Nie masz konta? Zarejestruj się

Przełom Online

Dlaczego powinniśmy być solidarni z Białorusią

12.01.2021 15:30 | 5 komentarzy | 674 odsłony | Tadeusz Jachnicki
Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM".
Aresztowania polityków, liderów społecznych, dziennikarzy, blogerów domagających się przejrzystości działań politycznych, a nawet „zwykłych" obywateli popierających opozycjonistów. Tak jest na Białorusi przed „wyborami" zaplanowanymi na 9 sierpnia. Tego nie można nie zauważać. Polakom warto przypominać, że w różnych okresach historycznych różne narody także nam okazywały solidarność.
5
Dlaczego powinniśmy być solidarni z Białorusią
Marsz Solidarności z Białorusią w Warszawie 27 czerwca 2020 roku. Podobne organizowane są w wielu miastach w Polski. FOT. Anastasiya Kozhapenka
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Białorusini podnoszą głowy, walczą o godność, o wolność, a w Polsce pojawiają się głosy „to nie nasza sprawa", „może są biedni, ale nie jest u nich tak źle", „nie wtrącajmy się w sprawy sąsiada". Pojawiły się i na facebookowym fanpage „Przełomu" jako komentarze przy informacji na temat solidarności z Białorusią. Postanowiliśmy więc przyjrzeć się bliżej sytuacji, zapytać Białorusinów, co się dzieje w ich ojczyźnie i ekspertów z Polski, którzy reżimowi i narodowi tego kraju przyglądają się od lat.

Odkąd władza na Białorusi jest w rękach Aleksandra Łukaszenki, wybory w tym kraju trudno nazwać wyborami.
- Władza sięgnęła po metody wykorzystywane od lat. Tak było w 2006 roku czy w 2010. W 2015 mieliśmy ustawkę. Potencjalnych rywali prezydenta de facto wystawiał rząd. Nie było więc potrzeby represji - wyjaśnia Aleś Zarembiuk, prezes Fundacji Białoruski Dom, która powstała w Polsce po wydarzeniach z końca 2010 roku. Wtedy tysiące Białorusinów wyszły na ulice Mińska, aby zaprotestować przeciw fałszerstwom wyborczym. Później musieli uciekać z kraju.

Przemocą i fałszem
Lipiec 1994 roku. Aleksander Grigorowicz Łukaszenka zostaje pierwszym prezydentem Białorusi.
W kampanii wiedział, co ludzie chcą usłyszeć i to mówił: kreował się na pierwszego pogromcę korupcji; używał języka potocznego; ignorował mgliście pamiętaną narodową tożsamość białoruską, a lansował to, co było znane, czyli - „romans" z Rosją, układ za którym sporo prostych ludzi tęskniło po rozpadzie Związku Radzieckiego. Każdy miał poczuć - Łukaszenka to swój chłop!
I tak się stało. W drugiej turze poparło go 80 proc. wyborców. Objął stanowisko, raczej reprezentacyjne. W 1994 roku białoruski prezydent nie miał wiele do powiedzenia. Łukaszenka postanowił to zmienić - przemocą i fałszem. Półtora roku później nie było nikogo, kto miałby większą władzę w tym 10-milionowym państwie graniczącym od wschodu z Rosją, a od zachodu z Polską. Mińsk od Warszawy dzieli 550 kilometrów, niecałe sześć godzin jazdy samochodem.
Właśnie mija 26 lat od czasu, gdy Aleksander Grigorowicz zasiadł na białoruskim tronie. W tym czasie podporządkował sobie wszystko. Głównym filarem jego pozycji są służby - od milicji począwszy. Wszelkie przejawy buntu stara się dławić w zarodku. Jego poparcie spadło. Szacuje się, że dzisiaj jest rekordowo niskie - wynosi 20 może 30 proc. Nikt takich danych, poza ewentualnie samym Łukaszenką, nie ma. Znane są jedynie wyniki sond internetowych, a w tych popiera go zaledwie 6 proc. głosujących.

Lizanie loda przez szybę
W białoruskich sklepach jest wszystko, ale co z tego, skoro Białorusini co najwyżej mogą popatrzeć na te „luksusy" przez szybę. Najpopularniejszą kiełbasą jest ta z nerek, wątroby i innych podrobów, najgorszego sortu. Na tę z mięsa nikogo nie stać. Żywność na Białorusi generalnie jest droższa niż w Polsce. Taniej na pewno kupimy paliwo, papierosy i wódkę.
Wykładowca na uczelni w Mińsku z tytułem doktora zarabia 450 dolarów miesięcznie.
- Tak, w Mińsku dobra pensja oscyluje wokół 500 dolarów. Ale już dziennikarz mediów lokalnych zarabia 150 dolarów miesięcznie. Proszę u nas za to utrzymać rodzinę. Twierdzenia, że Białorusinom żyje się dobrze są wyssane z palca. Powtarzają te brednie ludzie, którzy tam nigdy nie byli lub odwiedzili stolicę tego kraju z polską wypłatą w kieszeni, jak Lepper w 2010 roku. Przyjechał do Mińska, mieszkał w hotelu pięciogwiazdkowym, wozili go limuzyną, a później opowiadał, jak to jest fantastycznie na Białorusi - stwierdza medioznawca Joanna Kowalska, która od wielu lat jeździ za wschodnią granicę i rozmawia z Białorusinami.
Służba zdrowia jest w stanie krytycznym.
- Nie chodzi o kompetencje lekarzy, ale o brak pieniędzy dla nich. Przychodzisz do lekarza w Mińsku z podwyższoną temperaturą. Za wizytę dajesz 30 rubli, czyli 15 dolarów. Jeśli nie masz tych pieniędzy, nie ma o czym rozmawiać. Nie dziwię się lekarzom, bo oni po prostu nie mają pieniędzy. To system jest dramatyczny - stwierdza Aleś Zarembiuk, relacjonując swoją rozmowę ze znajomym z Mińska sprzed kilku dni.

