Nieludzkie warunki, wielka odwaga. Nowa książka o lokalnych bohaterach I wojny światowej - przelom.pl

Nasza Historia

Zamknij

Nieludzkie warunki, wielka odwaga. Nowa książka o lokalnych bohaterach I wojny światowej

Marek Oratowski Marek Oratowski 12:00, 08.03.2026 Aktualizacja: 20:36, 07.03.2026
2 Nowa książka o lokalnych bohaterach I wojny światowej ks. dr Grzegorz Łopatka prezentuje swoją książkę, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ponad trzy miliony Polaków walczyło na frontach pierwszej wojny światowej. Wielu z nich pochodziło także z ziemi chrzanowskiej. Ich historie, listy i wspomnienia zebrał w swojej książce "Żołnierze wielkiej wojny z Płazy i okolicy" ks. dr Grzegorz Łopatka, proboszcz parafii w Płazie. 

Działania zbrojne lat 1914-1918 nazwane przez historyków pierwszą wojną światową często są traktowane przez nas na zasadzie suchych faktów, poznanych na lekcjach historii. Dowiedzieliśmy się na nich, że walczyły ze sobą państwa Ententy (m.in. Francja, Wielka Brytania, Rosja) z Państwami Centralnymi (m.in. Niemcy, Austro-Węgry). Wygrała Ententa. Tymczasem za każdym wydarzeniem stoją konkretni ludzie. Książka pokazuje ich z imienia i nazwiska. Pisze o ich losie, ale i nadziejach, które przelewali na papier w listach i kartkach wysyłanych z okopów do rodzin.

Transport z prowiantem nie zawsze docierał 

Auror książki "Żołnierze wielkiej wojny z Płazy i okolicy" nakreślił w niej oraz na spotkaniu autorskim możliwie szerokie tło historyczne.

- Żołnierze czekali w brudnych okopach, często niedożywieni, strasznie znudzeni. Wojna bowiem nie toczyła się bez przerwy. Bywało, że przez kilka dni obie strony konfliktu nie ruszały się z miejsc. Co ciekawe, wykopano podczas wojny około 40 tysięcy kilometrów okopów. To tyle, ile ma ziemia wzdłuż równika. Wśród nich, najczęściej po stronie niemieckiej, austriackiej i rosyjskiej, wcieleni do tych armii znajdowali się także Polacy. Również dzięki ich relacjom mogliśmy poznać, jak wyglądało codzienne, okopowe życie. Pośrodku pomiędzy jedną i drugą linią okopów znajdowała się ziemia niczyja. To tam toczyły się walki. Tamtędy wojska jednej i drugiej strony próbowały przedostać się na pozycję przeciwnika. Również na ziemi niczyjej zalegało tysiące ciał zabitych, które zabierano dopiero najczęściej pod osłoną nocy – opowiadał na spotkaniu autorskim ks. dr Grzegorz Łopatka.

Okopy miały chronić przed ostrzałem artyleryjskim, maszynowym, atakiem z powietrza, a także przed bronią chemiczną, która na masową skalę została użyta po raz pierwszy dopiero właśnie na frontach tej wojny. 

Warunki sanitarne w okopach były skrajnie złe. Żołnierze tkwili niekiedy tygodniami w błocie, nie było się gdzie umyć. Potrzeby fizjologiczne załatwiali w prowizorycznych latrynach, w których bywało, że podczas ulew wypływały fekalia. Jedzenie było często lichej jakości, zupełnie zimne. Na pierwszej linii był zakaz rozpalania ognia, aby widokiem dymu nie nakierować wroga. Posiłki gotowano więc na tyłach, skąd do okopów docierały całkiem zimne. Bywało też, że transporty z prowiantem w ogóle na front nie dojeżdżały.

Podczas pierwszej wojny światowej dieta żołnierzy była dość prosta i skupiała się na zapewnieniu energii i kalorycznego wsparcia. Nic dziwnego, że szerzyły się choroby: czerwonka, cholera, dur brzuszny.

Powszechną przypadłością stała się tzw. stopa okopowa, czyli martwica tkanek, która powodowała, że żołnierz musiał mieć ostatecznie amputowaną stopę.

Stres na pierwszej linii frontu

Wyniszczające były także ciągły stres i strach przed śmiercią. Dziś tę przypadłość określa się jako zespół stresu pourazowego. W czasie I wojny światowej zwrócono prawdopodobnie po raz pierwszy uwagę, że takie problemy dotykają walczących żołnierzy.

W teorii żołnierze na pierwszej linii frontu w okopach przebywać mieli około kilku dni. Kolejne kilka dni powinni zaś spędzać na tyłach wojsk. Nie zawsze jednak teoria szła w parze z praktyką. Znane były przypadki, szczególnie w czasie bitwy nad Sommą w 1916 roku, kiedy żołnierze przebywali w okopach nieustannie przez niemal dwa miesiące.

- W tych nieludzkich warunkach, daleko od domu, tonąc niekiedy po kolanach w błocie, próbowali zachować mimo wszystko resztki człowieczeństwa. Zabierali do okopów swoje ulubione książki, niektórzy otrzymywali gazety. Bywało, że część żołnierzy przygotowywała się nawet w okopach do egzaminów szkolnych, a nawet uniwersyteckich. Pisano ponadto listy do rodziny oraz do redakcji różnych gazet. Te zamieszczały później relacje z frontu na swoich łamach. Udało się w książce zebrać m.in. kartki pocztowe, oryginalnie zapisane przez żołnierzy, wysyłane do swoich bliskich. Jedna rodzina  wypożyczyła mi mnóstwo tych pocztówek pisanych przez dwóch braci i kuzyna. Pisali choćby do swoich narzeczonych, te odpisywały. Bardzo ciekawa historia, można by na jej podstawie nakręcić film – opowiadał autor o kulisach pisania ponad 200-stronicowego wydawnictwa.

