Nie masz konta? Zarejestruj się

Trzebinia

Oparzenie to najtrudniejszy uraz

09.07.2020 17:00 | 0 komentarzy | 2 057 odsłony | red.

Gdy walczy o życie pacjentów - podobnie jak jego pracownicy - nie wychodzi przez kilka dni
ze szpitala. Dr n. med Mariusz Nowak kiedyś pracował w przykopalnianej przychodni górniczej w Trzebini Sierszy, nurkował w trzebińskim w Balatonie. Obecnie jest dyrektorem Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. O tym, na czym polega leczenie ciężkich oparzeń opowiada Markowi Oratowskiemu.

0
Oparzenie to najtrudniejszy uraz
Dr n. med. Mariusz Nowak przed komorą hiperbaryczną
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Marek Oratowski: Dlaczego został pan lekarzem?
Mariusz Nowak: Po pierwsze dlatego, że leczenie ludzi to było marzenie mojego ojca, którego jednak nie zrealizował, więc trochę czułem potrzebę spełnienia marzenia taty. Poza tym, jako chorowite dziecko, miesiącami przebywałem w szpitalach. Obserwowałem więc z bliska pracę lekarzy i pomyślałem, że to może być coś dla mnie. Spełniam się w tym zawodzie, choć teraz skupiam się bardziej na zarządzaniu.

Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, którym pan kieruje, to bardzo medialna placówka.
- Tak, bo wiele osób trafia do nas po różnych wypadkach, o których informują media. Leczyliśmy między innymi górników z kopalni Wujek i Mysłowice. W tym drugim przypadku górnicy uciekali z płonącego chodnika i mieli rozległe oparzenia. W takich sytuacjach, ratując życie ofiar wypadku, spędzamy w szpitalu bez przerwy kilka dni.
Lotnicze Pogotowie Ratunkowe przywozi do nas pacjentów praktycznie z całej Polski. Za czasów mojego dyrektorowania przy centrum powstało lądowisko dla helikopterów.


Kieruje pan dużym zespołem medycznym.
- Owszem. Mam bardzo dobrą kadrę. Dwustu pracowników. Rocznie leczymy około 1 300 ciężkich przypadków. Oparzenie to najtrudniejszy i największy uraz, jaki sobie można wyobrazić. Także pod względem psychologicznym. Nie da się uodpornić na takie zdarzenia. Każdy przypadek przeżywają i lekarze, i pielęgniarki, spędzające z pacjentami najwięcej czasu. Zdarzają się różnego rodzaju kryzysy i wypalenie zawodowe. Jednak z reguły, gdy ktoś przyjdzie do nas i popracuje dłużej, to nie chce odchodzić.
Zajmujemy się także leczeniem ran przewlekłych. To znaczy takich, gojących się dłużej niż trzy tygodnie. Niekiedy przyczyną ich powstawania jest cukrzyca.


Pomaga w tym nowoczesny sprzęt. Choćby komora hiperbaryczna. Na jakiej zasadzie działa?
- W komorze jest normalne powietrze atmosferyczne. W trakcie terapii podajemy do niej pacjentom czysty tlen, pod ciśnieniem 2,5 atmosfery. Poprawia to ukrwienie tkanek i przyspiesza proces gojenia. Mamy dwie komory ośmioosobowe, z przedziałem i śluzą. Gdyby pacjent się źle poczuł, zawsze możemy przerwać dostarczanie tlenu. Jest szereg przeciwwskazań dotyczących korzystania z komór. Musimy też pamiętać o robieniu dłuższych przerw, bo tlen w dużych dawkach jest toksyczny.
Mamy też w naszym Centrum jedyny w Polsce bank tkanek. Umożliwia hodowlę komórek skóry w warunkach in vitro. By leczyć ciężko poparzonego, musimy zamknąć ranę. To znaczy zmienić ranę oparzeniową w chirurgiczną, która się zagoi. Ponieważ rany są olbrzymie, trzeba je pokryć przeszczepem. W wielu przypadkach pobranie skóry do przeszczepu jest niemożliwe. Poza tym, nawet gdy da się to przeprowadzić, uszkadzamy pacjenta dodatkowo. W związku z tym, o wiele łatwiej i lepiej jest pobrać niewielki fragment skóry i wyhodować keratynocyty i fibroblasty, by dzięki temu zamknąć ranę. Główne powikłania w takich sytuacjach to te bakteriologiczne. Dlatego im szybciej pacjentowi zamkniemy ranę, tym jest większa szansa, że nie dostanie sepsy.


