Nie masz konta? Zarejestruj się

Chrzanów

Dbam o pamięć o zesłańcach

06.08.2020 17:00 | 0 komentarzy | 1 249 odsłona | Marek Oratowski

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM".
To było 80 lat temu, w lutym 1940 roku. Miałem wtedy zaledwie trzy lata. Wiem z opowiadań, że Rosjanie przyszli po nas o drugiej w nocy. Dostaliśmy godzinę na spakowanie. Saniami przetransportowali nas do najbliższej stacji. Tam umieścili wszystkich w bydlęcych wagonach. Półtora miesiąca jechaliśmy nimi do Kazachstanu - opowiada 85-letni Tadeusz Szumowski.

0
Dbam o pamięć o zesłańcach
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Marek Oratowski: Pana ojciec był bohaterem. Jakie były jego losy?
Tadeusz Szumowski: Ojciec miał na imię Hieronim. W sierpniu 1914 roku w Krakowie powstała Pierwsza Kompania Kadrowa. Gdy służący w niej żołnierze dotarli do Kielc, ojciec, pochodzący z sąsiedniego Jędrzejowa, wstąpił do jednostki. W walkach pod Wołyniem został ciężko ranny, za co otrzymał potem Order Virtuti Militari. W 1917 roku razem z innymi odmówił przysięgi na wierność Niemcom. Został internowany w Szczypiornie k. Kalisza. Józef Piłsudski został zaś aresztowany i osadzony w Magdeburgu. Po zwolnieniu z internowania tata walczył w obronie Wilna. W wojsku służył do 1923 roku. Ponieważ był nauczycielem, został dyrektorem szkoły na Wileńszczyźnie. W 1939 roku przyszli Rosjanie. Zabrali ojca i dziadka. Trafili do więzienia w Mińsku. Tam byli torturowani. Następnie zostali deportowani do Workuty. Dziadek nie wytrzymał transportu. Zmarł w drodze i został wyrzucony z wagonu. Ojciec zaczął pracę przy wyładunku węgla z barek. Gdy Rosjanie się dowiedzieli, że był piłsudczykiem, trafił do celi śmierci. Ocaliła go napaść Niemiec na Rosję. Wstąpił do armii generała Władysława Andersa. Ten powiedział ojcu, że jako nauczyciel będzie uczył polskie dzieci w Afryce. Przeszedł cały szlak bojowy, m.in. przez Iran i Irak. Po wojnie nie mógł od razu przyjechać do kraju. Mieszkał w angielskim domu kombatanta. Do Polski wrócił w 1969 roku. Zmarł jedenaście lat później. Dożył 85 lat.

Równie dramatyczne były losy pana i pozostałych członków rodziny.
- W pierwszej wywózce, 10 lutego 1940 roku, wywieziono z Głębokiego w województwie wileńskim trzy pokolenia naszej rodziny. W sumie 13 osób. Oprócz mnie, brata, siostry, mamy i babci zabrali też wujków i ciocie. Miałem wtedy zaledwie trzy lata. Wiem z opowiadań, że przyszli po nas o drugiej w nocy. Dostaliśmy godzinę na spakowanie. Saniami przetransportowali nas do najbliższej stacji. Tam umieścili wszystkich w bydlęcych wagonach. W rogu każdego z nich znajdowała się dziura na potrzeby fizjologiczne. Gdy jednej z matek umarło dziecko, enkawudzista wziął je i wyrzucił przez ten otwór higieniczny. Ta matka całymi dniami stała przy tym otworze.
Prawie półtora miesiąca spędziliśmy w drodze. Wiele osób nie przeżyło. Celem naszej podróży był Pawłodar w Kazachstanie, położony nad rzeką Irtysz. Trafiliśmy do tamtejszego kołchozu. Spędziliśmy tam sześć lat. Mama nie chciała podpisać obywatelstwa rosyjskiego, została pobita i trafiła do łagru. Z babcią chodziliśmy wtedy na żebry. Gdy babcia zmarła, zabrali nas do domu dziecka w Zagorsku. Mama wróciła do kraju kilka miesięcy wcześniej. Odnaleźliśmy się potem w Polsce przez Czerwony Krzyż. Zamieszkaliśmy w Łobzie, niedaleko Szczecina.

Co pan zapamiętał z tego czasu?
- Straszny głód. Tak wielki, że niektóre matki z rozpaczy związanej z brakiem pożywienia topiły najpierw dzieci, a potem siebie. Oprócz głodu dokuczał nam straszny mróz oraz wszy w ziemianki służących nam za schronienie. Jedną z kobiet wszy dosłownie zjadły. Znajdywaliśmy wszystko, co nadawało się do jedzenia: korzonki, ptasie jaja, szczaw, lebiodę. Leczyliśmy się, pijąc mocz na owrzodzenia. Tak sobie myślę, że ocaliła nas wielka wiara w Boga. Pamiętam, jak mama miała różaniec zrobiony z chleba i popiołu. Modliliśmy się wszyscy do Matki Bożej Ostrobramskiej.

Mieliście potem kontakt z ojcem?
- UB dowiedziało się, że mama prowadzi jakąś korespondencję z ojcem przebywającym w Anglii. Zamknęli ją. Brat mamy, który nie zdążył pójść z armią Andersa, tylko zaciągnął się do wojska Berlinga, pracował w Warszawie. To jej trochę pomogło. Musiała jednak odejść z pracy w szkolnictwie. Została pielęgniarką i zatrudniła się w szpitalu.

Jak rodzice znaleźli się w Chrzanowie?
- Rodzice przyjechali do Chrzanowa za moim starszym o kilka lat bratem, pracownikiem Fabloku. Budował pomnik orła i ośrodek nad Chechłem. Dostał w Chrzanowie mieszkanie i ściągnął tutaj mamę i ojca. Teraz brat, noszący po ojcu imię Hieronim, jest obłożnie chory, więc go systematycznie odwiedzam. Mama zmarła, dożywszy ponad 100 lat.

Jakie były pana losy?
- W Szczecinie, gdzie mieszkam do dzisiaj, skończyłem technikum wychowania fizycznego. Przez wiele lat pracowałem jako instruktor nauki jazdy. Uczyłem niepełnosprawnych. W 1984 roku przeszedłem na emeryturę.

Zaangażował się pan w propagowanie wiedzy o sybirakach oraz pomoc dawnym zesłańcom.
- Tak. Między innymi organizowałem przez 20 lat w Rewalu zjazdy sybiraków z całego świata. Odnowiliśmy cmentarz w Pawłodarze, postawiliśmy tam pomnik. Dbamy o to, by pamięć o tych naszych rodakach przetrwała. Podczas bytności w Chrzanowie z okazji 80. rocznicy pierwszej wywózki, 10 lutego, odbyłem w kilku szkołach prelekcje na ten temat.

Z archiwum tygodnika "Przełom" nr 7/2020