Nie masz konta? Zarejestruj się

Do poczytania

Urodzony drugi raz

18.04.2019 13:23 | 0 komentarzy | 1 989 odsłona | Grażyna Kaim

W latach 80. Józef Patyna to był ktoś. Członek Prezydium Komisji Krajowej NSZZ. Kontaktował się z najważniejszymi w tamtym czasie postaciami - Wałęsą, Kuroniem, szefami regionów i PRL-owskimi ministrami. Legenda trzebińskiej Solidarności. Dziś mówi, że Trzebinia trochę o nim zapomniała...

0
Urodzony drugi raz
Krystyna i Józef Patynowie podczas ostatniego pobytu w Polsce
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Grażyna Kaim: Przekazał pan trzebińskiej bibliotece sporo pamiątek z lat 80. Po to, żeby o sobie przypomnieć?
Józef Patyna: Chciałbym, żeby ludzie wiedzieli, że jestem stąd. Żeby wiedzieli, że mieli wysoko postawionego człowieka w Solidarności. I nie chodzi tu o jakieś moje przerośnięte ego, ale uważam, że osoby takie jak ja zasłużyły, żeby wiedzieć co robiły, żeby o nich mówić, i żeby ludzie byli z nich dumni.

Ale chodził pan ze spotkania na spotkanie. Spotykał się z kolegami z Solidarności, z władzami miasta, z młodzieżą...

- Takie spotkania, na jakie zapraszano nas - to znaczy mnie i Krystynę (żonę Józefa Patyny - przyp. red.)
- podczas ostatniego pobytu w Polsce, to wyjątek. W poprzednich latach tak nie było. Przyjeżdżaliśmy do tej Trzebini, czasem udało się z kimś spotkać prywatnie i tyle. Ludzie mają coś takiego w sobie, że do naturalnego obcokrajowca mają stosunek OK, ale do takich jak my - Polaków od lat przybywających za granicą - to już podchodzą z rezerwą. To jakaś taka dziwna zazdrość, czy ja wiem, jak to nazwać...

Powiedział pan: przyjeżdżam do tej Trzebini. Tak, jakby jej pan nie lubił.
- Faktycznie, nie lubimy Trzebini; wszystko jest tu paskudne, ale tu jesteśmy. Jak zobaczyłem te wybetonowane rynki tutaj i w Chrzanowie, to byłem przerażony. Ale choć możemy podróżować po całym świecie, to dopóki zdrowie nam na to pozwoli, będziemy tu co roku przyjeżdżać. To jest taka sentymentalna sprawa.

Gdy tu przyjeżdżacie, to zatrzymujecie się u rodziny, znajomych?
- Nie chcemy u nikogo mieszkać. To jest krępujące dla każdego. Zatrzymujemy się w Rudnie. Odkryliśmy piękne gospodarstwo agroturystyczne.
A przed wyjazdem do Ameryki gdzie mieszkaliście?
- Na Topolowej 3. To było mieszkanie komunalne. Zostawiliśmy je, opuszczając Polskę w 1983 roku.
Do Ameryki wyjeżdżał pan z rodziną za chlebem, za wolnością, za lepszym życiem?
- Zostaliśmy zmuszeni do tego wyjazdu. Przyświecał mi jeden cel: przyszłość córki i syna oraz umożliwienie im normalnej edukacji, bo tu, w Polsce - z racji mojej działalności - nie było to możliwe.
To znaczy?
- Magda kończyła podstawówkę i nie miała możliwości kontynuacji nauki w szkole średniej. Jedyne dostępne dla niej miejsce było w zasadniczej szkole zawodowej. Miałaby po niej w sklepie sprzedawać. Nie miała możliwości zdawania egzaminu do liceum. Była blokada. Z perspektywy czasu widzę, że warto było wyjechać. W Ameryce Magda po dwóch latach nauki dostała się do Boston College, czyli w dwa lata zrobiła szkołę średnią. Przemek - skończył w Polsce czwartą klasę podstawówki. W Ameryce zaczął naukę w piątej, ale po trzech miesiącach przenieśli go do siódmej. Obydwoje zrobili studia. Magda jest managerem w szpitalnej korporacji, syn skończył toksykologię, zrobił studia doktoranckie i jest dyrektorem w firmie farmaceutycznej.

Pan ma wrażenie, że Trzebinia o panu zapomniała, a moje spostrzeżenia są takie, że mówi się tu o panu jak o kombatancie.

