Pan Kazimierz ma większość pamiątek z podróży, w tym bilet z jubileuszowego rejsu LOT-u. Swoje prywatne biuro prowadzi w piwnicy domu. - To moje królestwo - mówi.
Piasek z wybrzeży Tobruku, muszle, skorupę żółwia, setki zdjęć - a przede wszystkim wspomnień - przechowuje do dziś. Mając 34 lata wyjechał na kontrakt do Libii. Był tam dwukrotnie. Dorobił się dużych pieniędzy. Ale na długi czas stracił kontakt z rodziną. Dziś Kazimierz Ludwikowski jest radnym i sołtysem Piły Kościeleckiej. O pobycie w Afryce mógłby opowiadać godzinami. To była największa przygoda jego życia
Anna Jarguz: Był 1977 rok. O wyjeździe na zagraniczny kontrakt w tamtych czasach marzyło wielu. Panu się to udało.
Kazimierz Ludwikowski: - Wiedziałem, ile potrafią u nas zarobić kierownicy, dyrektorzy. Sam ukończyłem szkołę zawodową w Fabloku, uzyskując zawód ślusarz, tokarz i spawacz oraz roczny kurs na Wojewódzkim Uniwersytecie Robotniczym w Katowicach. Dobrze znałem się na robocie. Byłem fachowcem. Nie zazdrościłem więc innym, tylko kombinowałem, co zrobić, żeby też zarabiać więcej. Zaczęła mnie interesować możliwość pracy w Afryce. Pracowałem wtedy w Przedsiębiorstwie - Rejon Budowy Dróg i Mostów. To była duża firma, ale nie miała możliwości zawierania kontraktów zagranicznych. Pomogli przełożeni, głównie dyrektor Bronisław Adamczyk. To on podpisał podanie o oddelegowanie mnie do pracy w Libii. Wyjechałem jako pracownik firmy Budimex.
Rodzina była zachwycona? Kontrakt oznaczał przynajmniej roczną rozłąkę.
- Dużo wcześniej omówiłem to z żoną. Zgodziła się przejąć wszystkie obowiązki. Rozmawiałem też z tatą, który był wtedy na łożu śmierci. Powiedział: "synu, jedź, bo podobno w pół roku można tam zarobić na dobre auto". A dzieci? One były małe. Wiedziały tylko, że jadę tam, gdzie rosną pomarańcze. U nas, cytrusy były wtedy prawie nie do zdobycia.
Wsiadł pan do samolotu i ...
- Dokładnie pamiętam ten dzień. Był 14 września 1977 roku,
godz. 14.00. Na lotnisku czekał Ił 62 o nazwie Henryk Sienkiewicz. To był mój pierwszy lot w życiu. O 17.45 wylądowałem w Bengazi, stolicy Cyrenajki. I poczułem żar. Początkowo pomyślałem, że to z silników, ale gdy zszedłem na płytę lotniska, było jeszcze gorzej. Dopiero z czasem przyzwyczaiłem się do gorąca.
Miał pan jakiś sposób na upał?
- Nie pić gorzałki. Od tego niejeden tam umarł.
Praca z dala od domu, gdzie większość załogi to mężczyźni... Nie wierzę, że nie było alkoholu.
- Sam nawet pędziłem bimber. Na kontrakcie jak w wojsku. Młodzi byli traktowani jak koty. Starszyzna mówiła: "młody, chodź tu, będziesz pędził bimber". Za jakieś dwa tygodnie zdawałem z tego koleżeński egzamin i dostałem nawet certyfikat. Niejednemu załatwiłem flaszeczkę. Wiedziałem, że jeśli już pić, to troszeczkę. Ja po pracy wolałem chodzić na fuchy. Już dawno nauczyłem się, że nie ma co zadzierać nosa, lepiej komuś coś pomóc, załatwić, bo to procentuje. I wielu mnie lubiło. W ciągu pół roku biegle nauczyłem się języka. Nieraz oprowadzałem młodych kolegów po mieście jako tłumacz. Samoloty kursowały tylko co środę. Co tydzień byliśmy z chłopakami na lotnisku i handlowaliśmy ze stewardesami. W Libii nie ma wieprzowiny. One przywoziły nam konserwy, wędliny, od nas dostawały olej i dolary. Dużo się wtedy działo. Na ten samochód, o którym mówił ojciec, zarobiłem w trzy miesiące.
Pewnie apetyt rósł w miarę jedzenia?
- Oj tak. Zarabialiśmy naprawdę dobre pieniądze. Moja pensja wynosiła 500 dolarów miesięcznie. W Polsce dostawało się wtedy 20-25 dolarów. Dolar kosztował 120 zł. Do kraju przywiozłem 10 tys. dolarów. Wtedy to był majątek. Jeden z kolegów napisał książkę i znalazło się tam takie zdanie: "pracujący tu ludzie kontrakt traktowali, jakby im się udało złapać Pana Boga za nogi". Wiele w tym prawdy.
Coś za coś. Dorobił się pan fortuny, ale w sumie na parę lat stracił kontakt z bliskimi.
- To było najtrudniejsze. Nie było internetu, dostępu do telefonu, jak dziś. Kobiety do 35. roku życia nie mogły do nas przyjeżdżać. Nigdy nie dostałem zgody na odwiedziny żony. Zresztą, nawet bym się bał ją tam sprowadzić. Gdy Arab widział białą kobietę, do tego o blond włosach, robił wszystko, by ją chociaż dotknąć. Kontaktowaliśmy się więc listownie, a listy z reguły przychodziły z opóźnieniem. Gdy zmarł mój tata, nie byłem na pogrzebie. Zresztą, zarezerwowanie lotu do Polski bez wyprzedzenia było niemożliwe. W pracy tak dużo się działo, że raz zapomniałem zabukować bilet na święta Bożego Narodzenia w 1978 roku. Kolejny lot miałem 10 stycznia. Leciałem iłem 62 o nazwie Kazimierz Pułaski. W samolocie białych było kilku. Pasażerami byli głównie Arabowie. Lecieli do nas, żeby się napić, zabawić z dziewczynami, potańczyć. Jak mówili, gdy Allah śpi, to nie widzi. I wtedy miałem przygodę. Podchodzi do mnie stewardesa i wręcza dyplom. Okazało się, że jestem pasażerem jubileuszowego lotu. Dostałem też radio. Do dziś stoi na półce. Gdy wylądowałem w Warszawie, była zima stulecia. Miałem ze sobą jakieś 120 kilogramów bagażu. Dotrzeć do Piły Kościeleckiej nie było łatwo. Z Katowic jechałem taksówką. Na miejsce dotarliśmy nad ranem. Nikt nie wiedział, że przylatuję. Tę radość, gdy zobaczyliśmy się przy bramce, pamiętam do dziś. Taksówkarz wszedł do nas na herbatę, dostał w prezencie gumy Donaldy. W Polsce były prawie nie do zdobycia, a ja przywiozłem ich kilkaset.
We wsi pewnie wszyscy wiedzieli, że pracuje pan na kontrakcie w Libii i że dorobił się pan tam niezłych pieniędzy?
- Byłem chyba najbogatszy w Pile. Ludzie się śmiali, że przebiłem Holendra. Niektórzy zazdrościli. Ale pieniądze raz są, innym razem ich nie ma. Wszyscy w rodzinie mieliśmy modne wtedy kożuchy. Żona nawet dwa: dłuższy i krótszy. Kupiłem też wymarzonego, złocistego, dużego fiata. Dokończyłem dom. Pomagałem dzieciom. Nigdy nie przypuszczałem, że dolar tak straci na wartości. Dziś tamten pobyt w Libii traktuję jak wielką przygodę.
Na kontrakcie w Libii był pan dwukrotnie. Pojechał pan tam kiedyś prywatnie, z rodziną?
- Nigdy. Libia to policyjne państwo. Bałbym się. Zresztą, wiele się tam zmieniło. Pamiętam, jak jednemu koledze pomogłem wyjechać na kontrakt do Iraku. Po pół roku wybuchła tam wojna. Uciekali z kierowcą na lotnisko. Pomyliły im się drogi. Pojechali w prawą, zamiast lewą stroną rzeki. Chyba Bóg nad nimi czuwał, bo transport po lewej stronie został ostrzelany. Zginęło wielu ludzi.

