Nie masz konta? Zarejestruj się

Chrzanów

Po kolumbijsku, cieszę się tym co mam

17.10.2023 15:30 | 0 komentarzy | 2 656 odsłony | Ewa Solak

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Ze względu na duże natężenie ruchu, w większych miastach stosowana jest zasada "pico y placa". Polega na tym, że danego dnia na ulice wyjeżdżają tylko te samochody, które mają odpowiedni numer rejestracyjny. Przykładowo, jeśli moja tablica kończy się cyfrą 2, to mogę używać auta tylko w dni nieparzyste w miesiącu, a jeśli rejestracja kończy się na 3, to można jeździć tylko w dni parzyste – o życiu codziennym w Bogocie z chrzanowianką Katarzyną Wcisło rozmawia Ewa Solak.

0
Po kolumbijsku, cieszę się tym co mam
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Przeprowadzka z Polski do Kolumbii to odważny krok. Zadecydowała miłość?
Nie. Praca. Najpierw byłam zatrudniona w firmie związanej z górnictwem w Mysłowicach. To dzięki niej 12 lat temu po raz pierwszy pojechałam do Kolumbii. Potem inna firma zaproponowała mi pracę, która miała polegać na otwarciu rynków w Ameryce Południowej. Nie ukrywam, że na tamtym etapie życia potrzebowałam zmian, więc było mi to bardzo na rękę.

Znała pani język?
Skończyłam filologię hiszpańską na Uniwersytecie Śląskim oraz studia podyplomowe z zakresu handlu zagranicznego na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Moja praca w jakiś sposób zawsze związana była z krajami i kulturą hiszpańskojęzyczną. Kiedy wybierałam się do Kolumbii, wydawało mi się, że z językiem nie będzie problemu. Tyle tylko, że ten używany przez Kolumbijczyków okazał się nieco inny, niż znany mi kastylijski. Teraz jestem już praktycznie dwujęzyczna.

Kolumbia niektórym kojarzy się z kartelami narkotykowymi i gangami. Nie obawiała się pani tam zamieszkać?Podczas spotkań biznesowych byłam świadkiem różnych sytuacji. Jednego razu prezes poważnej firmy potrafił zapytać odwiedzającego go Kolumbijczyka, czy przywiózł mu trochę białego proszku. Ja jednak uważam, że taka ocena Kolumbii jest krzywdząca. To tak, jakby robić Polakowi zarzuty na temat nadmiernego picia alkoholu. Rozumiem, że wiele osób postrzega Kolumbię przez pryzmat Pablo Escobara, ale nie ma co generalizować. Sami Kolumbijczycy pytani o kartele i Escobara, ucinają temat. Dość powiedzieć, że finca Nápoles, czyli jego posiadłość blisko Medellín, została zamieniona w rodzinny park rozrywki i ogród zoologiczny. Oczywiście nie da się całkiem wymazać przeszłości, a pewien etap działalności karteli oznaczał nawet rozwój dla kraju. Kolumbia to jednak przede wszystkim kraj kawy, szmaragdów i dzikiej przyrody. Kolumbia to kraj niesamowicie zróżnicowany i jak najbardziej warty zwiedzenia. Spot reklamowy promujący Kolumbię brzmi: „Jedyne ryzyko jest takie, że będziesz chciał tutaj zostać¨.

Jak zareagowała rodzina na wiadomość o pani przeprowadzce? Nie mieli nic przeciwko?
Nie. Rodzina nigdy nie protestowała. Zawsze mieli do mnie zaufanie. Poza tym wiedzieli, że zawsze mogę wrócić, gdyby coś się nie powiodło lub gdyby mi się po prostu nie spodobało. W Bogocie, stolicy Kolumbii, mieszkam już ponad 9 lat i pracuję w polskiej firmie z branży kosmetycznej. Jestem odpowiedzialna za rynki kolumbijski i meksykański.

Ameryka Południowa kojarzy się ze słońcem, luzem, tańcem. Jest coś, co zaskakuje?
W zasadzie Kolumbia zaskakuje mnie codziennie. Kiedy przyjechałam, zaskoczenie było pozytywne. Wszędzie kolory, salsa, radość życia, świetny klimat i piękna przyroda. Po latach widzę też minusy: biurokracja, brak kultury pracy. Dwugodzinne spóźnienia na spotkania są normą. Na szczęście to się powoli zmienia.

