Nie masz konta? Zarejestruj się

Chrzanów

Nie siłuję się z życiem, płynę z jego nurtem

12.05.2022 15:00 | 0 komentarzy | 3 006 odsłony | Natalia Feluś

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". - Nie siłuję się z życiem, bardziej płynę z jego nurtem. Pozwalam sobie robić pewne rzeczy nieodpłatnie, by pokazać swoim współpracownikom, że nie wszystko trzeba kalkulować - opowiada Ela Albadri, pisarka, politolożka, wolontariuszka i podróżniczka z Chrzanowa, w rozmowie z Natalią Feluś.

0
Nie siłuję się z życiem, płynę z jego nurtem
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Natalia Feluś: Dla uczniów SP nr 10 w Chrzanowie napisała pani opowiadanie o nordyckich Mikołajkach. To autorska historia?
Ela Albadri: Opowieść jest autorska, jednak oparta na znanej na całej Islandii historii wiedźmy Gryli i trzynastu jej synów - Mikołajów, którzy schodzą z gór w okresie świątecznym. Ta mała, nordycka wyspa obfituje w mnóstwo przepięknych historii, w większości powiązanych z elfami. Są zupełnie odmienne do legend znanych na kontynentalnej części Europy. Stworzone przeze mnie żeńskie odpowiedniki postaci, ich cechy czy wygląd, stanowią moją osobistą wizję świątecznych, nieco magicznych stworzeń.

Akcja opowiadania toczy się na Islandii. Skąd zainteresowanie tą wyspą?
- Islandia jest wskazywana od 2015 roku jako jeden z trzech najszczęśliwszych krajów na świecie. Mimo trudnych warunków życia, jakie tam panują, niewielkiej populacji, subarktycznego klimatu - istnieje w nim bogactwo kulturowe słabo znane poza wyspą. Moje zainteresowanie zwyczajami i odmiennością tej krainy wzrosło wraz z poznaniem jej od środka, także dzięki Polonii mieszkającej w tym miejscu na stałe. Niektóre tradycje pozostały tam w niezmienionym kształcie od tysiąca lat, a przykładem tego jest chronione dziedzictwo języka islandzkiego. Zamierzam pracować w Akureyri, dlatego intensywnie zgłębiam historię tego państwa.

Dlaczego właśnie tam?
- Praca zdalna umożliwia teraz wybór miejsca i elastyczne sterowanie swoim czasem. Kilka tygodni temu zostałam redaktorem w zespole ogólnopolskiego portalu informacyjnego. Pobyt na Islandii pozwoli mi zbierać informacje prasowe z tej części Europy, ale nie rezygnuję równocześnie z innych zajęć zawodowych. Np. pracy pisarskiej.

Wracając do świata islandzkich Mikołajków - tam, tak jak i do naszego, realnego - wkrada się wirus...
- Uwielbiam zespalać ze sobą świat przedstawiony i elementy bieżącej rzeczywistości. W istocie, ten niepożądany bohater wkroczył do naszego życia, a zatem nie ma powodu, dla którego nie mógłby być wspomniany w tekście dedykowanym dzieciom. Taki sposób oswajania nowej rzeczywistości może powodować pytania, ale też pozwala najmłodszym utożsamiać się z bohaterkami opowieści i ich sposobem mierzenia się z problemem. Im też wirus skomplikował plany. Dzieci są wymagającymi czytelnikami - mają automatyczne, wyraziste reakcje na to, co im się podoba lub nie.

Pisze pani także dla dorosłych?
- Tak. Publikacje beletrystyczne dla osób dorosłych dotykają problemów społecznych, ale w sposób przystępny. Z założenia mają mimo wszystko odprężać, pozwalać swobodnie płynąć przez treść.

Na co jeszcze kładzie pani nacisk w swoich opowiadaniach?
- Mają skłaniać do refleksji nad przesytem, konsumpcjonizmem, szablonowością, jaka towarzyszy człowiekowi w codziennym życiu. Duży nacisk kładę na promowanie płci żeńskiej, ukazywanie możliwie jak najszerszej perspektywy postrzegania świata. Szczególnie istotnym elementem jest pozostawienie otwartej drogi do refleksji, dawanie przysłowiowej wędki zamiast ryby. Do tego dołączam wzbudzanie u odbiorcy poczucia, że nie ma w życiu jednolitych wzorców.