Polak strzelał do Polaka 

Jest w niej mowa o tym, że sytuacja Polaków w tamtym czasie była bardzo trudna. Byli żołnierzami armii austriackiej, niemieckiej, rosyjskiej, francuskiej. Czasami walcząc stawali po przeciwnej stronie i wtedy często Polak strzelał do Polaka.

Jak zauważa autor, zaangażowanie Polaków na frontach tej wojny jest jedną z najczęściej pomijanych kart naszej historii. Powodem jest zapewne fakt nieistnienia polskiej niepodległej państwowości w czasie, w którym toczyły się walki. Takie podejście jednak powoduje, że nie uwzględnia się ani wzmożonych wysiłków politycznych różnorakich stronnictw dążących do niepodległości, ani też ogromnej daniny krwi, jaką Polacy zapłacili na wszystkich frontach wielkiej wojny. Bo spośród około 3 milionów Polaków walczących w różnych armiach zginęło 500 tysięcy. To więcej, niż w drugiej wojnie światowej. Do tego trzeba doliczyć ogromną liczbę rannych i poszkodowanych.

Służba Polaków w tych różnych wojskach zapewniła jednak odrodzonemu państwu setki tysięcy wyszkolonych, doświadczonych i obeznanych z trudami wojny żołnierzy, który można było później wykorzystać w wojnach o granicę.

Nasi rodacy walczyli praktycznie we wszystkich armiach. Najobszerniej w książce opisany został udział Polaków w armii austro-węgierskiej. W galicyjskich pułkach żołnierzy szkolono po polsku. Najbardziej znanym oddziałem w wojsku austro-węgierskim był Pułk Piechoty noszący przydomek „Krakowskie Dzieci”. Od 1867 do 1912 roku stacjonował w Krakowie, stąd ten przydomek. W roku 1914, a więc kiedy wojna wybuchła, 82 procent żołnierzy było Polakami.

- To właśnie głównie w tym pułku walczyli żołnierze pochodzący z ziemi chrzanowskiej. Ale także Wieliczki, Bochni, Limanowej i części powiatu brzeskiego. Oficjalnym werbunkiem do Legionów Polskich w powiecie chrzanowskim zajmowała się sekcja wojskowa Powiatowego Komitetu Narodowego. Do jej zadań należało wyekwipowanie legionistów przed wymarszem w dalszą drogę. Pierwsze oddziały młodych mieszkańców powiatu wyruszyły do Krakowa na początku września 1914 roku. Na apel werbunkowy odpowiedziało wówczas 538 ochotników szkolonych w obozach w Chrzanowie, Sierszy, Krzeszowicach, Jaworznie i Szczakowej. Po wstrzymaniu rekrutacji i zaprzestaniu oficjalnej rejestracji ochotników wysłano do Wadowic, a stamtąd do Oświęcimia. Według szacunków z terenu powiatu chrzanowskiego do walki w Legionach Polskich przyłączyło się ponad 600 młodych ludzi. Z danych wynika, że już w ciągu pierwszych trzech miesięcy wojny poległo 27, a 121 żołnierzy z naszego powiatu zostało rannych – opowiada ks. dr Grzegorz Łopatka.

Ordynans z Płazy walczył we Lwowie i Włoszech 

W swojej książce zawarł biogramy niektórych żołnierzy. Na przykład Franciszka Głowni, urodzonego w Płazie w 1888 roku. W czasie wojny był ordynansem. Na początku stacjonował w dowództwie pułku w Krakowie, później w Morawskiej Ostrawie i znów w Krakowie. Potem został przerzucony na front wschodni, w okolice Lwowa. Pod koniec wojny służył na Bałkanach i we Włoszech. Zachowała się jego korespondencja z narzeczoną Marią Kocot i kuzynem Stanisławem. Można ją zobaczyć w książce. Po powrocie z wojny ożenił się i razem z żoną osiadł w Pieczyskach (obecnie to dzielnica Jaworzna), bo w Płazie i okolicy nie mógł znaleźć pracy. Pracował w cementowni w Szczakowej i miał sześcioro dzieci. Zmarł w 1943 roku. Po jego śmierci żona z dziećmi wróciła do Płazy.

W najnowszym, lokalnym wydawnictwie, znajdziemy także ciekawostki dotyczące umundurowania i uzbrojenia. Jest także rozdział o bohaterskich księżach z naszego regionu z tamtego czasu. To znaczy ks. Jakubie Kamieńskim, ks. Janie Wolnym (obaj byli po sobie proboszczami parafii św. Mikołaja w Chrzanowie) oraz ks. Franciszku Szewczyku, proboszczu z Płazy.

Autor podczas pisania książki, co trwało pół roku, korzystał z zasobów wielu archiwów (państwowych i parafialnych), list strat, opracowań, książek, zasobów internetowych). Książkę wydaną w nakładzie 500 egzemplarzy zainteresowani mogą nabyć w kancelarii parafialnej w Płazie. To już droga pozycja historyczna jego autorstwa. Wcześniej wydał biogramy lokalnych żołnierzy z czasów drugiej wojny światowej, którzy m.in. walczyli pod Monte Cassino. 

 

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (2)

WYRÓŻNIONE KOMENTARZE

Pozostałe komentarze

Świeże piegi.Świeże piegi.

1 0

Tytuły książek pisze się kursywą ☝️☝️

14:08, 08.03.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%