- Jaki ze mnie kombatant? Kto wymyślił tych kombatantów? Jak ja mam się porównywać z kimś, kto nadstawiał czoła w Powstaniu Warszawskim, walczył w AK? Nie zgadzam się na to. Ale też nie zgadzam się z terminem internowany. Przecież to było normalne więzienie. Jedno określenie niezasłużenie nam dodaje, drugie ujmuje.

Ale przecież ryzykowaliście życie, zdrowie, wolność, spokój rodziny...
- OK, mieliśmy trochę odwagi. Ale chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy z ryzyka. Ktoś mógł przecież strzelić nam w łeb i tyle. Ja do dziś czasem się zastanawiam, dlaczego nic złego nie spotkało mnie w Trzebini. Mieszkałem w bloku, na trzecim piętrze. Wchodziło się do ciemnej klatki schodowej... Nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ja.

- Ile potrzebuje pani czasu na rozmowę ze mną? - zapytał Józef Patyna na początku naszego spotkania.
- Godzina powinna wystarczyć - odpowiedziałam, sądząc, że gdzieś się spieszy.
- Godzina? To nie ma sensu w ogóle zaczynać rozmowy.
Naprawdę mnie zaskoczył. 
- Jeśli tak, to mogę panu poświęcić całe popołudnie.
I tak spędziliśmy przy stoliku w trzebińskiej restauracji Del Paso kilka godzin. Obok filiżanek z herbatą położyliśmy dyktafony - ja swój, on swój. I zaczęliśmy rozmawiać. O Solidarności, która go zbudowała, o stanie wojennym, który go zahartował, o Trzebini i o Polsce, którą musiał opuścić. I o powtórnych narodzinach w Ameryce, którą pokochał jak swoją ojczyznę.


Często bał się pan w tamtym okresie?
- Było kilka momentów. Pamiętam dobrze jeden. Po wprowadzeniu stanu wojennego i aresztowaniu przewozili nas z Gdańska do Katowic - do „pentagonu" - tak mówiło się o nowej komendzie wojewódzkiej milicji. Jechaliśmy cały dzień. W drodze zrobili nam przystanek. Na załatwienie potrzeby. Wyszliśmy z „suki" (potocznie wóz milicyjny - przyp. red.), odeszli kawałek; byliśmy plecami do milicjantów. I słyszymy: „odrepetowanie" (odbezpieczenie - przyp. red.) pistoletu. Okazało się, że to tylko dla bezpieczeństwa, gdyby któryś chciał uciekać, ale... Żaden z nas się nie załatwił.

Pamięta pan po co to wszystko było? Ta Solidarność, strach, więzienie?
- Wypadałoby powiedzieć: dla wolności i godnej przyszłości dla nas i naszych dzieci. I to jest prawda. Ale wielu ludziom chodziło po prostu o kiełbasę - mówiąc dosadnie. Myśmy po prostu próbowali zrobić coś, żeby było lepiej. Ludzi nękała wtedy wielka bieda. W sklepach pustki. Pamiętam jak pojechałem do Anglii, do Newcastle, na delegację. To był listopad czy grudzień przed stanem wojennym. Gdy zobaczyłem jak są zaopatrzone tamte sklepy, co leży na półkach, to pomyślałem, że to muszą być jakieś atrapy produktów. Nie mieściło mi się w głowie, że to może być prawdziwe. Wcześniej, oczywiście, zdawaliśmy sobie sprawę, jak jest na Zachodzie, słyszeliśmy o tym, ale jak się to zobaczyło na własne oczy, to był szok. Trudno było pogodzić się z tym, że w jednym kraju może być tak dużo wszystkiego, że to leży i nikt o to nie walczy w kolejkach, a w innym w sklepach nie ma nic oprócz octu i czasem wódki.

Gdzie zastał pana 13 grudnia 1981 roku?
- W Gdańsku. Przyjechałem na posiedzenie komisji krajowej. Zanim się skończyło, urwaliśmy się z niego z kolegą, przejechać się po Gdańsku. Zresztą, najważniejsze sprawy zawsze dzieją się poza pokojem obrad. Jedziemy, patrzymy, a na ulicy policja, ZOMO, czołgi, wozy pancerne. Ludzie w mundurach. Rany boskie. Co to jest? Co oni będą robić? Byliśmy przerażeni. Wróciliśmy do stoczni powiedzieć ludziom, żeby zbierali się i jechali do domów. Ktoś przyszedł i mówi, że nie da się dodzwonić do regionu, jakby telefony nie działały. Wtedy, w Gdańsku, zostałem zatrzymany i aresztowany.
A propos tych niedzwoniących telefonów. Później - jak podczas internowania wylądowałem w szpitalu w Zabrzu - lekarze opowiedzieli mi, jak to siedzieli na dyżurze, grali w karty i w pewnym momencie stwierdzili, że coś za długo telefon nie dzwoni. Wzięli za słuchawkę i okazało się, że telefony nie działają. Ile osób przez to nie otrzymało pomocy... W ogóle nie podaje się takich danych. Nikt za to nie odpowiedział.