Poza pisaniem, walczy pani z zalewającym nas konsumpcjonizmem, materializmem.
- Walka to duże słowo. Osobiście nie siłuję się z życiem, bardziej płynę z jego nurtem. Pozwalam sobie robić pewne rzeczy nieodpłatnie, by pokazać swoim współpracownikom, że nie wszystko trzeba kalkulować. W moim otoczeniu promuję koncepcję wabi-sabi, polegającą na łączeniu starego z nowym. Udało mi się stworzyć krąg osób (głównie kobiet) w okolicach Chrzanowa, z którymi wymieniamy przedmioty użytkowe, by ograniczyć nieustanne ich kupowanie. Drugie życie zyskuje w ten sposób wiele codziennych przedmiotów. Od około pięciu lat wysyłam paczki do ubogich dzielnic na Filipinach (manilskie zamieszkane cmentarze), by nie niszczyć zbędnych rzeczy - własnych i od znajomych czy rodziny.

Pani opowiadanie o nordyckich Mikołajakch ma morał, czy podobne historie tworzy pani dla pacjentów onkologicznych?
- Dla pacjentów onkologicznych pozostawiam przestrzeń do przemyśleń, ale wskazuję przy tym jasną ścieżkę, która pozwoli im odetchnąć, uśmiechnąć się, poczuć ciepło w klatce piersiowej i zyskać nowe spojrzenie na tę samą sytuację. Subtelny morał czy oczywista prawda życiowa to elementy, które wplatam w tekst jako drogę do przywrócenia pozytywnych wspomnień u osób chorych.

Jaką rolę terapeutyczną odgrywają opowieści, takie jak ta świąteczna?
- Projekty i fundacje, dla których piszę teksty, prowadzą regularne badania interdyscyplinarne nad celami terapeutycznymi i przeznaczeniem konkretnej opowieści dla pacjentów. Punktem wyjścia jest relaksacja i oderwanie czytelnika od zmagań z chorobą, nadanie sensu ich życiu i walce z trudnościami. Są to treści wspomagające klasyczną, najważniejszą terapię medyczną. Ich trzonem jest uderzenie w głębokie warstwy rdzenia życia, niezależnie od jego przemijalności. Opowieści mają za zadanie wesprzeć akceptację swojego położenia w chorobie, na co nikt z nas nie ma wpływu, można jednak sterować nastawieniem do wszystkich perypetii.

Mamy pandemię koronawirusa i okazuje się, że porusza pani ten temat w przygotowywanej książce.
- Ta książka, dedykowana dla dorosłych, stanowi kompilację serii wywiadów i opowieści inspirowanych wydarzeniami, jakie miały miejsce w pierwszej połowie XX wieku na greckiej wyspie Spinalonga. Jest to wspaniała, zapomniana i rzadko przytaczana historia, związana z życiem społeczności osób wykluczonych, zesłanych do tego miejsca ze względu na trąd. Około 1957 roku to ostatnie leprozorium w Europie zostało opuszczone i obecnie stanowi muzeum. Mimo choroby mieszkańcy pracowali, zakochiwali się, a nawet posiadali zdrowe potomstwo. Sposób życia ludzi izolowanych na wyspie jest inspirujący i bardzo aktualny również dziś.

Publikuje pani również historie związane z innymi krajami i kulturami?

- Do moich ulubionych kultur, które wręcz promuję, zaliczają się różnorodne elementy historii i przekazów afrykańskich. Obserwacja społeczeństw głębokiej Afryki pozwala Europejczykowi lepiej zrozumieć wartości przypisywane rodzinie, więziom społecznym, życiu bez ograniczeń i ocen niezależnie od sytuacji materialnej czy zdrowotnej. Czerpię również z bogactwa Grecji, Egiptu, Indonezji, niekiedy zahaczając o bardziej egzotyczne, niszowe zakątki. Zwykle wymaga to konsultacji z tamtejszymi mieszkańcami, wstępnego rozpoznania kultury i jej składników.

