkich etapów konkursu recytatorskiego w języku Shakespeare`a - pani prowadząca konkurs, widząc mnie po raz kolejny na podium, powiedziała: „Panie Madej, pan mógłbyś już nie przyjeżdżać, my wiemy, że jest pan najlepszy. Niech innym da pan szansę". Zwycięstwa te były dla mnie ogromną motywacją. Utwierdziły mnie w przekonaniu, że to, co robię, robię naprawdę dobrze. Z pewnością dodało mi to pewności siebie na egzaminach wstępnych do szkoły teatralnej.

Jak wyglądały twoje studia aktorskie, co z nich zapamiętałeś?
- Studia na wydziale aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. L. Solskiego w Krakowie to był wyjątkowy czas. Czas niesamowitych spotkań, z fantastycznymi ludźmi, pedagogami i aktorami. W końcu nie na każdej uczelni można spotkać na co dzień Annę Dymną, Krzysztofa Globisza, Jerzego Trelę, Dorotę Segdę i innych, znanych aktorów. To również czas wielu wyrzeczeń, harówka od rana - czasem do późnego wieczora. Poza zajęciami ciekawe spotkania, próby, niesamowite rozmowy o sztuce i życiu.
Szkołę zaczyna się od fuksówki - czegoś na kształt przysposobienia, organizowanego przez starszych kolegów - studentów. Dlaczego fuksówka? Bo trzeba mieć naprawdę fuksa, by znaleźć się w gronie dwudziestu, spośród tysiąca kandydatów. To czas, kiedy starsi koledzy pokazują młodszym jak przebrnąć przez meandry studiów aktorskich. Po symbolicznym wejściu w grono studentów - zaczyna się prawdziwa praca. Pierwsze trzy lata studiów spędziłem na szlifowaniu warsztatu. Wśród zajęć były m.in. praca nad dykcją, praca nad emisją głosu, praca nad ciałem, elementarne zadania aktorskie, sceny współczesne, sceny klasyczne, wiersz, piosenka, rytmika, teoria teatru i filmu, historia sztuki. Kolejny rok to czas przygotowań do spektaklu dyplomowego, który miałem okazję tworzyć pod okiem jednego z najbardziej cenionych reżyserów teatralnych w Polsce i na świecie - Krystiana Lupy. To niezwykle cenne doświadczenie. Po pracy nad spektaklem dyplomowym przychodzi czas na napisanie pracy magisterskiej. Ja skupiłem się nad tematem, czy jest możliwe oddzielenie życia prywatnego aktora od kreowanej postaci scenicznej.

Tomasz Madej (z prawej) w spektaklu „Acid snow. Będzie jeszcze zimniej” w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

No właśnie, jest to możliwe?
- Aktorstwo jest dla mnie poszukiwaniem, odkrywaniem siebie, emocji; stanów, które w prywatnym życiu często są pochowane. Aktor, wchodząc na scenę, wnosi ze sobą swoją wiedzę, wrażliwość, spojrzenie na świat, doświadczenie, by w końcu tchnąć w postać życie. Trzeba przyjmować to, co się z tobą w danej chwili dzieje. To, kim jesteś i jak się czujesz. Być tu i teraz. Jazzować z rzeczywistością i tym, co cię spotyka w życiu i na scenie. Najważniejszy w tym jest zdrowy rozsądek. Na scenie oczywiście korzystamy z bagażu doświadczeń zebranych w życiu. Ale scena nie jest kozetką u psychologa i miejscem na przepracowanie swoich problemów. Mam kolegę, który przygotowując się do roli Raskolnikowa, spał z siekierą pod poduszką. Sam, przygotowując się do spektaklu dyplomowego - eksplorowałem zakamarki życia ludzi bezdomnych. Był taki czas, że próbowałem nawet być jednym z nich. Jednak bez zdrowego rozsądku i dźwigni, jaką jest dom, ta ostoja, do której zawsze możesz wrócić i prowadzić normalne życie, niektórym trudno jest się wydostać z poszukiwań. Aktorstwo to zawód dla ludzi ciekawych świata i drugiego człowieka.