Jak długo był pan internowany?
- Do 26 lipca 1982 roku. Pierwsze więzienie to był Strzebielinek, koło Gdańska. Pamiętam stamtąd smród gówien mieszający się z zapachem wiejskiej kiełbasy i chleba prosto z piekarni. Kiełbasę przywiozła Krysia, której po wielu staraniach udało się ustalić gdzie mnie trzymają. W styczniu przyjechała w odwiedziny. Chleb dali nam strażnicy. Chyba nigdy w życiu nic tak mi nie smakowało jak tam ta kiełbasa z chlebem.
Potem przewieźli nas na komendę główną w Gdańsku. Tam było okropnie. Następnego dnia przyjechała po nas nyska milicyjna i wieźli nas cały dzień do Katowic. Nie mieliśmy pojęcia gdzie jedziemy i co nas czeka. Zawieźli nas na „pentagon", czyli komendę wojewódzką w Katowicach. Znaleźli tam u mnie dwa banknoty: 1000 zł i 100 zł. Na obydwu była pieczątka obozu w Strzebielinku. Dostałem za to. Bo zniszczyłem banknot wydany przez państwo polskie. Co ciekawe, oddali mi potem te banknoty. Przekazałem je z innymi pamiątkami trzebińskiej bibliotece.
Z „pentagonu" wzięli nas do Zabrza. Wsadzili mnie do kabaryny. To było takie miejsce dla źle sprawujących się więźniów. Tam zacząłem się źle czuć. Zresztą nie tylko ja. Kilka osób wywieźli stamtąd do szpitala. Przypuszczaliśmy, że był jakiś problem z polem magnetycznym, bo w pobliżu znajdowały się przewody wysokiego napięcia. Do tej pory nie wiem co mi wtedy było. Karetka zabrała mnie do szpitala miejskiego w Zabrzu. A tam lekarze robili co trzeba, by wyciągnąć mnie na wolność. Bezpośrednio po szpitalu wylądowałem w sanatorium w Reptach. W sierpniu przywieźli mi do niego zwolnienie z internowania.

Wyszedł pan na wolność i...?
- Zostałem bez pracy. Ale poszedłem na rentę inwalidzką.

Dało się tak?
- Na szczęście byli ludzie, którzy chcieli pomóc. Głęboki ukłon w stronę lekarzy.

Żona pracowała?
- Tak, ale jak mnie zatrzymali, została zwolniona z urzędu miasta. Tylko dzięki temu, że jej matka, moja teściowa, też pracowała w urzędzie w Trzebini - i miała tam coś do powiedzenia - Krysia dostała pracę w Gospodarce Komunalnej. Z tym, że tam była referentem, a w urzędzie kierownikiem wydziału finansowego.

Czyli przez pana tę pracę straciła?
- No tak. Jestem jej wdzięczy, że mnie trzyma do tego czasu. W ubiegłym roku świętowaliśmy
50 lat naszego razem.

Kiedy zdecydowaliście się na wyjazd z Polski?
- Wyjechaliśmy w 1983 roku, ale decyzję podjęliśmy już wcześniej, po wyjściu z internowania, w połowie 1982.

Mieliście kogoś w Ameryce? Rodzinę, przyjaciół?
- Nie. Jechaliśmy w ciemno, zdając sobie sprawę, że to bilet w jedną stronę. Co by tam na nas nie czekało, nie było powrotu.

I dostaliście bez problemu paszporty i „błogosławieństwo" na drogę od PRL-owskich władz?
- Przecież oni chcieli się pozbyć takich jak ja. Im to było na rękę. Mieliśmy po 36 lat. Spakowaliśmy dotychczasowe życie w walizki - po dwie dla każdego - i pojechaliśmy.

