Nie masz konta? Zarejestruj się

Chrzanów

Genealogia to nie tylko pasja. To nałóg!

20.04.2022 14:00 | 0 komentarzy | 1 885 odsłona | Tadeusz Jachnicki

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Z Janiną Fickowską z Chrzanowa, która budując drzewo genealogiczne swojej rodziny dotarła do przodków z XV wieku, rozmawia Tadeusz Jachnicki.

0
Genealogia to nie tylko pasja. To nałóg!
Janina Fickowska
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Tadeusz Jachnicki: Budowanie drzewa genealogicznego to żmudna i czasochłonna praca. Co sprawiło, że pani się na nią zdecydowała?
Janina Fickowska: Miałam 14 lat, gdy otrzymałam stare, pożółkłe kartki maszynopisu z imionami, nazwiskami, datami urodzin i śmierci przodków mojego dziadka po mieczu Edmunda Fickowskiego. Był 1985 rok. Chciałam się dowiedzieć, kim byli moi przodkowie, czym się zajmowali, ile mieli dzieci, gdzie mieszkali...

Dzisiaj jest internet, poszukiwania nie są łatwe, ale na pewno dużo łatwiejsze niż 36 lat temu.
- O tak, by zdobyć jakiekolwiek dane musiałam pisać i wysyłać wiele listów do parafii, archiwów i USC w całej Polsce. Niektóre pozostawały bez odpowiedzi, w innych otrzymywałam spisane ręcznie dane z ksiąg parafialnych. Miałam białe plamy w drzewie, nie wiedziałam, jak pociągnąć swoje gałęzie dalej.
Informacje o pradziadkach znajdowałam także na nagrobkach. Jeździłam po cmentarzach, szukałam, robiłam zdjęcia i wiele notatek.
W ten sposób, małymi kroczkami, udawało mi się dotrzeć do następnych pokoleń. Każdy przesłany przez archiwum akt, każde zdjęcie od rodziny, każdy dokument, świadectwo było dla mnie skarbem. I jest do dzisiaj. Jeżeli uda mi się zobaczyć w księgach parafialnych jakąkolwiek wzmiankę o którymś z przodków, podpis któregoś z dziadków naniesiony własnoręcznie w XIX czy XVIII wieku, to tak jakbym dostała piękny i wartościowy prezent!
Pisałam listy do rodziny, do ciotek, wujków z prośbą o jakiekolwiek informacje, zdjęcia czy skany aktów. Czasami okazywało się, że ktoś już próbował spisywać swoją gałąź i mógł mi przekazać informacje o np. rodzeństwie przodków.

Bałaszkiewicz Julian ur. 29.03.1843 r.

I nadeszła era komputerów i internetu.
- Zaczęły się piękne czasy. Mój pierwszy program genealogiczny pokazał, że moje drzewo jest już naprawdę duże. Tak wtedy myślałam. To było na początku XXI wieku. Miałam ustalone sześć pokoleń wstecz. Prowadziłam i prowadzę też kartoteki. W 2003 roku niestety straciłam całą bazę danych w trakcie awarii komputera. Na szczęście zdołałam ją odtworzyć z moich zapisków.
W marcu 2007 roku trafiłam na forum genealodzy.pl. Spotkałam tam wspaniałych ludzi tak samo zakręconych poszukiwaniami jak ja. Dowiedziałam się, że mogę odkrywać przodków także na wielu stronach internetowych i w innych bazach danych. Mogę też pomagać w szukaniu przodków innym, porównywać drzewa czy indeksować parafie, by były dostępne w internecie dla następnych poszukujących swoich korzeni.

Praca nad drzewem genealogicznym wymaga dużo cierpliwości, analiz, czasu.
- Genealogia jako nauka o naszym rodowodzie powinna być obiektywna i dotyczyć przede wszystkim udokumentowanych informacji. Spisywanie historii oderwanej od rzeczywistości z wyidealizowanym obrazem przodków jest pozbawione sensu. W każdej rodzinie znajdą się przecież czarne owce. Sama w moim drzewie mam parę takich osób, m.in. 3xprababkę, która wzięła ślub z moim 3xpradziadkiem mając już męża. Małżeństwo to decyzją Sądu Metropolitarnego w Warszawie w 1842 zostało rozwiązane. Mieli potem jeszcze ośmioro dzieci - notabene bez ślubu.

Największe zaskoczenie związane z poszukiwaniami?
- Było wiele takich momentów, bo i osób w drzewie jest już sporo, a chyba właśnie ta historia babki Marceliny Ostaszewskiej, gdy się dowiedziałam, że przed związkiem z dziadkiem miała już ślub z ewangelikiem.

Jak pani wspomniała, mamy tendencje, by rodzinę idealizować. Tymczasem i my, i nasi przodkowie czasem mamy coś na sumieniu. Jak się człowiek czuje, gdy się o tym dowiaduje?
- Zawsze reaguję na to w sposób, który może się wydać dziwny. Jestem zachwycona, że coś udało mi się odkryć, ustalić. Bez względu na to, czy to informacja dobrze czy źle świadcząca o przodku. Czyjeś przewinienia to dla mnie żaden wstyd. Wiem, że niektórzy usiłują zatajać złą sławę przodków. Sama słyszałam, że o pewnych tajemnicach rodzinnych nie powinno się mówić. Ale niby dlaczego? Taki problem, jeśli się pojawia, dotyczy na szczęście bliższych przodków. Gdy odgrzebujemy historię dalszych, nie wywołuje ona już takich emocji.

Można mieć pewność, że ta czy tamta osoba jest faktycznie naszym przodkiem?
- Nie można jej mieć dopóki nie potwierdzi się takiej informacji dwoma, trzema aktami.
Wiem, że przede mną jeszcze dużo poszukiwań, wiele odkrywania nowych dziadków i babć.

Jednak sporo już udało się pani ustalić.
- Udało mi się odnaleźć wszystkich moich przodków do 5xpradziadków, a niektóre linie wywieść nawet do XV wieku. Najstarsza data, którą mam w drzewie, to 1415 rok. Urodzenie mojego 18xpradziadka po mieczu Mikołaja Krzyżanowskiego herbu Świnka, ustalone na podstawie ksiąg ziemskich i grodzkich zgromadzonych w Tekach Dworzaczka. To tak jakbym przeniosła się do czasów Bitwy pod Grunwaldem. To 20 pokolenie. Mam ustalonego jeszcze ojca tej osoby, ale tutaj pewnych informacji, potwierdzeń, mi brakuje, więc jeszcze nie jest oficjalnie umieszczony w drzewie.

Zapytam jeszcze o to mnożenie pradziadków, prababek. W jaki sposób przekładamy to na pokolenia?
- Pierwsze pokolenie to rodzice, kolejne to dziadkowe, a później pradziadkowie. Czwarte pokolenie to mój prapradziadek. Innymi słowy czwarte pokolenie to 2xpradziadkowie. 5xpradziadkowie to siódme pokolenie. Do cyfry czy liczby przed pradziadkiem dodajemy więc dwa i wiemy, które to pokolenie.

Ilu przodków udało się pani odkryć?
- Mój wywód zawiera ponad 300 osób, a drzewo genealogiczne rodziny rozrosło się do prawie dwóch tysięcy osób. Są w nim oprócz Polaków: Niemcy, Austriacy, Węgrzy, Litwini czy Rosjanie. Są katolicy i ewangelicy. Komornicy, zagrodnicy, karczmarze, włościanie, oberżyści, karbowi, ekonomowie, ale też szlachta zubożała, zagrodowa czy właściciele dworów, a nawet całych wsi. Choć przyznam, że nigdy nie szukałam pod kątem korzeni szlacheckich. Wiem, dzisiaj jest taka nowobogacka moda, ale nie zajmowało mnie to. Przez przypadek znalazłam najpierw Adama Kononowicza, a później potoczyło się trochę w tym kierunku.

Genealogia to...
- Poznawanie przodków, którzy odeszli, ale nadal w nas żyją. Nie polega na odnotowywaniu dat i powiązań z innymi. Jest to raczej próba zrozumienia ich życia, postępowania czy podejmowanych przez nich decyzji. Gdyby ich nie było, nie byłoby nas. Genealogia to nie tylko pasja. To nałóg!

148 lat temu, 22 stycznia 1873 roku, w Parafii Końskie - Stadnicka Wola, te obrączki założyli na palce prapradziadkowie Janiny Fickowskiej: Julian Bałaszkiewicz ur. w 1843 r. oraz Antonina Zacharska ur. w 1853 r. Oboje pochowani są razem na cmentarzu Bródnowskim w Warszawie. - To jedna z piękniejszych pamiątek rodzinnych w moich rękach - mówi Janina Fickowska.

 

Genealogia to nie jest jedyna pani pasja. Szydełkowanie, budowanie miniatur mieszkań, robienie zakładek do książek, wycieczki rowerowe... Skąd ich tyle?
- Tak, i jeszcze różne rysunki, mandale. Chyba największą, trwającą już wiele lat, jest gromadzenie lalek Mattel. To takie Barbie z lat 50., 60, góra 80. XX wieku. Mam ich ponad 365 w domu. To egzemplarze kolekcjonerskie zdobywane na giełdach i innych zaskakujących miejscach. Muszą być w oryginalnych ciuszkach. To zupełnie coś innego niż to, co znamy dzisiaj ze sklepów. To była pasja równa genealogii. Teraz nieco przystopowałam, bo nie mam ich już gdzie gromadzić. A skąd tyle pasji? Nie wiem, podobno Wodniki tak mają.

Czytaj również