Nie masz konta? Zarejestruj się

Do poczytania

Karetką do Kijowa i Paryża

14.02.2019 12:53 | 1 komentarz | 2 254 odsłony | Łukasz Dulowski

Więzi między ludźmi są dzisiaj zdecydowanie słabsze. Dlatego najmilej wspominam atmosferę w pogotowiu i na oddziałach szpitalnych w trakcie pierwszych 20 lat mojej pracy. Wtedy byliśmy jak rodzina – mówi chirurg, lek. med. Jerzy Macek z Chrzanowa.

1
Karetką do Kijowa i Paryża
Jerzy Macek – lekarz medycyny, chirurg. Urodził się 21 września 1947 r. w Chrzanowie. Chodził do Szkoły Podstawowej nr 3 i do Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica w Chrzanowie. Ukończył wydział lekarski na Akademii Medycznej w Krakowie. Wieloletni kierownik chrzanowskiego pogotowia ratunkowego. We wrześniu 2012 r. przeszedł na emeryturę, ale dalej pracuje w chrzanowskim pogotowiu jako lekarz w karetce. Od 1 lipca tego roku jest zatrudniony na kontrakcie.
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

 

Gdy chwyciła mocna zima, to z Chrzanowa do takich Źródeł w gminie Alwernia jechaliśmy ze 40 minut w jedną stronę. Gdy mieliśmy zgłoszony poród, to na miejscu noworodek często był już na świecie. Wypisywaliśmy tylko kartkę, że poród odbył się siłami natury. Gdy ktoś ciężko chorował, to nieraz zmarł, zanim udało nam się dotrzeć.

 

Łukasz Dulowski: Pamięta pan swój pierwszy dyżur świąteczny?

Jerzy Macek: 4 września 1973 roku rozpocząłem staż. 5 albo 6 września miałem pierwszy dyżur w pogotowiu ratunkowym. I w tym samym roku pierwszy raz dyżurowałem w święta na izbie przyjęć w starym szpitalu w Chrzanowie. To była Wigilia. Około północy przyjechała karetka zakładowa z kopalni Janina w Libiążu. Myślałem, że przywiozła pacjenta, a okazało się, że to górnik, który zginął na przodku. Miał niespełna 23 lata. Wtedy obowiązywała taka procedura, że lekarz musiał w asyście pracownika prosektorium przetransportować tam zwłoki. Włos mi się jeżył na głowie, bo wówczas miałem trochę więcej włosów. Przewieźliśmy go i położyliśmy na stole sekcyjnym. Kiedy już stamtąd wychodziłem, przy zgaszonym świetle, obsunęła się ręka jakiegoś nieboszczyka. Czym prędzej opuściłem pomieszczenie. Tyle pamiętam z pierwszego dyżuru świątecznego.

Podobno na dyżurze świątecznym, zwłaszcza w sylwestra, często trafia się zgon.

- Gdzieś około północy. Nawet jeśli traktować to jako przesąd, to się sprawdza. Gdy pracowałem w pogotowiu, parokrotnie zdarzyła się taka sytuacja.

Kiedy miał pan ostatni raz dyżur świąteczny?

- Jakieś dwa, trzy lata temu. Teraz dyżury świąteczne zostawiam młodszym kolegom. Niech pokosztują tego chleba.

Kiedyś były ostre zimy. Karetki pewnie zamarzały na kość.

- Zagrzewały się dopiero jakieś 20 kilometrów od stacji pogotowia. Teren, jaki obsługiwaliśmy, był znacznie większy niż teraz. Jeździliśmy pod Krzeszowice, do Regulic, Podłęża czy Źródeł, w gminie Alwernia. Kawał świata. Karetki nie były tak szybkie jak dzisiaj. Szosy słabo odśnieżane. Mnóstwo polnych dróg prowadzących do domów. We wsi telefon był zazwyczaj tylko na plebanii i u sołtysa, więc rozpytywaliśmy ludzi, jak dotrzeć do pacjenta. Zdarzało się, że samochód nawalił albo przez zaspy nie dało się dojechać do chorego. Szło się więc parę kilometrów na nogach. Potem trzeba było donieść pacjenta do karetki. Chyba że ktoś życzliwy podwiózł nas furmanką. Przysiółek Płazy – Syberia np. nieprzypadkowo tak nazwano.

Do Paryża koło Krzeszowic też pewnie nie było łatwo dotrzeć.

- Tak samo do Kijowa w Regulicach. Kiedyś podczas świąt, na początku mojej pracy, mama zapytała mnie: „A dużo jeździłeś?”. Odpowiedziałem: „O tak, daleko byłem”. „A gdzieżeś to był?” - dopytywała. „Ano widzisz, w Kijowie byłem i w Paryżu” - odparłem. „O rany, jakżeś tak szybko obrócił?” - dziwiła się mama. Oczywiście wyjaśniłem jej, że chodzi o nasze przysiółki.

Najbardziej pamiętam właśnie te dalsze wyjazdy. Gdy chwyciła mocna zima, to z Chrzanowa do takich Źródeł jechaliśmy ze 40 minut w jedną stronę. Gdy mieliśmy zgłoszony poród, to na miejscu noworodek często był już na świecie. Wypisywaliśmy tylko kartkę, że poród odbył się siłami natury. Gdy ktoś ciężko chorował, to nieraz zmarł, zanim udało nam się dotrzeć. Przykre sytuacje.

Kiedyś zawsze była choinka na pogotowiu. A dzisiaj?

- Od paru lat nie ma już choinki, ale pojawiają się jakieś inne ozdoby, stroiki. Teraz coraz więcej personelu pracuje na kontraktach. Więzi między ludźmi są więc zdecydowanie słabsze niż dawniej. Dlatego najmilej wspominam atmosferę w pogotowiu i na oddziałach szpitalnych w trakcie pierwszych 20 lat mojej pracy. Wtedy byliśmy jak rodzina, ale nie było nas dużo. W święta Bożego Narodzenia jeden przyniósł z domu trochę ciasta, inny wędlinę. Jak nie goniły nas wyjazdy, to siadaliśmy, wspominaliśmy starszych kolegów na emeryturze i tych, którzy już nie żyją. Wszyscy dobrze się znaliśmy.

Pan jest od 2012 roku na emeryturze, ale dalej, jako lekarz, jeździ karetką. Dlaczego?

- Pracuję w tym zawodzie ponad 40 lat. Przyzwyczaiłem się pomagać ludziom. To jest jak narkotyk. Trudno odejść z tej pracy. Zresztą, nie tylko tabletki leczą. Ważna jest rozmowa z pacjentem, wczucie się w jego chorobę i potrzeby. To czasem bywa trudne, bo człowiek jest tylko człowiekiem i nieraz nie wytrzymuje nerwowo.

Czego pan życzy sobie i innym na święta?

- Przede wszystkim zdrowia, ale też uśmiechu, zrozumienia i takiego normalnego, ludzkiego współczucia. Szanujmy się nie tylko podczas świąt.