Nie masz konta? Zarejestruj się

Chrzanów

W zgodzie ze sobą na emeryturze

07.10.2022 15:00 | 5 komentarzy | 4 801 odsłony | Marek Oratowski

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Całe życie możemy i powinniśmy uczyć się czegoś nowego. Wiek ani związane z nim stereotypy nie powinny być w tym przeszkodą - mówi Barbara Babijczuk, świeżo upieczona emerytka, dotychczas dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Chrzanowie.

5
W zgodzie ze sobą na emeryturze
Barbara Babijczuk na tle zamku Neuschwanstein w Niemczech
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Marek Oratowski: Co się czuje w ostatnim dniu pracy? Ulgę czy jednak żal, że trzeba się rozstać ze współpracownikami i codziennymi obowiązkami?
Barbara Babijczuk: Przygotowywałam się do tego momentu stopniowo. Dojrzałam do niego, bo o tym, że przechodzę na emeryturę zdecydowałam w grudniu. Pewnie dlatego pożegnanie przebiegło bez wielkich emocji. Pandemia w jakiś sposób mi to ułatwiła. Ostatnio pracowałam hybrydowo. Trochę w urzędzie, trochę z domu. Dlatego nie było sytuacji, że z dnia na dzień nagle nie pojechałam do biura.

Czuję się spełniona. Osiągnęłam w życiu zawodowym wszystko, co mogłam na tym stanowisku. Powiatowy Urząd Pracy w Chrzanowie jest bardzo dobrze odbierany w ministerstwie, województwie i lokalnie. 18 lat temu zostając dyrektorem, postawiłam zmienić o nim opinię. Cieszą mnie zatem głosy, że pracownicy PUP są serdeczni, sympatyczni, pomocni.

Dlaczego zatrudniła się pani w pośrednictwie pracy?
- To był zupełny przypadek. Rok 1980. Weszłam do urzędu pracy i zapytałam, czy nie ma pracy. Bez żadnych znajomości. Pani przyjrzała mi się i powiedziała: praca jest, w naszym biurze. Byłam zdziwiona. Potem okazało się, że na tym stanowisku była duża rotacja pracowników, bo wynagrodzenie nie było zbyt atrakcyjne. Ja zostałam dłużej. Na początku zajmowałam się kontaktem z opieką społeczną i komisjami rozjemczymi oraz współpracowałam z sądem.
Biura pracy i urzędy pracy z prawdziwego zdarzenia powstawały dopiero później, gdy okazało się, że bezrobocie dotyczy także naszego kraju.

Reasumując, jestem przykładem osoby, która w taki naturalny sposób przeszła drogę od stażysty do dyrektora. Nigdy nie należałam do żadnej partii. Współpracowałam bezkonfliktowo z różnymi ludźmi, bez względu na to, jaka opcja rządziła, a za mojej kadencji zmieniło się sześciu starostów.
Co po 18 latach doświadczenia na kierowniczym stanowisku doradziłaby pani innym szefom?
- By nigdy się nie poddawali oraz podnosili kwalifikacje. Powinni też lubić ludzi oraz cieszyć się z tego, gdy komuś mogą pomóc.

Jakie są pani prognozy dla lokalnego rynku pracy odczuwającego pierwsze problemy związane z zamknięciem części gospodarki?
- Sytuacja na pewno się pogorszy, a część firm może upaść. Jednak, moim zdaniem, nasi pracodawcy odnajdą się w tej sytuacji i będą się potrafili przebranżowić. Polacy są narodem przedsiębiorczym, zaradnym i zapobiegliwym.

Jakieś nietypowe sytuacje z czasu pracy pozostaną w pani pamięci?
- Może ta, że przez pewien okres, może nawet jakieś pół roku, numer mojej komórki pomyłkowo figurował jako kontaktowy do urzędu. Ludzie byli zaskoczeni, że od razu łączą się z dyrektorem.

Czego najbardziej będzie teraz pani brakowało?
- Spotkań z ludźmi. Całe życie z nimi pracowałam. Przez 41 lat zatrudnienia w administracji było ich naprawdę wielu. Spotykałam się z pracodawcami, bezrobotnymi, osobami prowadzącymi ośrodki szkoleniowe. Kiedyś praca i te kontakty były w moim życiu zdecydowanie na pierwszym miejscu. Jednak od pewnego czasu starałam się dbać o to, by znaleźć też czas na realizowanie własnych planów i przyjemności.

Na przykład?
- Bardzo lubię zajęcia ruchowe. Obecnie także staram się przynajmniej pół godziny wygospodarować na dające odprężenie ćwiczenia. Niekiedy znajduję je na YouTubie. Od ośmiu lat ćwiczę też jogę. Ostatnio w domu, bo moje centrum treningowe przez pandemię zostało zamknięte.

