Nie masz konta? Zarejestruj się

Sport

Sternicy klubów, czyli specjaliści od dryfowania

26.02.2015 14:31 | 0 komentarzy | 2 585 odsłony | Marek Oratowski

Pochwał za często prezesi nie słyszą. No, może w wyjątkiem rzadkich chwil, gdy klub ma jubileusz. Bo już takie awanse idą zwykle na konto graczy i szkoleniowców - pisze Marek Oratowski

0
Sternicy klubów, czyli specjaliści od dryfowania
Marek Oratowski
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Dochodzę ostatnio do wniosku, że bycie prezesem klubu sportowego to ciężki kawałek chleba. Ta praca wymaga pełnej dyspozycyjności. Trzeba dreptać po urzędach w sprawach dotacji oraz całować klamki w poszukiwaniu sponsorów. A i tak za plecami słychać zwykle pytanie "ile on z tego ma?". Bo tak zwanych życzliwych nie trzeba daleko szukać.

W tej społecznej robocie trzeba być po trosze menadżerem, psychologiem i mediatorem. Na styku działaczy, zawodników, kibiców, a niekiedy także rodziców (gdy rzecz dzieje się w klubie skupiającym dzieci i młodzież) nieraz iskrzy. Bo wyniki nie takie, jak sobie wszyscy wymarzyli, siadła atmosfera albo trener nie może wyegzekwować, by zawodnicy odpowiednio przyłożyli się do zajęć. Pochwał za często prezesi nie słyszą. No, może w wyjątkiem rzadkich chwil, gdy klub ma jubileusz. Bo już takie awanse idą zwykle na konto graczy i szkoleniowców.

Pytanie "gdzie jest prezes?" pada zwykle w sytuacjach kryzysowych, kiedy trzeba zwalić na kogoś winę. W końcu trudno ją zrzucić na barki kolektywnego zarządu. Prezes jest w takich sytuacjach niezastąpiony. Nikt sie nim nie rodzi. Do wszystkiego trzeba zwykle dojść samemu, często metodą prób i błędów. Ponieważ sytuacja wielu lokalnych klubów, także tych o długiej tradycji, jest ostatnio nie do pozazdroszczenia, pojawiły się w nich zmiany personalne. Nagle okazało się, że posada takiego sternika KS Chełmek lub MKS Fablok to gorące krzesło.

Gdy w klubie pada hasło zmian, wczorajsi krytycy poczynań "starych" władz jakoś niezbyt chętnie kwapią się do przejęcia odpowiedzialności. W końcu wiedzą, albo tylko przeczuwają, że społeczna robota nie jest łatwa, prosta ani przyjemna z powodów, o których napisałem na wstępie. Najlepiej, gdyby na prezesa wybrać kogoś będącego jednocześnie sponsorem, finansistą i osobą z doświadczeniem samorządowym.

Jednak takich ludzi "3 w 1" trudno znaleźć. W tej sytuacji odpowiedzialność spada na barki zapaleńców, którzy maja dobre chęci. Jak to zdarzyło się choćby po ostatnim walnym Fabloku, w którym rządy objęli rodzice piłkarzy. Pozostaje im życzyć, by w zetknięciu z urzędniczą machiną nie stracili zapału ani pomysłów. I by pojawiające się w sytuacjach podbramkowych  pytanie "gdzie jest prezes?" padało jak najrzadziej...