To pani znajomi czy nawiązuje pani z nimi kontakt za pośrednictwem jakichś organizacji?
- Są bardzo różne źródła kontaktu, część z nich to znajomi, część to też podróżnicy z różnych stron świata (jak Catherine Constantinides, działająca w Saharze Zachodniej, którą poznałam przez Polkę z placówki dyplomatycznej), zaprzyjaźnione fundacje prowadzone przez Polaków (niekiedy bardzo niewielkie podmioty, jak np. New Hope Africa Pawła Huka), które ułatwiają komunikowanie się z tubylcami. Takie osoby poznawałam przez lata, niejednokrotnie z własnej inicjatywy, innym razem przypadkowo czy przez znajomych. Wymaga to sporo wysiłku i zaskarbienia sobie ich zaufania. Na szczęście technologie i internet umożliwiają pozyskiwanie i podtrzymanie porozumienia.

W przypadku Afryki inspiruje się pani rozwiniętymi metropoliami czy raczej życiem plemiennych wiosek?
- Raczej odległymi zakątkami, gdzie małe społeczności plemienne żyją według zupełnie innego rytmu niż tak zwany świat zachodni. Do najbardziej inspirujących elementów tych kultur zaliczam prostotę życia, celebrowanie więzi międzyludzkich i unikanie nadmiernego komplikowania codziennych spraw. Jednym z najcenniejszych aspektów, godnych zaszczepienia u czytelników, jest uśmiech i optymizm, jaki towarzyszy Afrykańczykom niezależnie od majątku i stanu posiadania. Tam życie to przywilej, a pusty żołądek nie może decydować o nastroju, gdyż inaczej trzeba by było wiecznie płakać nad swym losem.

Jakich historii możemy się spodziewać w najbliższym czasie?
- Jednym z elementów, jakie chciałabym zrealizować, jest publikacja na temat nordyckiego zestawu recept na życie, znanego jako Prawo Jante. Chcę w ten sposób przybliżyć czytelnikom znaczenie sieci powiązań społecznych i wzajemnej pomocy, korzyści, jakie odnosi się poprzez współpracę. Poza tym nadal zamierzam kontynuować działalność charytatywną na rzecz pacjentów onkologicznych. To pozwala mi spoglądać w niebo i jednocześnie mocno stać na ziemi, być wolną od świata zdominowanego przez pieniądz.

CV
Ela Albadri ma 33 lata, pochodzi z Chrzanowa. Do rodzimego miasta powróciła po kilku latach pobytu na Śląsku. Absolwentka II LO w Chrzanowie oraz Uniwersytetu Śląskiego, gdzie skończyła politologię samorządową. Odbyła staż w Parlamencie Europejskim, pracowała w kilku biurach poselskich, ostatecznie poświęcając się pasji pisania - najpierw jako Ghostwriter, autorka tekstów eksperckich dla Whitepress, w końcu działając jako freelancer pod własnym nazwiskiem. W ostatnim czasie została redaktorem ogólnopolskiego portalu informacyjnego Poinformowani.pl, należącego do projektu KiKŚ (Konflikty i Katastrofy Światowe). Zna biegle angielski, francuski, niemiecki, łacinę klasyczną, uczy się japońskiego i islandzkiego. Współdziała z fundacją „Kasisi" i „Dobra Fabryka", wspierając również działalność charytatywną na rzecz najuboższych rodzin w Manili. Pisze teksty terapeutyczne dla pacjentów onkologicznych, działa tym samym dla Fundacji „Spełnione marzenia" i jest aktywnym redaktorem i członkiem projektu „Przekrocz Granice", który w 2018 roku został objęty honorowym patronatem Rzecznika Praw Obywatelskich. Aktualnie pracuje nad książką „Spinalonga - sztuczny strach", opowiadającą o  życiu chorych na trąd na greckiej wyspie, w ostatnim leprozorium w Europie, opuszczonym około 1957 roku.