Skąd wiedzieliście gdzie jechać, gdzie się zatrzymać?
- Ambasada amerykańska miała swoje miejsca, gdzie lokowała uchodźców z Polski. Najpierw był ośrodek koło Frankfurtu, z załogą mówiącą po polsku. Byliśmy tam przez tydzień, czekając na decyzję, gdzie nas wyślą, i na sponsora, który miał finansować nasz pobyt w Stanach. Okazało się, że pojedziemy do niewielkiego stanu na wschodnim wybrzeżu Rhode Island, do jego stolicy - Providence, co znaczy „opatrzność". Tam mieszkamy do dziś.

Czekał ktoś na was na lotnisku?
- Starsza pani. Powitała nas nie po polsku, a my ją nie po angielsku. Przyjechaliśmy wieczorem
23 grudnia. Zawiozła nas do mieszkania, gdzie... - nawet po latach nie jest łatwo o tym opowiadać - ... było potwornie zimno z powodu awarii ogrzewania. Przez trzy dni żyliśmy w tym chłodzie. Spaliśmy wszyscy w jednym łóżku, bo tak było cieplej.

A Wigilia?
- Mieszkanie należało do Polaków. Właścicielka ugotowała nam rosół... Tak wyglądały nasze pierwsze święta w Ameryce...

Jak sobie radziliście? Bez języka, bez pieniędzy, bo pewnie zbyt wiele ich nie mieliście?
- Na dzień dobry dostaliśmy 60 dolarów od sponsorki i pół stołu zastawionego puszkami, których nie umieliśmy wykorzystać. Nie mieliśmy pojęcia co z tego zrobić. Otwieraliśmy je, wąchali i próbowali. Do czasu znalezienia pracy mieliśmy zapomogę. Ale taka prawdziwa pomoc dla uchodźców z Polski już wtedy się skończyła. Wyjeżdżaliśmy jako jedni z ostatnich. Ci prawdziwi działacze Solidarności na końcu szli prosić o jakąś pomoc. W Polsce było podobnie. Jak żona była sama, bo ja siedziałem, to żeby ktoś pofatygował się i coś jej i dzieciom przyniósł
- bo wtedy Kościół otrzymywał dary z zagranicy - to nie. Trzeba było, żeby Patynowa poszła prosić...

Jacy są Polacy w Stanach?
- Dziwni.

Ale fajni?
- Niektórzy. Ja uknułem powiedzenie, że jak ci Polak w Ameryce nie zaszkodził, to tak jakby Ci pomógł. Ale są też tacy, którzy realnie pomogą. Na przykład, poznaliśmy taką Izę. Przyjechała rok przed nami. Właściwie dzięki niej dostaliśmy dobrą pracę w fabryce włókienniczej. Dzieci poszły do szkoły. Nie miały z tym problemu. One wszystko szybko łapią.

Pan i żona też uczyliście się języka?
- Chętnie to robiliśmy, bo brakowało nam tego angielskiego. Ciężko jest być gdzieś, gdzie otacza cię środowisko, które mówi inaczej. Wtedy nie ma wyjścia. Trzeba poznać język. To jak z wrzuceniem kogoś do głębokiej wody. Pracowaliśmy na drugą zmianę. Do południa uczyliśmy się, potem szliśmy do fabryki. Kiedy już wyrzucili nas ze szkoły - bo uznali, że wystarczająco dużo umiemy, to szliśmy sobie na plażę. Plaże mamy naokoło...
Niedługo kupiliśmy domek, bo dostaliśmy kredyty. Już je pospłacaliśmy. Nie byliśmy przyzwyczajeni do ekskluzywnego życia, więc potrafiliśmy oszczędzać.

Jak odebraliście wydarzenia 89 roku? Było to zaskoczenie?
- Czuliśmy wielką radość, ale już wcześniej domyślaliśmy się, co to będzie.

A myśl o powrocie do Polski przeleciała wam przez głowę?
- O, nie. Mieliśmy dorastające, szykujące się do ukończenia studiów dzieci. Mowy nie było o żadnym powrocie. W tamtym czasie mówiliśmy, że przyjeżdżając do Ameryki, urodziliśmy się drugi raz i teraz to jest nasza ojczyzna.

Niektórzy wracają z emigracji na stare lata, bo tu taniej i wygodniej. A wy?
- Nie przeprowadzimy się do Polski. Nie stać nas na to. Może tak robią ci, którzy mają jakieś duże pieniądze na koncie. My ich nie mamy. Mamy za to emerytury i pełne ubezpieczenie zdrowotne. A przy takim ubezpieczeniu w Ameryce można liczyć na opiekę medyczną na bardzo wysokim poziomie. Dzieci są blisko nas. Tutaj jesteśmy szczęśliwi.