Nie masz konta? Zarejestruj się

Ostrężnica

"Branco" z Ostrężnicy pokonał Saharę na rowerze

24.10.2023 13:00 | 0 komentarzy | 2 282 odsłony | Michał Koryczan

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Przejechał rowerem ponad 4 tys. km, pokonując największą pustynię świata i odwiedzając osiem afrykańskich państw. Kamil Knapczyk z Ostrężnicy opowiada o swojej najbardziej ekstremalnej wyprawie w rozmowie z Michałem Koryczanem.

0
"Branco" z Ostrężnicy pokonał Saharę na rowerze
Kamil Knapczyk na Saharze FOT. UDOSTĘPNIONE PRZEZ KAMILA KNAPCZYKA
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Zdecydowałeś, że pojedziesz rowerem przez Saharę. Skąd taki wybór?
Chyba przez dziecięce marzenia. Oglądając rajd Paryż - Dakar, zawsze marzyłem, żeby wziąć w nim udział. Kierowcą rajdowym nie zostałem, więc postanowiłem pokonać trasę do Dakaru, a może nawet i dalej - rowerem. Tradycyjnie jest to też moja ucieczka przed zimą.

Wyprawę zacząłeś w Maroku, a więc najbardziej znanym Europejczykom kraju, spośród tych, które odwiedziłeś.
Marokańczycy uważają siebie za Europejczyków. Można tam bez problemu płacić w euro. Maroko rzeczywiście nie jest takie „dzikie", jak ta Afryka, do której później dojechałem. Nawet temperatury były bardziej europejskie, chociaż było już ciepło.

Każdy kolejny przejechany kilometr to była już podróż w całkowicie nieznane.
Cały ten wypad to jedna wielka jazda w nieznane. Bardzo szybko zaczęła się pustynia, której się bardzo obawiałem. Okazała się jednak nie taka straszna. Odcinki bez dostępu do wody liczyły maksymalnie 150 km. Wystarczyło więc zabrać ze sobą dodatkową butelkę wody. Piasek dawał się bardzo we znaki. Rower na tym cierpiał. Zabrałem ze sobą większy, trzyosobowy namiot, żeby zmieścił się w nim rower i w nocy nie sypał na niego piasek. To jednak i tak nie wystarczało podczas burzy piaskowej. Przez otwory wentylacyjne piasek i tak się dostawał do środka.

Miałeś problemy z przekraczaniem granic?
Okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Przed wyjazdem czytałem na stronie internetowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych o sytuacji w krajach, do których się wybierałem. Podczas lektury włosy mogły stanąć dęba. Straszyli niemalże wszystkim i to w przypadku każdego z państw. Nie było jednak tak źle, chociaż od ludzi podróżujących motocyklami i kamperami na granicy wyciągali łapówki. Ja podróżowałem na takiego biedniejszego turystę i zawsze się gdzieś przecisnąłem. Odwiedziłem już ponad 70 krajów na całym świecie i dzięki temu doświadczeniu wiedziałem, że na granicy mogę rozmawiać tylko i wyłącznie z wojskowymi lub policjantami. Myślę, że na każdej z granic nie spędziłem dłużej niż godzinę. Założyłem sobie, że przez cały wyjazd nie dam nikomu łapówki. Mimo że były próby wyłudzenia pieniędzy, to zawsze wiedziałem jak się zachować i ile faktycznie powinienem zapłacić za wizę.