Z jakim stopniem oparzeń trafiają do was pacjenci?
- Bardzo różnym. Jesteśmy jedynym ośrodkiem w kraju leczącym wszystkie oparzenia. Bardzo często są to także oparzenia dróg oddechowych, które pogarszają rokowania. Wiele zależy też od sił witalnych organizmu. Niekiedy daje on sobie radę z bardzo ciężkimi, wielonarządowymi oparzeniami. Bo zwykle nie jest to tylko samo mechaniczne uszkodzenie skóry. Grupą najbardziej narażoną na oparzenia są dzieci i osoby starsze.
A przyczyny oparzeń są przeróżne. Jeśli ktoś świeci zapalniczką, by zobaczyć, ile ma w pojeździe benzyny, to prosi się o kłopoty. Wiele osób nieumiejętnie obchodzi się z ogniem przy grillowaniu. Wielu oparzonych trafia do nas także po wybuchu biokominków. Zwykle dzieje się tak w trakcie dolewaniu paliwa przy otwartym ogniu.


Leczycie też dzieci?
- Nie, tylko dorosłych. Na Śląsku są wyspecjalizowane ośrodki leczące dzieci. współpracujemy z tymi placówkami.


Ta walka o pacjenta może trwać długo, bo potem przechodzi on rehabilitację.
- Tak, od razu poddajemy chorych rehabilitacji. Już praktycznie od pierwszego dnia staramy się uruchamiać pacjenta oraz prowadzimy profilaktykę przeciwzakrzepową. Czasami chorzy przebywają u nas nawet trzy miesiące.


Członkowie rodziny mogą towarzyszyć pacjentom?
- To jest właśnie problem. Jak już wspominałem, nasi chorzy mają otwarte rany i walczymy głównie z infekcjami. Stawiamy na utrzymanie wysokiego poziomu epidemiologicznego. Dlatego odwiedziny są ograniczone. Staramy się uświadamiać członkom rodziny, że przychodząc do chorego, czasem bardziej mogą mu zaszkodzić niż pomóc.


A jak powinna wyglądać pierwsza pomoc w przypadku poparzenia?
- Ranę przede wszystkim trzeba schłodzić, najlepiej wodą lub przez okładanie lodem. Woda powinna mieć temperaturę pokojową. Udzielając pierwszej pomocy, nie smarujmy jej żadnym tłuszczem. Jeśli oparzenie jest duże, powyżej 10 procent powierzchni ciała, w razie możliwości najlepiej podać takiej osobie tlen do oddychania. No i trzeba założyć jałowy opatrunek oraz jak najszybciej dostarczyć chorego do lekarza.


Jako szef zapewne musi pan być cały czas dyspozycyjny.
- Przychodzę jako jeden pierwszych i wychodzę jako jeden z ostatnich. Nie wspominając o tym, że gdy jest jakiś wypadek, to zawsze muszę być do dyspozycji.


Jak się pan odstresowuje po pracy?
- Z czasów, gdy pracowałem w Trzebini, zostało mi zamiłowanie do nurkowania. Zaczęło się od tego, że tworzący się klub nurkowy nie miał lekarzy. A ponieważ wcześniej chodziłem trochę po górach, to postanowiłem spróbować czegoś nowego. Pamiętam naszą pierwszą zagraniczną wyprawę nurkową, starym autobusem, na grecką wyspę Zakyntos. W upale mieszkaliśmy pod namiotami. Z tamtego okresu wspominam też zejścia pod wodę na Balatonie, którego dno czyściliśmy. Widziałem niedawno ten zbiornik po zagospodarowaniu. Wygląda ładnie. Jednak gdy kamieniołom był taki dziki, a nad wodą stała tylko jedna budka, dawał taki posmak wolności.
Do dziś utrzymuję kontakt z kolegami z tamtego okresu, m.in. Piotrem Wojtysiem z Chrzanowa, z którym zrobiłem drugi stopień nurkowy. On potem został instruktorem, a ja, ze względu na pracę, musiałem trochę ograniczyć swoją aktywność. Teraz raz lub dwa razy do roku schodzę pod wodę gdzieś za granicą. W ramach relaksu jeżdżę też na motorze.


Jakim?
- To Honda Shadow Black Widow, chopper o pojemności silnika 750 cm sześć. Najczęściej jeżdżę nim na Słowację. Jest tam spokojniej, panuje mniejszy ruch, a drogi są lepsze niż u nas. Nie mam jednak zbyt dużo czasu, by ubierać skórę i wsiadać na motocykl.

 

CV
Dr n. med. Mariusz Nowak pochodzi z Jaworzna, gdzie uczęszczał do szkoły podstawowej i liceum. Ukończył Śląską Akademię Medyczną. Został specjalistą reumatologiem. Zajmował się endoskopią przewodu pokarmowego. Pracował w Wojewódzkim Ośrodku Kardiologii w Zabrzu. W 1985 roku przeprowadził się do Krzeszowic i podjął pracę w ośrodku zdrowia przy KWK Siersza. Gdy przeprowadził się na Śląsk, pracował w szpitalu w Katowicach-Bogucicach, zostając w 1989 roku jego dyrektorem. Następnie zatrudnił się w śląskim oddziale NFZ. Od 2005 roku stoi na czele Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich.

 

 

 

Ludzie:

Mariusz  Nowak

Mariusz Nowak

Dr n. med. Mariusz Nowak, dyrektor Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich.