Marek Oratowski: Do Francji miał pan pojechać tylko na miesiąc. Został pan na stałe.
Jerzy Dybaś: W lipcu 1982 r. jako student romanistyki UJ wyjechałem do Paryża w towarzystwie kilku kolegów i koleżanek na stypendium ufundowane przez rząd francuski. Wysłano nas do Grenoble – malowniczego miasta w Alpach francuskich. Uczestniczyliśmy tam w zajęciach z literatury i cywilizacji francuskiej na Uniwersytecie Stendhala. Od ósmej klasy szkoły podstawowej, ucząc się języka francuskiego, marzyłem o studiach we Francji. Udało mi się nawet, będąc uczniem trzeciej klasy I LO w Chrzanowie, w maju 1978 roku zostać finalistą I Olimpiady Języka Francuskiego na UW.
To musiała być trudna decyzja, żeby przeciąć więzy z krajem i rodziną.
Sytuacja była trudna, ale nie dramatyczna, gdyż moje kontakty z rodziną nie zostały przerwane po podjęciu decyzji o pozostaniu we Francji. Po długim oczekiwaniu na połączenie mogłem rozmawiać telefonicznie z bliskimi. Rodzina otrzymywała zezwolenie od władz PRL na wyjazdy do Francji.
Otrzymywałem też listy po miesiącu od ich nadania i zawsze miały stempel „ocenzurowano”. Miałem 23 lata, traktowałem to jako wielką przygodę życiową i edukacyjną. Kierowały mną ambicje dogłębnego poznania innych kultur, mentalności oraz języków obcych, nie tylko francuskiego.
Jak wyglądała ich realizacja?
Już jesienią 1982 r. zapisałem się na romanistykę, a rok później także na prawo na wydziale nauk społecznych Uniwersytetu Pierre Mendès-France w Grenoble. Niestety pod koniec lutego 1985 r. miałem wypadek. Doznałem otwartego złamania przedramienia. Dopiero po 18 miesiącach zdjęto mi chirurgicznie metalową szynę. Zrezygnowałem wtedy z obu kierunków studiów i podjąłem pracę w firmie ochroniarskiej. Przez 13 lat pracowałem w różnych zawodach, najczęściej w ochronie banków i marketów, jak również w zawodach budowlanych, a nawet jako robotnik rolny w prowincji Québec w Kanadzie. Ze swoich planów nie chciałem jednak rezygnować. Studiując z nieporównywalnie większym poświeceniem niż na UJ i pracując, ukończyłem w 1993 roku prawniczo-ekonomiczne odpłatne studia z zakresu zarządzania budownictwem mieszkaniowym i przemysłowym Instytutu ICH w Paryżu. Wejście na trwałe w środowisko zarządców nieruchomości było trudne. Nawet dla rodowitych Francuzów.
To nie był koniec pańskiej edukacji.
Potem ukończyłem dodatkowo romanistykę, a później prawniczo-ekonomiczną specjalizację rusycystyki, dzięki współpracy i przyznania mi dwóch promotorów. Jednym był profesor filologii rosyjskiej, drugim profesor ekonomii, specjalista przemian w postkomunistycznej Rosji. Na co dzień spotykałem się z doktorantami ekonomistami z krajów byłego ZSRR. Przez semestr byłem lektorem francuskiego języka specjalistycznego w dzisiejszej Akademii Polonijnej. Później wyjechałem na stypendium przyznane mi przez Boston College w Stanach Zjednoczonych. Przez dwa lata, od 2004 do 2006 roku, byłem tam lektorem języka francuskiego. Przy tej okazji uzyskałem stopień Master of Arts Boston College.
Do dziś pracuje pan we Francji jako tłumacz przysięgły.
Tak. Zacząłem w 1998 roku i prowadzę tę działalność do dziś. Wpisany jestem na listy tłumaczy języka polskiego i rosyjskiego. Pracuję dla sądów, żandarmerii i policji. Podejmuję się najczęściej spraw karnych i cywilnych i rodzinnych. Tłumaczę zarówno ustnie, jak i pisemnie.
Rozumiem, że gdy Polacy we Francji wpadali w tarapaty, to im pan pomagał. W jakich najciekawszych sprawach brał pan udział?
W czerwcu 2018 r. Sąd Apelacyjny w Grenoble powierzył mi sprawę dotyczącą wielkiej francuskiej firmy transportowej „Norbert Dentressangle”, zatrudniającej kierowców z Polski, Rumunii i Portugalii. Badano nadużycia wobec pracowników. Wiedziałem, że pojawi się wiele terminów technicznych i dotyczących zarządzania, księgowości i polityki rozwoju holdingu i technicznego wyposażenia taboru. Sala rozpraw była pełna - około sto osób, w tym kilkunastu polskich kierowców, adwokatów i przedstawicieli firm ubezpieczeniowych. Praca była wyczerpująca, a presja ogromna. Zapamiętałem również, na początku mojej kariery, zlecenie z 2002 roku. Uczestniczyłem w negocjacjach w Lyonie między polską rodzinną firmą z Gołdapi produkującą koperty a europejskim potentatem z tej branży. Negocjacje trwały dwa dni, ale polska strona odmówiła przyjęcia proponowanych warunków. Pomogła mi w tym przypadku znajomość terminologii biznesowej ze studiów prawniczo-ekonomicznych i dostarczone, na moją prośbę, dokumentacje techniczne firm.
Czyli jest pan typem perfekcjonisty.