Tak po prostu mówili ci, że masz im dać łapówkę?
Jadąc przez Saharę Zachodnią, będącą strefą konfliktu, napotykałem mnóstwo punktów kontrolnych. Niekiedy na odcinku zaledwie 10 km było ich kilka. Na każdym próbowali mnie zatrzymać. Zauważyłem, że oni nie są do końca tak ważni. Nie mieli nawet broni. Udawałem, że ich nie słyszę i jechałem dalej. Jeśli faktycznie był to istotny punkt kontrolny, to potem mnie gonili. Wtedy chcieli nawet jeszcze większych łapówek, ale bezskutecznie. Nawet w Maroku zdarzały się sytuacje, że próbowano ode mnie wyciągnąć pieniądze strasząc, że nie przepuszczą mnie dalej, jeśli nie pokażę zaświadczenia o jakichś dodatkowych szczepieniach lub rezerwacji noclegu. Najlepiej było po prostu udawać, że się ich nie rozumie i czekać, aż się znudzą próbą wyłudzenia.

Miałeś problem z dostępem do wody i jedzenia?
Jeśli chodzi o wodę, to butelkowaną mogłem kupić wszędzie. Kosztowała od złotówki do 4 zł. Co ciekawe, w jednym sklepie na środku pustyni była schłodzona, prosto z lodówki. Często jednak była ona w takiej temperaturze jak powietrze, czyli dochodziła do 40 stopni Celsjusza. Można ją było dzięki temu pić oszczędnie, bo za nic w świecie nie smakowała. Co do jedzenia, to postawiłem na dosyć skromną dietę, składającą się przeważnie z wody i bagietki. Można więc powiedzieć, że jechałem o chlebie i wodzie. Czasem kupowałem pomidory lub masło orzechowe. Dopiero później okazało się, że w każdym sklepie, gdzie sprzedają bagietki, mogą je przyrządzić. Wystarczyło dopłacić w przeliczeniu 50 groszy i sprzedawca dodawał fasoli, mięsa lub jajek. Za 2,5 zł była fajna, duża kanapka.

Nie bałeś się tego jedzenia? Myślę tu o warunkach sanitarnych i higienie miejscowych?
Jasne. Dlatego zaszczepiłem się na dur brzuszny, czyli tzw. chorobę brudnych rąk. Na początku było trudno, ale z czasem się przyzwyczaiłem. Kulminacją było, gdy w Gwinei nie miałem ze sobą wody i miejscowi poczęstowali mnie zielono-żółtawą wodą z rzeki. Nic mi nie było.

Bałeś się tam czegoś?
Praktycznie nie. To, czego się naczytałem, całkowicie różniło się od tego, co zobaczyłem. Podam przykład meczu w Sierra Leone. Chciałem się wybrać na spotkanie tamtejszej pierwszej ligi. Ponieważ na żadnym ze stadionów nie grali, kierowca tuk-tuka zawiózł mnie na obiekt w slumsach. Nie było tam murawy, tylko klepisko. Grające tam drużyny aspirowały do występów w pierwszej lidze. Mecz zakończył się przed czasem, bo kibice zaczęli rzucać w sędziego butelkami. Arbiter sprintem zbiegł do szatni, chwycił za nóż i zaczął nim wymachiwać przed napierającymi kibicami. Zrobiła się totalna bijatyka. Pewien Sierraleończyk, Józek, powiedział mi, żebym się niczego nie bał, bo jestem biały i mi nic nie zrobią. Jak widać, nawet podczas rozróby stadionowej czułem się bezpiecznie.

Dopytam o tego Sierraleończyka, którego nazywałeś Józkiem...
Polaka znajdziesz wszędzie, a jeśli nie, to kogoś, kto w jakiś sposób jest z Polską związany. Okazało się, że Joseph miał żonę Polkę. Mieszkał w Anglii, ale bywał w naszym kraju. U nas wołali na niego Józek lub „Kaszanka". Jego ulubionymi potrawami w Polsce są żurek i flaki. Teraz mieszka w Sierra Leone, gdzie inwestuje pieniądze zarobione w Anglii. Jest właścicielem jednego z klubów sportowych. Było widać, że jest tam szychą.