20.04.2026
OSŁONY okienne na wymiar, Tel. 731-496-146.

18.04.2026
OFERUJĘ budowę indywidualnie dostosowanych domków ...

25.03.2026
MALOWANIE, gładź bezpyłowa, regipsy, panele podłog...
2080 mieszkańców zawalczyło o wakacje marzeń
W Libiążu nie było loterii. Cała pula poszła do biznesmena, który wygrał nową drogę do jego biznesu. Finito.
Rybka_z_Helu
19:59, 2026-05-21
Spór o mieszkania SIM w Chrzanowie
Od samego początku to śmierdziało i śmierdzi właśnie mamy pimy pierwsze efekty. W Babicach się połapali i szybko się z tego wycofali, a pozostali brnęli, bo pewnie mieli mieć z tego w przyszłości "owoce"...
Tubylec
19:57, 2026-05-21
Mieszkańcy dostali ostrzeżenie. Chodzi o próby włamań d
Bo pYlicja przechodzi Nadzwyczajne Szkolenie w zakresie mamdatow za nienoszenie maseczek na wypadek gdy pififizer zechce jeszcze zarobic .......... pisywnia cylowa dla jajec
petrus
19:46, 2026-05-21
Spór o mieszkania SIM w Chrzanowie
Jak libiąscy radni bezrefleksyjnie głosowali 3 lata temu za wniesieniem aportem terenu i budynku do spółki plus zaciągnięcie kredytu to tutaj na forum Przełomu i na profilu gminy trąbiono, że to śmierdzi. To ciśnięto, że te osoby nie mają racji. I s_z_a_m_b_o właśnie wybija. Mamiono radnych niskimi kosztami co już wówczas było bajką. 3 lata i jest potwierdzenie. I co radni, dołożycie teraz że swoich ?
Mieszkaniec_
19:21, 2026-05-21
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz