Nie masz konta? Zarejestruj się

Do poczytania

Profesor od serca

18.04.2019 13:00 | 1 komentarz | 4 344 odsłony | Ewa Solak

Aleksander Żurakowski - ordynator kardiologii w Małopolskim Centrum Sercowo-Naczyniowym Polsko Amerykańskich Klinik Serca - z Katowic do pracy w Chrzanowie jeździ często na rowerze. Traktuje to jako trening i przyjemność. Kondycja się doktorowi przydaje, bo biorąc pod uwagę statystyki, śmiało można powiedzieć, że w ciągu 10 lat pracy na oddziale miał już pacjentów z każdej rodziny w naszym powiecie.

1
Profesor od serca
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Ewa Solak: Często pan jeździ z Katowic do pracy do Chrzanowa na rowerze? To przecież kawał drogi!

Aleksander Żurakowski: Jeżdżę, jak tylko pogoda na to pozwala, zwykle od marca do grudnia. Ale nie codziennie. Dwa, trzy razy w tygodniu. To tylko 42 km!

Tylko?!

- Dojazd do pracy samochodem zajmuje mi jakieś 35 minut, na rowerze jadę półtorej godziny. Traktuję to jak trening i przyjemność. Lubię jeździć na rowerze, w ogóle lubię sport, więc godzę przyjemne z pożytecznym.
Pewnie jako kardiolog w ogóle prowadzi pan bardzo zdrowy tryb życia.
- A nie, bez przesady. Owszem, nie jem na co dzień strasznie tłustych dań czy dużej ilości słodyczy, ale od czasu do czasu na wszystko sobie pozwalam.

Bał się pan kiedyś o własne serce?
- Nie. Nie mam objawów wskazujących na to, żeby się o nie bać. Znam jednak ludzi, prowadzących bardzo zdrowy tryb życia, którym nie pomogło to ustrzec się przed zawałem. Dostali go, bo mieli genetyczne predyspozycje.

Zawsze chciał pan być kardiologiem?
- Nie. Mam ścisły umysł. Zawsze byłem dobry z matematyki, fizyki. Interesowałem się też biologią i jaki dziecko bardzo chciałem leczyć zwierzęta. Rodzice jednak przekonali mnie, że lepiej by było, żebym leczył ludzi. Mieli duże ambicje w stosunku do mnie, jak i mojej siostry. Siostra ostatecznie została prawnikiem. Ja wybrałem kardiologię, ale nie powiem, że były to łatwe studia. Dziś wspominam je jako czas wyrwany z życiorysu i mocno nakierowany na intensywną naukę.

Ale warto było.
- No tak, bo robię to, co lubię. Początkowo chciałem studiować chirurgię. Byłem też na kardiochirurgii, ale to kierunki ograniczające samodzielność w zawodzie. Wybrałem więc kardiologię.

Rodzice są chyba dumni?
- Tak myślę. Jestem pierwszym lekarzem w naszej rodzinie. Wychowałem się w czasach, gdy zawody prawnika i lekarza miały znaczenie ambicjonalne. Zarobki kiepskie. Wiele osób żartowało nawet, że lekarz zarabia sto złotych więcej niż salowa. Na szczęście to się dziś zmieniło.

Tylko że lekarzy brakuje.
- Bo ci zarabiający więcej nie pracują już w kilku miejscach naraz. Kiedyś, chcąc sobie zapewnić wysoki standard życia, brali godziny w wielu placówkach zdrowia. Obecnie wielu lekarzy tego już nie robi. Stąd problemy kadrowe wielu ośrodków.

W Chrzanowie spędza pan chyba więcej czasu niż w domu?
- No tak, zdecydowanie. Miejsce pracy dla wielu osób staje się drugim domem. Bywa, że w ciągu miesiąca pracuję po 400 godzin, ale zachowałem jeszcze trochę zdrowego rozsądku i staram się nie przesadzać.

Wychował się pan na Śląsku, tam pan mieszka. Mówi pan śląską gwarą?
- Nie mówię gwarą, bo moi rodzice nie pochodzili ze Śląska, w szkole gwarą się nie mówiło. W Gliwicach, gdzie wcześniej mieszkałem na jednym z blokowisk, nie było rodowitych Ślązaków. To wcześniej było miasto niemieckie, do którego po wojnie napływali ludzie z całej Polski.

Do Chrzanowa trafił pan z katowickiej kliniki. Jak to się stało?
- Jeszcze na studiach poznałem prof. dr hab. n. med. Pawła Buszmana, obecnego szefa PAKS. Był moim mentorem, mobilizował do działania. Kiedy skończyłem studia, przez pół roku nie mogłem znaleźć pracy. Wróciłem więc na Akademię Medyczną w Katowicach i zdecydowałem, że zrobię doktorat. Prowadziłem zajęcia ze studentami, a jednocześnie byłem lekarzem - wolontariuszem w Klinice Kardiologicznej w Katowicach-Ochojcu. Trwało to wszystko jakieś pięć lat. W tym czasie Polsko-Amerykańskie Kliniki Serca uruchomiły centrum w Chrzanowie. Ich współzałożyciel, prof. P. Buszman, zaproponował mi tutaj pracę.

I leczy pan tu ludzkie serca od dziesięciu lat. Można powiedzieć, że miał pan już pacjentów z każdej rodzinie w naszym powiecie.
- Biorąc pod uwagę statystyki, to tak. Rocznie w chrzanowskim oddziale PAKS przyjmujemy średnio 1500 osób.