Tak, ale trzeba za to ponosić wysoką cenę, bywa to niezwykle wyczerpujące fizycznie i psychicznie ze względu na odpowiedzialność za kapitały, inwestycje i stanowiska pracy dla setek pracowników. No i własną reputację. Tu nie ma miejsca dla tłumaczy amatorów. Znajomość nie tyle słówek, co konceptów, rozumienie specjalistycznych pojęć i fachowej terminologii, a nawet żargonu używanego w danej specjalności są tu kluczowe.
Pamiętam również, jak publiczna instytucja pomocy w sprawach rodzinnych poprosiła mnie w czerwcu 2023 roku o bezpłatną pomoc w szpitalu przy okazji kompleksowego leczenia i licznych zabiegów medycznych młodej Ukrainki. Od wieczora do północy powtarzałem rosyjską terminologię medyczną w rosyjskiej literaturze fachowej, dotyczącą wszelkich etapów procedur medycznych w tym zakresie. Następnego dnia rano mieliśmy spotkania i wywiady z wieloma lekarzami. Inna sprawa z ubiegłego roku to sprawozdanie profesora medycyny, opisującego ustnie opis zabiegu chirurgicznego poszkodowanego, poważnie ranionego z broni palnej. Udało mi się cudem wyprosić francuskie dokumenty przebiegu operacji do tłumaczenia w dniu następnym na język rosyjski. Jeszcze bardziej jednak wymagającą psychicznie była sprawa dwukrotnego porwania i uprowadzenia dziecka za granicę.
Gdzie i jak do tego doszło?
W 2018 i 2019 roku Francuz uprowadził dwukrotnie z Polski, w Krakowie, 5-letniego syna swojej byłej żony Polki. Z pomocą wspólnika wywiózł chłopca do Francji. O pomoc tłumacza poprosił mnie wówczas pilnie redaktor TVN w Krakowie Robert Socha. Przygotowywał bogaty materiał dla programu "Superwizjer", zatytułowany „Dla dobra dziecka”. Został wyemitowany w maju 2019 roku przez TVN 24. Ojciec dziecka nie chciał rozmawiać z ekipą telewizyjną ani wpuścić jej na teren swojej willi. Dziennikarze nie mogli też otrzymać zgody na wejście ze sprzętem filmowym na kilka godzin przed rozprawą sądową. Sprawa była niezwykle traumatyczna dla matki dziecka.
Obecnie zajmuję się głównie sprawami, które są wszczynane przez instytucje państwowe. Wiosną, po przeszło trzech miesiącach pracy, ukończyłem na przykład tłumaczenie z języka polskiego na francuski 450 stron dokumentów w ramach europejskiego nakazu dochodzeniowego.
Nie myśli pan o powrocie do rodzinnego Chrzanowa?
Mieszkam już w Chrzanowie. Do przewiezienia pozostaje mi jednak ponad półtora tysiąca fachowych książek i wiele innych rzeczy, sprzętu informatycznego i uregulowania rozlicznych spraw urzędowych.
Jak pan postrzega rodzinne miasto?
Widzę od wielu lat, jak Chrzanów się zmienił – wzrósł poziom edukacji mieszkańców i ich profesjonalizmu w wielu dziedzinach. Jest czysto, spokojnie, z usługami na najwyższym poziomie. Nie mamy się czego wstydzić w porównaniu do najbardziej rozwiniętych krajów UE.
Proszę na koniec zdradzić swoje marzenia.
Chciałbym móc wnieść wiele od siebie dla społeczności Chrzanowa. Jeśli moje doświadczenie i umiejętności mogłyby się przydać, będę gotów przyczynić się w moim skromnym zakresie do promocji Chrzanowa i jego wizerunku. Zarówno w Polsce, jak i za granicą. Nie tylko we Francji.
Archiwum Przełomu nr 38/2025
Klucz francuski 19:50, 29.04.2026
Czy pił wódkę z Jeanen Paulem Belmondo?
Francois21:51, 29.04.2026
Wspaniała osoba, dobrze, że pan wraca!
Bążur22:48, 29.04.2026
Człowieku tu nie ma do czego wracać, chyba że na Kościelec, mamy już chodnik.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
Nowy skatepark i pumptrack coraz bliżej. Mieszkańcy nie
Super!!!
User11116783
21:29, 2026-07-05
Piłkarski alarm. Czas na plan ratunkowy
Na co Wam w klubach "finansowanie z centrali"? Żeby płacić kafla wzwyż miesięcznie za granie starych repów i rozpuszczonej gwiazdorskiej młodzieży na ostatnich 2 szczeblach rozgrywkowych? 🤣 Młodzież nie pali się do piłki, nawet jak jest uzdolniona, mają inne "zajęcia" nie mi to oceniać. Kluby przez wiele lat też mają swoje na sumieniu że zamiast dawać szansę własnej zdolnej czasem młodzieży w seniorach to woleli grać składem z podkrakowskich ligowych ogranych chłopów po 30tce odcinających kupony w wioskowych (dla nich) klubikach
K
21:08, 2026-07-05
Jagodowa uczta i noc pełna atrakcji! Tak wygląda biesia
Dorynek, bzdury piszesz, bo jedno wyklucza drugie. Na tej zasadzie sołectwem mogą być np. Stawiska
nickt
20:49, 2026-07-05
Groźny wypadek w Chrzanowie. Trzy osoby trafiły do szpi
Światła są i pewnie od Borowcowej pod most ktoś wymusił. Choć zdarza się pewnie, że i na czerwonym już wjeżdża ktoś na skrzyżowanie.
Nela
19:44, 2026-07-05