Nie ma wyroku, są kraty
W tej chwili, przed wyborami planowanymi na 9 sierpnia, za kratami siedzi 25 więźniów politycznych. To głównie politycy i youtuberzy (YouTube, to dzisiaj jedno z nielicznych okien na świat dla Białorusinów). Media publiczne są zależne od władzy. W tzw. niezależnych wygrywa autocenzura (powiedzą złe słowo na władzę, nie dostaną żadnej reklamy).
Jest jeszcze np. Biełsat TV. To stacja telewizyjna, którą od 2007 roku finansuje polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych przy wsparciu międzynarodowych donatorów.
Setki osób ukarano grzywnami albo 15-dniowymi tzw. aresztami administracyjnymi (bez rozprawy), które często są przedłużane w nieskończoność.
- Jeden z blogerów dostał ponad 100 dni aresztu - informuje Aleś Zarembiuk.
- Jeden człowiek zbierał podpisy, by się móc ubiegać o prezydenturę. Trafił do więzienia. Zbiórkę kontynuowała jego żona (Swiatłana Cichanouska). Usłyszała od służb, że jeśli zaniesie podpisy do Państwowej Komisji Wyborczej, to reżim odbierze jej dzieci. Ma trójkę - opowiada Joanna Kowalska.
Wielu youtuberów wciąż jest poszukiwanych. Aby nie trafić do więzienia, kryją się w wioskach i lasach.
- 10 lat temu aresztowania, rewizje, pobicia protestujących i łamanie nóg zaczynały się w wieczór wyborczy po pokojowych protestach przeciwko fałszowaniu wyborów. Tym razem Łukaszenka postanowił wyprzedzić protestujących, zastraszyć, by nie doszło do wielkiego zgromadzenia i rewolucji. Represje zaczęły się wiele tygodni przed wyborami - tłumaczy Aleś Zarembiuk. - Jeśli wygra, po wyborach, tradycyjnie rozpocznie się fala emigracji. Część Białorusinów pojedzie do Rosji, część do Polski, może do innych krajów UE - przewiduje.

Problem narasta
Tyle tylko, że przyjazd do Polski nie jest już tak prosty. Białorusini zawsze byli dużą grupą, która w Polsce ubiegała się o ochronę międzynarodową. Polska tej ochrony im dość chętnie udzielała. Od 2015 roku jest z tym problem. Największy na przejściu granicznym z Białorusią, w Terespolu.
- Swego czasu szef MSWiA Mariusz Błaszczak zapowiedział zablokowanie przepływu muzułmanów do Europy. Dużą grupę ludzi, którzy składali wnioski o pomoc na tym właśnie przejściu stanowili Czeczeni, w większości muzułmanie. I w wielu przypadkach dochodziło do naruszenia prawa. Stanęliśmy w obronie tych ludzi. Wygraliśmy wiele spraw przed sądem. Jednak MSWiA uznało, że naruszenia procedur dotyczyły jednostkowych przypadków. Koniec końców skierowaliśmy wszystko do Strasburga. Tamtejszy sąd zajmuje się tą kwestią od czterech lat, a na przejściu w Terespolu problem narasta. Oczywiście nie dotyczy tylko muzułmanów, ale wszystkich. Była taka nieformalna praktyka, że przyjeżdżał z Brześcia do Terespola pociąg z 200 rodzinami dziennie, a do Polski wpuszczano jedną. Teraz nawet tej zasady na przejściu nie ma. Statystyki wskazują, że ta nasza pomoc dla Białorusi jest najniższa od 20 lat. Do tego doszedł koronawirus - ocenia Daniel Witko, specjalista od prawa migracyjnego i azylowego z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Ze statystyk wynika, że między 2010 a 2015 rokiem status uchodźcy polskie władze przyznały 111 Białorusinom. Od 2016 do dzisiaj - 18.

To co się dzieje u sąsiadów, zawsze wpływa na nas
Wielu Polaków solidaryzuje się z Białorusią. Niestety, są i tacy, którzy mówią „to nie nasza sprawa".
- Bardzo dobrze, że Białorusini zaczęli wychodzić na ulice. Od 10 lat, gdy reżim spacyfikował protestujących po wyborach w 2010 roku, siedzieli cicho. Tym razem stanęli w kolejkach, by podpisać się na listach popierających swojego kandydata. Trafiają za to do więzień! Jak możemy się z nimi nie solidaryzować, jak możemy ich nie wspierać? - pyta retorycznie Joanna Kowalska. - To są nasi sąsiedzi!
- Polakom warto przypomnieć, że w różnych okresach historycznych różne narody okazywały nam solidarność i wsparcie. W czasach powstania listopadowego nasza emigracja była przejmowana przez Niemców, Francuzów, Anglików. Organizowano nawet zbiórki z myślą o polskiej emigracji. A patrząc w mniej odległą historię trzeba wspomnieć okres Solidarności. Pomoc nie była tylko duchowa, ale również materialna dla działaczy opozycyjnych. Po drugie, trzeba pamiętać, że to, co dzieje się na Białorusi czy na Ukrainie w sposób pośredni czy nawet i bezpośredni na nas oddziałuje. Inna sprawa, że w naszym interesie jest, by naród sąsiedni widział w nas przyjaciela a nie wroga. Wroga to oni teraz widzą w Rosji - podsumowuje Paweł Kazanecki ze Stowarzyszenia Wschodnioeuropejskie Centrum Demokratyczne.

Archiwum Przełomu nr 27/2020