Nie masz konta? Zarejestruj się

Krzeszowice

Wspinałam się nawet przy wiejącym halnym

11.10.2022 15:00 | 0 komentarzy | 3 045 odsłony | Marek Oratowski

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Z jednej strony jest stres i lęk przed nieznanym. Z drugiej - euforia z poznawania jaskiń i kolejnych szczytów. Wtedy buzuje adrenalina. To uczucie doskonale zna Joanna Brzezińska z Dubia, założycielka i prezeska Klubu Wspinaczkowego Trawers Krzeszowice, z zawodu policjantka.

0
Wspinałam się nawet przy wiejącym halnym
Joanna Brzezińska w Tatrach
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Marek Oratowski: Zaczęła się pani wspinać, bo?
Joanna Brzezińska: Namówił mnie do tego mój pierwszy chłopak, gdy mieszkałam jeszcze w Olkuszu. Miałam wtedy 17 lat i chodziłam do technikum. Zaczynaliśmy od Skałek Pomorzańskich. Od razu wiedziałam, że to jest to, co chciałabym robić. Podstaw wspinaczki uczyli mnie znajomi ze Speleoklubu Olkusz. Kurs zrobiłam dopiero dziesięć lat później.

Gdzie pani wyszła do tej pory?
- Chodzę po górach, ale i jaskiniach. Razem z koleżankami zdobyłam najwyższy szczyt Hiszpanii Teide (3718 m n.p.m). To wulkan na Teneryfie. Na górę prowadzi bardzo przyjemna droga. To bardziej trekking niż jakieś trudne wspinanie.
Najwyżej jak dotąd weszłam Granią Lwa ma Matterhorn (4478 m n.p.m) w Alpach. Dwa lata temu zdobyłam go w lecie razem z kolegą Marcinem Majcherczykiem. Okazało się wtedy, że dobrze znoszę większą wysokość. Marcin planował w tym roku zdobycie najwyższego szczytu Austrii - Grossglocknera (3798 m. n.p.m), ale na przeszkodzie stanęły ograniczenia związane z epidemią. Najtrudniejsza droga, jaką pokonałam, to Sprężyna, poprowadzona po wschodniej ścianie Mnicha, charakterystycznego szczytu w Tatrach. Kolega, z którym zdobywałam ścianę, nagrał nasze wejście. Od początku mojej przygody z górami bardzo lubię Dolinę Kobylańską. Tych jaskiń też trochę się uzbierało. Niektóre zrobiły na mnie duże wrażenie.

Które?
- Na przykład Jaskinia Mała w Tatrach. Zeszłam tam najgłębiej. Jest w niej wielka Sala Fakro. Na końcu było sto metrów wolnego zjazdu, bez kontaktu ze ścianą. Niesamowite uczucie. Czułam, jak rolka, na której zjeżdżam, się rozgrzewa. Piękna jest też jurajska jaskinia w naszych Racławicach w gminie Krzeszowice.

Jakie są blaski i cienie takiej pasji?
- Bardzo lubię kontakt z naturą, przestrzeń, powietrze i dalekie horyzonty. Wtedy czuję, że jestem wolna. Jest jednak jakaś cena takich wypraw. Na przykład w jaskiniach nie ma światła ani dostępu do telefonu. Oczywiście, gdy robię trudną drogę, pojawia się stres i lęk przed ewentualnym upadkiem. Do tego dochodzi na przykład zimno. Gdy zamarzają ręce, po prostu czuję się niekomfortowo. Jednak to, co się zobaczy, wynagradza wszystko.

Przeżyła pani jakieś niebezpieczne sytuacje?
- Dwa razy wspinałam się w Tatrach przy wietrze wiejącym ok. 100 km/h. Prognozy pokazywały, że będzie korzystna pogoda. Tymczasem na szczycie drogi, którą robiliśmy na Granatach - fragmencie Orlej Perci - musieliśmy przejść, w tych bardzo trudnych warunkach, by bezpiecznie zejść szlakiem do schroniska. Tymczasem deszcz i wiatr sprawiły, że ten odcinek pokonywaliśmy bardzo długo. Każdy podmuch mógł nas stamtąd zdmuchnąć.

Kto jest pani autorytetem w górach?
- Ludwik Wilczyński. Znam go osobiście, szkolił mnie, i kilka osób z naszego klubu z zakresu turystyki zimowej. Ludwik to doskonały wspinacz z pięknymi i trudnymi przejściami, autor dróg tatrzańskich, Człowiek z fajnym usposobieniem i świetnymi historiami życiowymi.

Czy pani wspinaczkowe hobby pomaga w pracy policjantki?
- Tak. Choć nigdy nie przypuszczałam, że będę pracowała w policji. Skończyłam wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Rzeszowskim i chciałam uczyć dzieci. Jednak trudno było znaleźć zatrudnienie w wyuczonym zawodzie. Wtedy pojawiła się możliwość założenia munduru. Liczę, że gdy trzeba się będzie wykazać siłą lub szybkością, kolega lub koleżanka z patrolu będą mogli na mnie liczyć. Idealnie byłoby, gdyby wszyscy policjanci byli wysportowani. Wytrzymałość i kondycja przydają się w tym zawodzie, bo uczestniczymy na przykład w poszukiwaniach zaginionych osób, przeczesując teren. Nieważne, czy jest dzień, czy noc. Służba 12-godzinna często robi się 18-godzinną. To tak, jak w górach, kiedy pierwotne założenia dotyczące czasu przejścia często się nie sprawdzają.

Pani „dzieckiem" jest Klub Wspinaczkowy Trawers Krzeszowice.
- Założyłam klub pięć lat temu i jestem jego prezesem. Mamy około 70 członków, przy czym 20 to ludzie bardzo aktywni. Wszyscy się wspinamy, ale mamy w naszych szeregach osoby uprawiające także bieganie i nordic walking. W tym czasie organizowaliśmy spotkania z dziećmi i młodzieżą, popularyzujące wiedzę o lokalnych jaskiniach i kopalniach. Podczas wakacji odbywa się bieg EkoRacławka na dystansie 6 kilometrów. Dolina Racławki jest do tego idealnym miejscem. Kolejną naszą sztandarową imprezą jest piknik wspinaczkowy przy skałach w Dubiu. Po zmroku są podświetlone, więc niekiedy wspinamy się tam także w nocy. W ubiegłym roku, mimo pandemii, zarówno bieg, jak i piknik się odbyły.

Jakie macie plany na ten rok?
- Oczywiście chcemy zorganizować obie te imprezy. Bieg po raz trzeci i piąty piknik. Podjęliśmy też decyzję o wybudowaniu parku linowego nad skałą w Dubiu. Chcemy go otworzyć 1 maja. Dostępne tam będą dwie trasy. Nasi członkowie będą czuwać nad bezpieczeństwem i pomagać korzystającym. Do terminu zakończenia prac zostało nam tylko półtora miesiąca. Kupiliśmy liny i drewno. Działka jest gotowa pod inwestycję.

Rozumiem, że park linowy ma być formą popularyzacji wspinaczki w gminie Krzeszowice.
- Tak. To promocja aktywności na powietrzu, a przy okazji naszej gminy. Bardzo dobrze nam się współpracuje z burmistrzem i Urzędem Miejskim w Krzeszowicach. Świetnie dogaduję się też z sołtysem Dubia, gdzie trzy lata temu przeprowadziłam się z Krzeszowic. Jest tam rzeka, są skały, miejsce do grillowania, alejki spacerowe, geo-ogródek i plenerowa siłownia. Nasza Dolina Pstrąga to super miejsce. Zapraszam.

Archiwum Przełomu nr 11/2021