1200 km na siodełku, na siarczystym mrozie - przelom.pl

Do poczytania

Zamknij

1200 km na siodełku, na siarczystym mrozie

Marek Oratowski 13:39, 11.04.2018 Aktualizacja: 06:12, 18.10.2025
Skomentuj 1200 km na siodełku, na siarczystym mrozie Na jednośladach jechali w śniegu i zimnie. Tak jak tutaj w mongolskim Jargalant.

Na trasie ultramaratonów zawsze myślę, żeby tylko dojechać do mety i rzucić rowerem. Jednak chwilę potem przychodzi chęć przeżycia kolejnej przygody. Raczej czuliśmy żal, że po tym miesiącu bycia razem coś się skończyło i pora wracać do domu - wspominają uczestnicy zimowej wyprawy rowerowej przez Mongolię i Rosję, chrzanowianie - Tomasz Glazer i Leszek Fidelus. Przy trzaskających mrozach zaliczyli 10. etap sztafety dookoła świata Bike Jamboree.

Marek Oratowski: Przygotowywaliście się na wielkie mrozy?

Leszek Fidelus: Jasne. I termometr pokazał -36 st. C. W Ułan-Bator i przez kilka pierwszych dni jazdy w Mongolii. Nad Bajkałem było już -18 st. C. Wstając, mówiliśmy: jaki piękny, ciepły poranek... Zabraliśmy oczywiście śpiwory, umożliwiające spanie w namiocie przy tak niskich temperaturach. Bardzo dobrze się sprawdziły. Podobnych używają himalaiści. Dostaliśmy je razem z kurtkami i specjalnie wzmocnionymi dla rowerzystów spodniami od jednej z bielskich firm, jako produkt testowy. Specjalistyczną bieliznę osobistą kupiliśmy już za własne pieniądze, a to nie są tanie rzeczy.

 

To jak się prawidłowo ubrać na takiej wyprawie. Pewnie na cebulkę?

Tomasz Glazer: Przed wyjazdem spotkaliśmy się z polarnikami. Od nich dowiedzieliśmy się, że trzeba się ubierać nie bardzo ciepło, ale systemowo. Zakładaliśmy więc na spód koszulkę z merynosa. Drugą warstwę stanowiła koszulka techniczna. Na to ubieraliśmy polar lub kurtkę puchową. Na głowę: czapkę z merynosa, maskę neoprenową, czapkę polarową i na to czapkę "uszankę". Ten zestaw modyfikowaliśmy podczas jazdy. Na podjazdach, zdejmowaliśmy część rzeczy. Na zjazdach ubieraliśmy je z powrotem. Gdy tego nie pilnowaliśmy, było za gorąco, pociliśmy się. Koszulki i kurtki stawały się mokre i momentalnie zamarzały. Wtedy jazda nie była już komfortowa. Zresztą, wzięliśmy za dużo ubrań, w obawie, że możemy marznąć. Dodatkowe kurtki i polary okazały się zbędne, ale trochę ważyły.

 

Kilka słów o sprzęcie: rowery, sakwy....

Leszek Fidelus: Rowery w sztafecie cały czas jadą te same, tylko zmieniają się uczestnicy. Są proste i niedrogie. Wybraliśmy takie, żeby serwis i naprawa były jak najmniej skomplikowane, bo musimy to robić sami. Rower waży 16 kg. Każdy miał przy sobie ponad 30 kg bagażu. Nie jeździłem dotąd z tak dużym obciążeniem, co oczywiście odczuły moje nogi. Dziennie przejeżdżaliśmy średnio 60 km. Na takim mrozie i z takim obciążeniem uważam, że to dobry wynik.

 

Najbardziej chyba marzły ręce?

Tomasz Glazer: Nie. Największy problem stanowiły stopy. Na stopy zakładaliśmy potrójną warstwę skarpetek. Pierwsze techniczne, drugie z sierści jaka, które zakupiliśmy w Mongolii. Bardzo ciepłe. Na nie kleiliśmy ogrzewacze chemiczne. Trzymały około pięciu godzin. Na szczęście obyło się bez odmrożeń. Specjalne buty miały zapewnić nodze komfort do -50 st. C. Ale przy trzydziestu stopniach mrozu nie dawały już rady. Dlatego wspomagaliśmy się zakładanymi na nie ogrzewaczami chemicznymi. To wystarczało. Wzorem polarników naklejaliśmy na skórę kupione w aptece, bawełniane plastry i mróz osiadał najpierw na nich. Dzięki temu nie miałem czerwonej twarzy.