Skąd sympatia do jogi?
- Namówiła mnie do jej uprawiania sąsiadka, twierdząc, że joga pomogła jej przeżyć trudne życiowe doświadczenie. Pomyślałam, że spróbuję. Mnie wyciszyła oraz wprowadziła harmonię ciała i ducha. W świecie pełnym informacji i zdarzeń nie jest o to łatwo. Teraz żyję w zgodzie z sobą i otoczeniem. Jestem sama, mąż zmarł osiem lat temu. Mam już dorosłych synów. Dlatego postanowiłam zadbać o siebie.

Oprócz uprawiania jogi zaczęłam też chodzić na ćwiczenia kręgosłupa oraz pilates. Uczyłam się angielskiego, a dokładniej przez sześć lat pogłębiałam to, czego nauczyłam się na studiach. Chcąc funkcjonować we współczesnym świecie powinniśmy znać przynajmniej jeden język obcy. W wieku 50 lat nauczyłam się pływać i systematycznie chodzić na basen. Uważam, że całe życie możemy i powinniśmy uczyć się czegoś nowego.

Wiek ani związane z nim stereotypy nie powinny być w tym przeszkodą. Dlatego też mając 52 lata robiłam jeszcze studia podyplomowe, jeżdżąc na zajęcia do Warszawy. Pracownikom i klientom powtarzałam, by nie pytali „po co mi to?", ale sami podejmowali nowe wyzwania. Dzięki takiemu podejściu zachowałam sprawność i dobry wygląd, więc jako emerytka chciałabym jeszcze wiele zrobić i przeżyć. Nie musi być to nic wielkiego, bo potrafię się cieszyć także z drobnych rzeczy. Jak choćby spaceru, bo bardzo lubię naturę.

Czym chciałaby się pani zajmować, mając teraz dużo wolnego czasu?
- Bardzo lubię podróże. Mam wiele znajomych koleżanek nauczycielek. Dlatego sporo wyjazdów po Europie zaliczyłam w ramach organizowanych przez nie wycieczek szkolnych. Na tej zasadzie zwiedziłam Skandynawię. W 2019 roku prawie co miesiąc byłam w podróży. To był szczególny rok. Zwiedziłam też Chiny.
Teraz plany wyjazdowe muszę zweryfikować. Marzyła mi się zawsze podróż do Ameryki Południowej. Jednak muszę z tym poczekać do lepszych czasów. Być może uda się w tym roku pojeździć trochę po ciekawych miejscach w Polsce? Właśnie się zaszczepiłam przeciwko koronawirusowi, żeby się jakoś zabezpieczyć i móc bezpieczniej podróżować.

„Nie jestem chyba typową kobietą, bo nie przywiązuję większej wagi do ciuszków i kosmetyków. Nie jestem też na bieżąco w plotkach i nowinkach, nie czytam kobiecych magazynów. Oczywiście staram się dbać o siebie, ale bez przesady. Zwracam uwagę na paznokcie i włosy, bo świadczą o elegancji każdej pani. Lubię dobre buty i dodatki, jednak moją największą słabością są czapeczki". Tak mówiła pani w wywiadzie dla „Przełomu" kilkanaście lat temu. Coś się od tego czasu zmieniło?
- Rzeczywiście miałam taki okres, kiedy tych czapeczek i kapeluszy kupowałam sporo. Dziś nie mam ich już tak dużo, bo zrobiłam porządek w szafie. Już nie gromadzę dużo rzeczy. Stałam się minimalistką.

Jest pani babcią.
- Tak. Mam pięcioro wnuków. Wcześniej sporadycznie się nimi zajmowałam. Czasem odbierałam je z przedszkola. Najmłodsza Marysia ma dwa i pół roku. Będę miała teraz dla niej więcej czasu.

Książki też są pewnie w pani życiu obecne.
- Bardzo dużo czytam. Przynajmniej jedną książkę tygodniowo. Większość wypożyczam. Anna Kasprzyk, prowadząca punkt biblioteczny w Luszowicach śmieje się, że jestem czytelnikiem podwyższającym jej średnią wypożyczeń. Zwłaszcza teraz w czasie epidemii jest dobry czas, by wrócić do systematycznego czytania. Jestem przykładem, że można to z powodzeniem zrobić. Moje ulubione gatunki to thrillery psychologiczne. Sięgam także po pozycje historyczne oraz współczesne, ale oparte na faktach. Ostatnio na przykład przeczytałam „Walkę kotów" Eduardo Mendozy. Akcja rozgrywa się w Hiszpanii przed drugą wojną światową. W tle jest kryminał oraz wątek malarski. Teraz czytam „Nagie ostrze" Davida Morrella. Nie lubię tylko czytać romansów. Bo książka nie może być płytka, musi czegoś uczyć.

Archiwum Przełomu nr 15/2021