Jaka jest rola kardiologa na oddziale w PAKS?
- Naszym zadaniem jest jak najszybciej pomóc. Nie przeprowadzamy operacji na otwartym sercu. Działamy mniej inwazyjnie, przez małe nakłucie naczynia krwionośnego i poprzez światło tętnicy dochodzimy do naczyń serca, co jest zabiegiem mało uciążliwym i bezbolesnym. To wszystko trwa stosunkowo krótko, dlatego wielu pacjentów wychodzi stąd, nie mając poczucia przebytej choroby. Oczywiście zdarzają się czasem komplikacje, zdarza się nawet śmierć. Lekarze zabiegowi pracują więc w permanentnym stresie.

Ile lat miał pana najmłodszy pacjent?
- Około dwudziestu, po zawale. Najstarsza osoba, jaka przeszła u nas zabieg, była po dziewięćdziesiątce. Kiedyś wiek często dyskwalifikował pacjenta do takiej operacji, ale dziś mamy możliwość leczenia także sędziwych osób. Oczywiście, jeśli ogólny stan ich zdrowia jest dobry.

Mężczyznom ponoć serca szybciej się psują.
- U mężczyzn zmiany w sercu pojawiają się zazwyczaj po 40. roku życia. Większość naszych pacjentów jest jednak dużo starszych. Najwięcej mamy osób po 60. roku życia. Kobiety problemy z sercem najczęściej zaczynają mieć po menopauzie.
Medycyna stale się rozwija, ale maksymalna długość życia ludzkiego nie została wydłużona. Zmniejszyło się tylko ryzyko śmierci przedwczesnej - czyli zgonu przed osiągnięciem biologicznie zaprogramowanej długości życia. W końcu jednak i tak kiedyś musimy na coś umrzeć.

Statystyki umieralności osób po zawałach mówią, że w ciągu roku umiera co dziesiąta osoba.

- Nie każdy ma świadomość, że zawał to poważna choroba i że bardzo wiele po jej przebyciu zależy od pacjenta. Od podejścia do życia począwszy, do rehabilitacji po zawale; od dbałości o dietę, ruch... I od wielu innych czynników, także genetycznych. Ale mam pacjentów, którzy 15 lat po zawale cieszą się bardzo dobrym zdrowiem.

Ostatnio dużo mówi się o smogu. Ma wpływ na serce?
- Ogromny! Przenika przecież do organizmu, degradując nie tylko płuca. Zimą mamy zdecydowanie więcej pacjentów z zawałami serca.

Zdarza się, że operuje pan nawet dziesięć osób dziennie. Nie ma pan czasem dość?
- Każdy przypadek jest inny. Towarzyszący nam stres czasem przytłacza, ale jak dotąd nie pomyślałem nawet, żeby robić w życiu coś innego.

A jakie są pana pozazawodowe pasje?
- Jak mam urlop, podróżujemy z rodziną w różne strony, ale ja zawsze wybieram aktywny relaks. Zimą narty, a latem kitesurfing, czyli surfowanie na desce wyposażonej w latawiec. Oczywiście także rower.

A w domu? Gotuje pan? Kosi trawę w ogródku?
- Zdecydowanie wolę prace ogródkowe. Gotowaniem zajmuje się żona. Ja coś tam oczywiście potrafię przyrządzić, ale nie jest to moja pasja. Na wszystko mam bardzo mało czasu, więc nawet książek już nie czytam, tylko odsłuchuję audiobooki w drodze do pracy lub z powrotem.

Pana żona jest stomatologiem, pan kardiologiem. Chciałby pan, żeby dzieci poszły w wasze ślady i kontynuowały lekarskie tradycje?
- Córka ma 20 lat i studiuje stomatologię, więc już wybrała zawód z rodzinną tradycją. Syn ma lat 9 i na razie twierdzi, że będzie pisał programy gier komputerowych. Nie chcemy im niczego narzucać.

Od jakiegoś czasu współpracuje pan z Akademią Frycza Modrzewskiego w Krakowie, gdzie uzyskał pan tytuł profesora.
- Jestem profesorem uczelnianym. Współpraca z Akademią zaowocowała tym, że studenci będą się szkolić u nas, w Chrzanowie, i tu przyjeżdżać na zajęcia.

Ma pan jakieś marzenia, plany?
- Ja nie jestem marzycielem. Realnie patrzę na życie, ale mój plan na przyszłość to mniej pracować, a więcej czasu poświęcać na pasje.

Wyobraża pan sobie siebie na emeryturze?
- Nie. Wielu lekarzy mimo wieku emerytalnego nadal wykonuje zawód. Z jednej strony jest to pasja, a z drugiej proza życia. Chcąc żyć godnie, muszą dorabiać. Ale abstrahując od tego, sądzę, że nawet, gdy przejdę na emeryturę, to nadal będę pracował, jeśli tylko zdrowie mi na to pozwoli.

 

CV

 

Prof. nadzw. dr hab. n. med. Aleksander Żurakowski ma 47 lat.

Od dziesięciu jest ordynatorem oddziału kardiologii w Małopolskim Centrum Sercowo-Naczyniowym Polsko-Amerykańskich Klinik Serca w Chrzanowie. Zajmuje się m.in. interwencyjnym leczeniem zespołów wieńcowych (zawału serca, niestabilnej choroby wieńcowej), koronarografią, diagnostyką choroby wieńcowej. Przeprowadza zabiegi angioplastyki wieńcowej z implantacją stentów, diagnostykę zaburzeń rytmu serca. Ma żonę i dwójkę dzieci.

 

Ludzie:

 Aleksander Żurakowski

Aleksander Żurakowski


Ordynator oddziału kardiologii w Małopolskim Centrum Sercowo-Naczyniowym Polsko-Amerykańskich Klinik Serca w Chrzanowie.