Leszek Fidelus: Na ręce też mieliśmy ocieplacze, ale ich ani razu nie użyliśmy. Okazało się, że ręce mocno pracują i wydzielają tak dużo ciepła, jak głowa. Jedynie trochę przemroziłem nos. Jeździliśmy w goglach narciarskich. Bez nich zamarzały rzęsy i po zamknięciu powiek był problem, żeby ponownie otworzyć oko.

 

Ile godzin dziennie spędzaliście na rowerze?

Tomasz Glazer: W trasę ruszaliśmy między 9 a 10, a kończyliśmy około 19. Samej jazdy było od pięciu do sześciu godzin. Jeżeli była taka możliwość, to zatrzymywaliśmy się w przydrożnych barach, żeby się ogrzać, odpocząć, wysuszyć ciuchy, uzupełnić termosy, coś zjeść.

Leszek Fidelus: Każdy miał w termosie gorącą herbatę oraz osobny termos na jedzenie, w którym też była gorąca woda. Jeżeli nie było gdzie się po drodze zatrzymać, korzystaliśmy z pomocy kierowców ciężarówek. Wiedzieli, że jesteśmy trasie. Informacje o nas przekazywali sobie przez CB radio. Oprócz wrzątku, częstowali nas herbatą, ciastkami.

 

Zdarzyło wam się nocować pod namiotem?

Tomasz Glazer: Ludzie byli tak przyjaźni, że nie mieliśmy takiej potrzeby. Spaliśmy czasem w barze, na podłodze, w domach, w świetlicy w szkole, a nawet w mongolskiej jurcie. Raz wydawało się, że faktycznie przyjdzie nam wyciągnąć namioty i wtedy spotkaliśmy kierowcę, który zaprosił nas do swojej jurty. To było zaraz na początku, w Mongolii.

Leszek Fidelus: Gdy zobaczyłem tę jurtę, pomyślałem, że się do niej wszyscy nie zmieścimy. Małe drzwi znajdowały się dość wysoko. Dopiero potem się zorientowałem, że jurta do jednej trzeciej wysokości zasypana jest śniegiem. W środku było więc sporo przestrzeni. W centralnym miejscu stał piec. Taka typowa koza. Służy do ogrzewania, przygotowywania posiłków i topienia lodu. Mongołowie z niego pozyskują wodę. Bryły magazynują za domem. Dostaliśmy od gospodarza mocnej, zielonej herbaty z mlekiem, baranim tłuszczem i solą, nazywanej süütej czaj. Niektórzy mieli po niej trochę problemów żołądkowych. Poczęstował nas również mięsem baranim. Kroił je w plastry i każdemu podawał do ręki. W jurcie stały trzy łóżka. Wnętrze oświetlała energooszczędna żarówka. Podobnie jak mały, czarno-biały telewizor, była zasilana z akumulatora. Mieliśmy przy sobie polaroida. Zabranie go to pomysł Tomka. Okazał się strzałem w dziesiątkę. Gospodarze bardzo się ucieszyli, gdy od razu dostali od nas zdjęcie. Fajnie i cieplutko było w tej jurcie. Leżąc, oglądałem Księżyc. Okazało się, że w jurcie od góry był otwór. Dlatego zanim zasnąłem, poradziłem wszystkim, żebyśmy się zapakowali w śpiwory i dobrze je zapięli. Nad ranem w środku faktycznie było kilka stopni mrozu.

 

Spotkaliście po drodze Polaków?

Leszek Fidelus: W Mongolii nie, bo tam na stałe żyje tylko kilku naszych rodaków. Za to w Rosji jak najbardziej. Ta część Syberii, przez którą przejeżdżaliśmy, to Buriacja. Język, zwyczaje i wierzenia Buriatów są bardzo podobne do mongolskich. Dominuje buddyzm i szamanizm. Nad Bajkałem trafiliśmy na wiele śladów po polskich zesłańcach. Pierwszy kontakt z Polonią mieliśmy w Ułan Ude. Tamtejsza organizacja nazywa się "Nadzieja". Natomiast stowarzyszenie skupiające Polaków z Irkucka, które podjęło nas na mecie wyprawy, to "Ogniwo". Na spotkanie z nami przyszło około trzydzieści osób. Po nim podeszła do nas Ksenia, która bardzo chciałaby wziąć udział w sztafecie. Trzy dni później jechała już z 11. etapem po Bajkale.