Kolor skóry w Afryce ma duże znaczenie?
Tak. Właściwie wszędzie mogłem usłyszeć pod swoim adresem „białas", oczywiście w każdym kraju brzmiało to inaczej. W Gambii byłem „tuba", w Gwinei Bissau „branco", w Gwinei „boten", a w Sierra Leone „abato". To były zaczepki, jedynie w celu zwrócenia na siebie uwagi. Jednocześnie miejscowi czują dużo respektu przed białym człowiekiem. Wchodzę raz do sklepu z telefonami, a tam ogromna kolejka. Podchodzi do mnie pracownik, idziemy do biurka i obsługiwany klient lokalny musi poczekać.
W dużych miastach, podczas zakupów w supermarketach, miejscowy człowiek nosił mi koszyk i nie pozwolił mi go dotknąć. Było mi z tym głupio. Tłumaczył, że to jego praca, za którą nie brał żadnego napiwku. To chyba jeszcze pozostałości kolonializmu.

Zdarzyło ci się, że dzieciaki rzucały do ciebie kamieniami.
Parokrotnie. Znajomi rowerzyści pisali mi, że to bardzo często spotykana sytuacja. Nie wiem, czy to forma zabawy, czy zaczepki, ale w przybyszy z Europy faktycznie rzucają kamieniami.

Spotkałeś innych Europejczyków podczas podróży?
Tak. Za każdym razem nawiązywałem rozmowę. Po kilku dniach, przykładowo we francuskojęzycznej Mauretanii, gdzie trudno było mi z kimś zamienić więcej niż parę słów, fajnie było pogadać z kimś po angielsku.

A nawet po polsku, bo natknąłeś się na rodaków.
Zatrzymałem się na stacji benzynowej na środku pustyni, żeby coś zjeść i odpocząć. Nagle podjeżdża bus ze szczecińską rejestracją. Myślałem, że to słynna saharyjska fatamorgana. Okazało się, że nie. W ten sposób poznałem Mirka, który jechał z Polski do Gambii, gdzie się przeprowadzał. Później spotkałem jeszcze motocyklistów z Bydgoszczy. Też jechali do Gambii. Co ciekawe, mieszka tam wielu Polaków. Zostałem tam zresztą zaproszony przez właścicieli polskiego hotelu dla podróżników i ludzi chcących poznać Gambię z innej strony niż oferty all inclusive.

Na drogach było bezpiecznie?
Różnie. Maroko i Mauretania to najpiękniejsze kraje, w jakichkolwiek jeździłem rowerem. Samochody wyprzedzając mnie jechały tak szerokim łukiem, że lewym kołem prawie zahaczały o pobocze. Poruszające się z naprzeciwka ciężarówki, wzbijające tumany piasku, potrafiły zatrzymać się sto metrów przede mną, żebym nie dostał tym podmuchem. W Senegalu, czyli jak mówią, pierwszym takim prawdziwym afrykańskim państwie, zaczęły się kłopoty. Rowerzysta nie ma na drodze żadnych praw. Byłem spychany na szosie. Nie czułem się bezpiecznie. Ten strach i niezbędna koncentracja męczyły mnie bardziej niż pedałowanie. W Gwinei Bissau i Gwinei wjechałem już do prawdziwej dżungli. Na początku była nierówna droga, słynna afrykańska „tarka", a potem piaszczysta ścieżka. Dojechałem do granicy, gdzie celnik siedział w szałasie. Nad rzeką nie było mostu, więc musiałem się przeprawić łódką. Z kolei w Sierra Leone było już bezpiecznie, bo tam mają szerokie drogi z pasami awaryjnymi.

W Gwinei niemalże otarłeś się o śmierć.
Z naprzeciwka jechał samochód, będący w takim stanie, że w Polsce właściciel złomowiska wstydziłby się go tam trzymać. Nagle urwało mu się koło. Zamarłem. Koło minęło mnie z prawej, a auto z lewej strony. Miałem mnóstwo szczęścia. Z kolei w Senegalu byłem jedną z pierwszych osób, które pojawiły się w miejscu, gdzie ciężarówka zderzyła się z autobusem. Widok pozostanie na długo. Rannych było ze 40 osób. Wszędzie jęki i płacze. Ratownikom brakowało medykamentów. Dałem im nawet swoją apteczkę. Mam nadzieję, że komuś to pomogło.