Tam też tak jak w Polsce wszyscy w nerwach gonią za pracą i pieniędzmi?
To kraj rozwijający się. Żyją tam albo bardzo bogaci ludzie, albo bardzo biedni. Klasa średnia dopiero od niedawna się buduje. W Kolumbii istnieje podział na tzw. estratos, czyli strefy zamieszkania - od 1 do 6. Estrato 1 to dzielnice najuboższe, estrato 6 to najbogatsze. Ciekawostką jest, że rachunki mieszkańców estrato 6 zawierają też część opłat na rzecz estrato 1 i 2. W ten sposób wspomaga się ludzi z najbiedniejszych dzielnic. Kolumbijczycy na pewno żyją bardziej na luzie niż Europejczycy. My jesteśmy więcej skupieni na tym, by mieć, oni na tym, by korzystać z życia. Duża część społeczeństwa jest przez to zadłużona. Kolumbijczyk to typ człowieka, który żadnej pracy się nie boi. Na ulicach są osoby sprzedające owoce, placki kukurydziane zwane „arepa", jest wielu pucybutów, ale i żebraków z dziećmi na rękach.

Wydają się raczej weseli.
Są otwarci, mili dla obcokrajowców, zawsze zainteresowani, skąd ktoś pochodzi. Niejeden taksówkarz dużo wie o Polsce, jej historii, sporcie. Ale są i tacy, którzy nie bardzo wiedzą, gdzie nasz kraj leży na mapie. Ostatnio, m.in. dzięki Robertowi Lewandowskiemu, Polska staje się bardziej rozpoznawalna. Poza tym Kolumbijczycy uwielbiają dzieci i zawsze są uśmiechnięci. Mają jednak swoje wady. Nie potrafią odmawiać. Stąd biorą się różne nieporozumienia, bo nie zawsze wywiązują się z danego słowa. Często obiecują coś, bo chcą być uprzejmi, a nie dlatego, że tak zrobią. Są ludźmi bardzo religijnymi, ale wydaje mi się, że jest to raczej na pokaz. Msze odbywają się często w centrach handlowych, ponieważ nie ma zbyt wielu kościołów.

Zbliża się Wielkanoc. Jak obchodzi się ją w Kolumbii?
Raczej w ogóle się nie obchodzi. Nie ma święcenia jajek ani innych tradycji przypominających te polskie. Jest kilka dni wolnego, ludzie jadą wypocząć i tyle. Jeśli chodzi o Boże Narodzenie, to wstępem do niego jest Dzień Świeczek, obchodzony 7 grudnia. Kolumbijczycy spotykają się wieczorem z rodziną i przyjaciółmi przed domami, zapalają wspólnie świece w intencji. Ten dzień rozpoczyna cały miesiąc wspólnego biesiadowania oraz imprez tanecznych. Nie ma jednak tradycji gotowania w takich ilościach, jak ma to miejsce w Polsce. Choinki, wyłącznie sztuczne, goszczą w kolumbijskich domach w zasadzie już od początku listopada. Poza tym różnego rodzaju świąt jest bardzo dużo. Praktycznie co miesiąc są jakieś wolne dni.

Pani partner jest Kolumbijczykiem?
Nie, Polakiem. Poznaliśmy się jeszcze w Polsce. Za to nasz syn urodził się już w Kolumbii. Ma teraz 8 lat i jest dwujęzyczny.

Jak wygląda tam służba zdrowia?
Jest na bardzo wysokim poziomie. Według ostatnich statystyk, dwa szpitale w Kolumbii, jeden z Cali, drugi z Bogoty, znalazły się wśród 250 najlepszych na świecie. Służba zdrowia jest półprywatna. Można mieć tylko podstawową opiekę zdrowotną albo płacić dodatkową składkę zapewniającą szersze świadczenia. Nie ma kolejek, wszystko działa bez zarzutu. Przykładowo rezonans magnetyczny jestem w stanie załatwić w ciągu tygodnia. Kolumbia to również kolebka medycyny estetycznej. Ludzie przyjeżdżają z zagranicy, żeby się zoperować, bo są tutaj świetni specjaliści, a ceny bardziej przystępne niż w USA czy w Europie.

Pani syn chodzi do szkoły. Przypomina polską podstawówkę?
System szkolny wygląda podobnie jak w Polsce, ale niewiele dzieci chodzi do publicznych szkół. Jedynie te z niższych estratos. Reszta Kolumbijczyków czy obcokrajowców posyła je do szkół prywatnych. To co uważam za zaletę, to to, że dzieci zaczynają edukację w wieku 3-5 lat. Te pierwsze lata bardziej przypominają nasze przedszkole, ale mimo to zaczynają wcześniej czytać i pisać. W szkołach obwiązują mundurki, dzięki czemu nie ma „pokazów mody". Bardzo często uczniowie dowożeni są spod domu dedykowanymi autobusami i busami szkolnymi. W przypadku mojego syna lekcje trwaja od 7.30 do 15.30 z przerwą na obiad i zabawę w parku.