Twoje największe wyzwanie aktorskie do tej pory?
- Praca nad wykreowaniem postaci Laury Monroe, pod okiem reżyserskim Mai Kleczewskiej. Wzięliśmy na warsztat reportaże o ludziach dziwnych, często pokrzywdzonych przez rzeczywistość, w jakiej przyszło im żyć, a także o ludziach, którzy zakrzywiali tę rzeczywistość. Ja pracowałem nad postacią mężczyzny, który by zdobyć sławę i pieniądze, stał się kobietą, uciekając od poprzedniego życia, pełnego długów i oszustw. W końcu został dyrektorem szpitala psychiatrycznego w Tworkach, już jako Laura Monroe. Pamiętam, jak dużym wyzwaniem dla mnie było znalezienie odpowiednich butów na obcasie, nauczenie się chodzenia w nich, dobór peruki, wypchanie piersi, nauka makijażu, ogolenie nóg. Napisanie kilkunastu monologów wewnętrznych. Powoli stawałem się kobietą - oczywiście na potrzeby wykreowania tej postaci. Ta praca pozwoliła mi zrozumieć, przez co przechodzą na co dzień osoby transseksualne. Z czym się muszą zmagać i jak trudno jest im się przystosować do rzeczywistości. To cenne doświadczenie. A na marginesie mówiąc - mam szczupłe i długie nogi. Więc moja Laura była całkiem seksowną kobitką.

Jak wygląda praca aktora na co dzień?
- To zależy, jaką drogę obierzesz. Ja do tej pory nie zdecydowałem się na grzanie ciepłej posadki na etacie w teatrze. Wybrałem pracę wolnego strzelca. Szukam swojego miejsca na Ziemi i grając spektakle w cały kraju - m.in.: w Krakowie, Katowicach, Wrocławiu czy Gdyni. Dzięki temu poznałem wiele ciekawych osób i zrobiłem dużo, interesujących projektów. Jednak taki tryb pracy wymaga naprawdę dobrej organizacji i koordynacji, by nie zdarzyło się, że jednego dnia musisz być w Krakowie i w Gdyni jednocześnie. Dzięki takim wyjazdom doszedłem do perfekcji w pakowaniu walizki. Robię to w trzy minuty, a w jednym z hoteli w Gdyni mam nawet swoją szczoteczkę do zębów, która zawsze na mnie czeka.

Grasz wyłącznie w teatrze, czy próbujesz też swoich sił w filmie?

- Nie ograniczam się do grania w teatrze. Chodzę na castingi. Czasem zdarza mi się pojawić na szklanym ekranie. Myślę jednak, że czas ogromnej popularności jeszcze przede mną.

O jakiej roli marzysz?
- Marzę o roli stawiającej opór, będącej wyzwaniem, wciągającej w jakiś świat, pozwalającej na podróż w nieznane.


CV

Tomasz Madej,
30-letni chrzanowianin, absolwent II LO w Chrzanowie. Skończył studia na wydziale aktorskim w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Jego spektakl dyplomowy „Pływalnia" był realizowany pod patronatem wybitnego reżysera teatralnego, Krystiana Lupy. Jako wolny strzelec gra na deskach teatrów w całej Polsce: w Teatrze Polskim oraz Teatrze Capitol we Wrocławiu, Gdyńskim Centrum Kultury, Teatrze Bez Sceny w Katowicach, Teatrze STU w Krakowie, Teatrze IMKA w Warszawie czy Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Od 5 lat wraz z mamą prowadzi Akademię Talentów, która organizuje obozy letnie i zimowe, wraz z warsztatami aktorskimi i tanecznymi dla dzieci i młodzieży w różnych zakątkach Polski, oraz półkolonie żeglarskie.

Archiwum Przełomu nr 15/2020