Nocowałeś zarówno w hotelach i w namiocie.
Najlepszym rozwiązaniem byłoby spanie w hamaku jak podczas mojej eskapady w Ameryce Południowej. Na Saharze trudno jednak o dwa drzewa, między którymi mógłbym go rozwiesić. W namiecie spędzałem zwykle dwie lub trzy noce z rzędu i potem wynajmowałem hotel, żeby mieć dostęp do wody i prądu. Okazywało się jednak, że hotele, mimo że często bardzo drogie, oferowały wodę tylko od 20. do 21., a prąd od 19. do wyczerpania generatora. W niektórych pokojach nie było nawet łóżka, tylko materac lub koc rozłożony na podłodze.

Ile kosztowały takie noclegi w hotelach?
Od 60 do 200 zł, ale czasami właściciele knajp pozwalali spać u nich za darmo. W jednym z miast zapłaciłem 150 zł za łóżko w sześcioosobowym pokoju. Szczytem luksusu była moskitiera. O dostępie do internetu można było pomarzyć. Chyba tylko w dwóch miejscach był on zapewniony.

Aby spędzić noc w namiocie musiałeś najpierw znaleźć bezpieczne miejsce, aby go rozłożyć.
Podczas pierwszej części wyprawy starałem się, aby nikt nie wiedział, gdzie nocuję. Na pustyni były to najczęściej niecki lub opuszczone budynki. Przez silne wiatry miałem problemy z rozłożeniem namiotu. Gdy wjechałem do dżungli, to musiałem już szukać miejsca na skrajach wiosek. Raz próbowałem się ulokować w centrum, to otoczyło mnie ze stu miejscowych, zainteresowanych tym, co robię.

A jak z dzikimi zwierzętami?
Obawiałem się jadowitych węży i skorpionów. Pierwszej lub drugiej nocy zaatakował mnie włochaty pająk wielkości dłoni. Rzuciłem w niego butem i na szczęście zawrócił. Tak się przestraszyłem, że przez kilka nocy nawet nie opuszczałem namiotu. Wolałem się nawet wysikać do pustej butelki niż na zewnątrz. Poza tym, wszędzie można było spotkać stada wielbłądów, których widok powszedniał z każdym dniem. No i oczywiście guźce, o których słyszał chyba każdy miłośnik polskich komedii. W parku narodowym Diawling, położonym między Mauretanią i Senegalem, jest ich bardzo dużo. Są niezwykle płochliwe. Zabawnie wygląda, gdy się wystraszą. Kręcą tyłkami, ogon im staje jak antena i uciekają w zarośla.

W Afryce widoczna jest bieda?
Myślę, że 95 procent mieszkańców to ludzie biedni. Murowany dom jest sporym luksusem. Dotarłem do miejsc, gdzie ludzie żyją w szałasach, a kobiety chodzą z piersiami na wierzchu. Nie ma drogi asfaltowej, dostępu do prądu i bieżącej wody. Żeby stać się bogatym, trzeba mieć koneksje w rządzie.

Jak wyglądają duże afrykańskie miasta?
Brud, smród oraz klaksony i spaliny samochodowe. Starałem się tam wjechać i jak najszybciej je opuścić. Dakar był jednym nielicznych miast, które miały coś do zaoferowania. Choćby Pomnik Odrodzenia Afryki, najwyższa statua na kontynencie, a także najdalej wysunięty na zachód punkt Czarnego Lądu. W miastach trzeba było uważać na kieszonkowców, którzy czyhali na każdym kroku i czuć było, jak sprawdzają kieszenie. Wszędzie mnóstwo odpadów. Jedynie w Dakarze i Bandżul (stolica Gambii - dop. red) widziałem śmieciarki. Właśnie to mnie zaskoczyło, że Sahara to jedno wielkie wysypisko śmieci.