Tomasz Glazer:  Gdy pytaliśmy o turystów z kraju, usłyszeliśmy, że latem bywa ich tu sporo. Byliśmy pierwsi, którzy dotarli do nich zimą. Podobno od października do kwietnia nawet konsul tam nie przyjeżdża.

Jeszcze większe zdziwienie w takim razie musieliście budzić w trasie.

Tomasz Glazer: Często było tak, że na nasz widok samochody zwalniały, a pasażerowie nagrywali nas telefonami. Czasem samochód nas wyprzedzał i stawał na poboczu, kierowca wychodził i czekał, aż przejedziemy.

Leszek Fidelus: Niekiedy też kierowcy pokazywali nam gesty świadczące o tym, że uważali nas za wariatów (śmiech).

 

Powiedzcie coś o samej trasie.

Leszek Fidelus: Przez pierwsze trzy dni w Mongolii mieliśmy do pokonania ostre podjazdy w górach. Potem się trochę wypłaszczyło i wjechaliśmy w step. Żadnych drzew, niewielkie wzniesienia po horyzont. Rosja to już tajga i mocno pofałdowany teren. Nawet nad Bajkałem non stop mieliśmy hopki. A myśleliśmy, że będzie całkiem płasko. W miastach nie odśnieża się ulic. Ich nawierzchnie są często oblodzone. Mieliśmy jednak opony z kolcami, świetnie trzymające się na lodzie.

 

Jazda po zamarzniętym Bajkale... To jest przygoda, ale i ryzyko. Czym była dla Was?

Leszek Fidelus: Przed wyjazdem nie doceniliśmy Bajkału. W lutym i marcu na jeziorze warstwa lodu sięga do półtora metra. Teoretycznie ryzyka nie ma. Szkopuł w tym, że ten rejon jest aktywny sejsmicznie. Te naprężenia rozrywają lód. Przez jeden dzień próbowaliśmy jechać po Bajkale. Nie dało się, bo leżała na tym odcinku na tyle duża warstwa śniegu, że przypominało to jazdę po piasku. Musieliśmy więc prowadzić rowery i kosztowało nas to sporo energii. Ze względu na pękania i ugięcia tafli nie ryzykowaliśmy dłuższego odcinka po jeziorze, bo nocleg na nim byłby niebezpieczny. Na Bajkale, w miejscowości Babuszkin, świętowaliśmy z Buriatami Nowy Rok Chiński, rok psa. Nie obyło się bez tradycyjnego poczęstunku...

 

Mieliście na bieżąco kontakt z z krajem, internet?

Leszek Fidelus: Znajomi z Polski polecili nam dziewczynę mieszkającą w Ułan Bator, która mówi po polsku. Nomi bardzo nam pomogła. Zaoferowała nocleg, była naszym przewodnikiem po mieście. Taka pomoc zaraz po przylocie do obcego kraju jest nieoceniona. Od niej też dostaliśmy mongolską kartę GSM i dzięki temu mogliśmy korzystać z sieci komórkowej i przesyłu danych. W Rosji sami zakupiliśmy kartę. Z rodzinami mogliśmy się kontaktować dzięki komunikatorom internetowym. To było ważne, bo z uwagi na trudność odcinka tej sztafety moja żona martwiła się o mnie bardziej, niż podczas innych wyjazdów.

 

Co było na końcu 1200-kilometrowej trasy? Ulga, czy raczej uczucie niedosytu, że to już koniec?

Tomasz Glazer: Na trasie ultramaratonów zawsze myślę, żeby tylko dojechać do mety i rzucić rowerem. Jednak chwilę potem przychodzi chęć przeżycia kolejnej przygody. Raczej czuliśmy żal, że po tym miesiącu bycia razem coś się skończyło i pora wracać do domu. Z Irkucka do Moskwy podróżowaliśmy Koleją Transsyberyjską. Podróż trwa 93 godziny, a dystans to 5 200 km. W pierwszym dniu czas szybko leciał. W kolejnych trzech trochę się nudziłem. Krajobraz za oknem to były tylko lasy i zamarznięte, wielkie rzeki syberyjskie. Gdyby ktoś chciał się wybrać w podróż tą koleją, to polecam trasę między Irkuckiem i Ułan Ude. Przejeżdża się tam przez góry i wzdłuż Bajkału, więc widoki są urozmaicone. My widzieliśmy ten odcinek z siodełek naszych rowerów. Chciałbym wrócić w te rejony, tyle że z żoną. I w lecie.

(Marek Oratowski)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%