Komunikacja publiczna się sprawdza?
Mieszkam w 8-milionowej stolicy. Panuje tu naprawdę duży chaos, jeśli chodzi o ruch uliczny. Komunikacja publiczna to głównie autobusy jeżdżące po wyznaczonym torze, tzw. transmilenio. Dzięki temu działają niezależnie od korków. Takim autobusem często łatwiej się gdzieś dostać niż samochodem. Oczywiście, pod warunkiem, że akurat nie ma protestów, wypadków czy innych przygód. Szokiem było dla mnie, gdy tuż po przyjeździe do Kolumbii próbowałam wysiąść z transmilenio i nie byłam w stanie tego zrobić, bo ludzie nie wypuszczali wysiadających, tylko na hurra wchodzili do autobusu. W mieście jeżdżą też autobusy miejskie tzw. SITP czy buseta. I tu ciekawostka, zanim Kolumbijczyk zajmie miejsce osoby wysiadającej, czeka chwilę, aż to miejsce „wywietrzeje" i dopiero potem siada. Jeszcze parę lat temu kierowcy autobusów w ogóle nie zwracali uwagi na przystanki i zatrzymywali się gdzie popadnie - na skrzyżowaniu, na środku drogi. Teraz się to zmienia. Jest o wiele więcej przystanków i o dziwo, ludzie zaczynają się do nich przyzwyczajać. W Bogocie nie ma niestety metra, które rozładowałoby ruch, choć są już plany jego budowy. Sporo osób jeździ natomiast tanimi taksówkami.

A pociągi?
Kolumbia nie posiada transportu kolejowego. Ostatnie pociągi przestały jeździć bodajże w latach 90. Teraz istnieje kilka trakcji, ale głównie wycieczkowych. To wydaje się dość dziwne, bo kiedyś ta forma komunikacji rozwijała się dość prężnie. Ale przy okazji transportu i problemów z komunikacją pojawia się kolejna ciekawostka. Ze względu na duże natężenie ruchu, w większych miastach stosowana jest zasada tzw. pico y placa. Polega na tym, że danego dnia na ulice wyjeżdżają tylko te samochody, które mają odpowiedni numer rejestracyjny. Przykładowo, jeśli moja tablica kończy się cyfrą 2, to mogę używać auta tylko w dni nieparzyste w miesiącu, a jeśli rejestracja kończy się na 3, to można jeździć tylko w dni parzyste.

Już widzę jak by się to sprawdziło w Polsce! Przez dziewięć lat pewnie wiele pani w Kolumbii zobaczyła.
Sporo zwiedzam, ale dużej części kraju jeszcze nie widziałam. Kolumbia jest cztery razy większa od Polski, ale faktycznie piękna w swej różnorodności. Ja zakochałam się w krajobrazach i otwartości ludzi. W małych miasteczkach życie toczy się praktycznie na ulicy, jest dużo biedy. No i niestety bardzo dużo śmieci. Bogota jako stolica stanowi pod tym względem niechlubny przykład, choć na prowincji nie jest lepiej. Pamiętam, kiedy przejeżdżałam przez nadmorską miejscowość Ciénaga i widziałam, jak ksiądz odprawia mszę dosłownie wśród góry śmieci. Notabene to miejscowość położona blisko Barranquilla, skąd pochodzi Shakira.

Pewnie nie ominęły pani przygody w podróży.
Każda podróż tutaj jest jedną wielką przygodą, a z turystycznego punktu widzenia może być wspomnieniem na całe życie. Nie zawsze jednak pozytywnym. Ja akurat na początku pobytu miałam jedną nieprzyjemną sytuację. Zasnęłam w taksówce i zostałam okradziona z telefonu i pieniędzy. Dlatego trzeba uważać. Istnieje takie powiedzenie „no dar papaya", co oznacza „nie daj się oszukać", „bądź przezorny". Myślę, że sprawdziłoby się ono we wszystkich częściach świata, nie tylko w Kolumbii. Do tej pory jednak zdarzają się tu sytuacje, gdy ktoś próbuje wyłudzić łapówkę. Jednego razu, gdy z partnerem jechaliśmy przez Medellín, zatrzymał nas policjant. Próbował nam wmówić, że przejechaliśmy skrzyżowanie na czerwonym świetle. Na moje tłumaczenia, że przecież nie ma tam żadnych świateł, odparł: No dobrze, to zróbcie ze mną co chcecie, w domyśle sugerując wręczenie mu pieniędzy, żeby nas puścił.

To chyba nie najlepiej zarabiał. W Kolumbii ceny są wysokie?
W sklepach są porównywalne do polskich. No może oprócz lokalnych owoców i warzyw, które są tańsze. Usługi też raczej są w niższych cenach. Natomiast inflacja i ceny w tym roku zdecydowanie wzrosły, chyba jak na całym świecie. Warto jednak mieć na uwadze, że zarówno edukacja, jak i służba zdrowia to w Kolumbii sektory płatne, co generuje dodatkowe koszty dla obywateli.

A kuchnia, smakuje pani?
Zachwycam się owocami. Soczyste, ogromne mango, papaja, różne odmiany awokado, pitalla, guanábana, banany warzywne, granadilla, pomidory czy truskawki są tu przez cały rok i są naprawdę pyszne. Moja polska koleżanka napisała nawet książkę na temat kolumbijskich owoców, których chyba nie da się zliczyć. Ale nie tylko one potrafią zachwycić. Kolumbia to producent jednej z najlepszych kaw na świecie. Dla mnie to teraz numer 1 i już nie wyobrażam sobie poranka bez niej. Kolumbijczycy uwielbiają mięso. Jest dobrej jakości i jedzą go dużo. Dania mięsne czy rybne podawane są zazwyczaj z ryżem oraz bananem warzywnym. Śniadania są zwykle bardzo obfite i ciężkie, np. caldo de papa, czyli zupa przypominająca nasz rosół z dużą ilością ziemniaków oraz cilantro, czyli kolendry. Ja początkowo nie lubiłam tej przyprawy i powoli się do niej przyzwyczajałam, a dziś śmieję się, że jestem od niej uzależniona. Poza tym podaje się placki kukurydziane arepas, tortille robione w liściu bananowca, tzw. tamal - z mięsem czy changua, czyli zupę na wodzie i mleku z kolendrą i surowym jajkiem. Tej ostatniej jeszcze nie odważyłam się spróbować. Jeśli chodzi o gotowanie, to gotuję sama, po polsku, a raczej po europejsku. Czasem robię fuzje ze składnikami południowoamerykańskimi. Kiedy mam ochotę na coś pysznego, tradycyjnego kolumbijskiego, to idę do restauracji.

Wspomniała pani, że tańczy salsę. Uczyła się jej pani w Kolumbii?W Polsce zaczynałam, ale w Kolumbii jest to taniec uznany niemal za narodowy, więc zaczęłam tam trenować. W zeszłym roku odważyłam się wystąpić w miejscowych i międzynarodowych konkursach. Ćwiczę systematycznie cały czas.

Kolumbia to kraj pełen słońca. Gdzie jeździ się na wakacje?Ja zwykle podróżuję po Kolumbii i po Ameryce Południowej. Ale uwielbiam też Europę, więc tam również się wybieram.

Często pani bywa w Polsce?Staram się jeździć, gdy tyko mam okazję. Rodzina również mnie odwiedza, choć sama podróż może nie być zbyt przyjemna, bo trwa prawie 12 godzin. Nie jest też tania. Za bilet lotniczy trzeba zapłacić około 5 tys. zł, w promocji ok. 2,8 tys. zł.

Nie tęskni pani za rodzinnym domem?Tęsknię. Nigdy nie zapominam skąd pochodzę, kim jestem ani jakie są moje korzenie. Mój syn mówi po polsku jak rodowity Polak. Problem z nami, emigrantami, jest taki, że nigdy do końca nigdzie nie czujemy się jak w domu. Będąc w Polsce tęsknimy za krajem, w którym żyjemy na co dzień. Będąc za granicą, tęsknimy za Polską.

Ale pewnie ma pani w Kolumbii przyjaciół.Prawdę mówiąc, prawdziwych mam niewielu. Słowa „przyjaciel" używam bardzo ostrożnie. Natomiast mam wielu znajomych, między innymi z grup tanecznych salsy. Mam także świetny kontakt z mieszkającymi tu Polkami.

Myślała pani o powrocie do Polski?Pewnie, że myślałam. Lubię Europę i często brakuje mi jakości życia, która jest w Polsce. Na razie jednak, po kolumbijsku, cieszę się tym, co mam, a co przyszłość przyniesie, zobaczymy.

Archiwum Przełomu nr 11/2023