Podczas wyprawy zrobiłeś sobie przerwę od roweru, aby wybrać się na wycieczkę najdłuższym pociągiem na świecie mającym ponad dwa kilometry.
Ta linia kolejowa w Mauretanii wiedzie z kopalni rud żelaza do portu. Mieszkańcy głębi kraju korzystają z tego pociągu towarowego, aby przykładowo sprzedać owce i kupić świeżą rybę. Ludzie przewozili nim także stada owiec. Mimo że pociąg zatrzymuje się tylko na chwilę, to w pięć minut potrafili je wyładować. Wyglądało to komicznie, jak z wagonu wyrzucali owce, a na dole jeden gość je łapał. Afrykańskie życie. Zero przepisów BHP.

Jak wrażenia z przejazdu?
Polecałbym wsiąść na pierwszej stacji i wysiąść z pociągu w pierwszym miejscu, gdy tylko się zatrzyma. Dalsza podróż to nie jest przyjemność, tylko zmaganie się z własnymi słabościami. Wagony są bardzo stare i mocno się kołyszą. Nie dało się wysiedzieć. Pył z rudy żelaza dostawał się wszędzie, mimo założonej chusty i okularów. Strasznie męczące. Ponadto pociąg jedzie w nocy, gdy temperatura spada do 5 stopni Celsjusza. Ubrałem więc na siebie wszystko, co tylko miałem. Mimo to, leżąc na wagonie, trząsłem się zimna. Nie mogłem zasnąć. Na chwilę przed końcową stacją jednak usnąłem. Zaspałem i dojechałem aż do samej kopalni rud żelaza. W docelowe miejsce dotarłem już doczepionym wagonem pasażerskim czeskiej produkcji. Bilet był strasznie tani, a widoki super.

Twoim celem było dotarcie najpierw do Dakaru, a potem odwiedzenie Gambii. Podróż się jednak przedłużyła.
W Dakarze okazało się, że zupełnie nie jestem zmęczony, chociaż w nogach miałem już 2,5 tys. km. Los mi sprzyjał, bo wiatr wiał mi cały czas w plecy. Trochę nieśmiało napisałem w swoich social mediach, że jechałbym dalej, ale wizy są dosyć drogie. Jak to mówią, Polacy się zjednoczyli i w ciągu pięciu godzin udało mi się zebrać niezbędną kwotę. Tym sposobem przejechałem jeszcze dodatkowo 1,5 tys. km, docierając do Gwinei Bissau, Gwinei oraz Sierra Leone.

Twój rower wytrzymał tę ekstremalną eskapadę?
Wyjazd był tak spontaniczny, że rower nie przeszedł żadnego specjalnego serwisu, jedynie profilaktyczny, jesienny, na koniec sezonu. W chrzanowskim Auto Bike podpowiedzieli mi, jak zabezpieczyć opony i dzięki temu przejechałem całą trasę bez jednego „kapcia", co do tej pory mi się nie zdarzyło.

Przy okazji włączyłeś się w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i wystawiłeś na licytację piasek z Sahary.
To był spontaniczny pomysł. Przy znaku informującym, że jestem na Zwrotniku Raka, napełniłem fiolkę piaskiem. Zwycięzca licytacji, co ciekawe - mój starty przyjaciel z Niesułowic - kupił tę ciekawą pamiątkę za ponad 500 zł.

Zjechałeś rowerem już spory kawałek Europy, obu Ameryk oraz Afryki. Co teraz?
Została mi Azja i Australia.
Do Australii chciałem ruszyć w tym roku, ale jest strasznie droga. Mam wszystko zaplanowane, tylko potrzeba funduszy. Azja jest tania, więc myślę, że w nieodległym czasie tam się wybiorę. Może to będą Indie lub Wietnam i Kambodża.

Archiwum Przełomu nr 9/2023