Leżałam z krwawiącą twarzą, połamaną szczęką i kością wystającą z prawej ręki, a ból w okolicach pękniętej miednicy był ogromny. Czułam, jakby wszystko we mnie płonęło - Kasia Cieślak z Krzeszowic opowiada o swoim wypadku podczas wspinaczki w Hiszpanii. Jak uszła z życiem i dochodzi do zdrowia.
Ewa Solak: Możesz już spokojnie mówić o tym, co cię spotkało?
Kasia Cieślak: Teraz tak. Ale często jeszcze mam koszmarne sny.
Co ci się śni?
- Zawsze jest to jakiś ciężki moment spadania. Nie tylko ja mam koszmary. Mój partner, Adam, również. Trudno się z tym uporać.
Łatwiej pracować z ciałem?
- Chyba tak. Zresztą to chyba widać.
Nie wyglądasz, jakbyś ledwo uszła z życiem.
- Ciężko nad tym pracuję. Rehabilitacja zajmuje mi 20 godzin tygodniowo, więc do tej pory byłam praktycznie wykluczona z życia. Cały czas ćwiczę. Przede mną jeszcze dwie operacje.
Wspinaczka skałkowa zawsze była twoją pasją?
- Zafascynowała mnie cztery lata temu, chociaż od zawsze lubiłam chodzić po górach. Zrobiłam kurs skałkowy, a na studiach na AGH poznałam fajnych ludzi z klubu wysokogórskiego. Wspinałam się w Tatrach, zaczęłam robić poważniejsze drogi. Wtedy zaczęło się na serio.
Jak znalazłaś się w Hiszpanii?
- Dostałam stypendium z programu Erasmus. Pojechałam do Kordoby, co zawsze było moim marzeniem, bo w Hiszpanii skały są najpiękniejsze na świecie i jedne z najlepszych do wspinania. Zupełnie inne niż w Polsce. Lepiej przygotowane, bardziej rozwojowe dla trenujących. Poza tym, wcześniej kilka razy byłam w tym i innych rejonach, i zawsze mi się tam ogromnie podobało. Do tego stopnia, że gdy się tam znalazłam, szybko nauczyłam się hiszpańskiego.
A co ze wspinaczką?
- Mój partner, Adam, też akurat był w Hiszpanii, gdzie miał praktyki jako instruktor. Razem trenowaliśmy, bo on zawodowo zajmuje się wspinaczką. Miałam zasadę - cztery dni nauki, trzy dni treningów. Było naprawdę super. W grudniu 2016 roku zdałam ostatnie egzaminy, żeby przenieść się do Katalonii i tam powspinać się, zanim wrócę do Polski. Byliśmy szczęśliwi, bo się udało. W tym samym dniu otrzymałam wiadomość o awansie w pracy, złożyłam dwa rozdziały pracy magisterskiej, wszystko pięknie szło do przodu.
Pamiętasz dokładnie, co się stało?
- Do dziś pamiętam, że miałam się nie wspinać. Ale tego dnia, 2 lutego po południu, pogoda się poprawiła. Wyszło słońce i zrobiło się naprawdę przyjemnie. Namówiłam Adama, żebyśmy jeszcze pojechali w skały, bo chcę poćwiczyć parę dróg. Są dwa główne sposoby wspinania sportowego. Jeden polega na prowadzeniu liny "z dołu" i wpinaniu jej do przelotów. Drugi, to założenie liny od góry i wspinanie się na tak zwaną "wędkę". Wybrałam ten bezpieczniejszy, drugi sposób. W Hiszpanii często dominują stanowiska z karabinkami niezakręcanymi. Zanim zjechałam po zrobieniu drogi, musiałam wypiąć swój karabinek. Mocowałam się z nim trochę, bo czułam opór. I nagle zdarzyło się coś, co nie powinno się zdarzyć nigdy. Wypięła się lina. Do dziś sobie wyrzucam: dziewczyno, mogłaś nie szarpać, mogłaś poczekać, działać wolniej.
Pamiętasz moment spadania?
- Wszystko, jak w kalejdoskopie.
Te 25 metrów to wcale nie tak nisko... Spada się dość długo. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Zdążyłam jeszcze krzyknąć Adamowi, że lecę. I w przypływie adrenaliny, w ostatniej chwili przekręciłam się tak, żeby nie upaść na kręgosłup. Podgięłam łokcie, osłaniając twarz. Uderzyłam przodem ciała o kamienie. Dopiero potem dowiedziałam się, że dwa razy odbiłam się od skalnego podłoża.
Byłaś świadoma, co się dzieje?
- Cały czas. Adam był w szoku, próbował znaleźć telefon i zadzwonić po pogotowie. Ręce mu się trzęsły. Nie mógł go znaleźć, więc spokojnie mu wszystko tłumaczyłam. Kiedy odszukał aparat, mówiłam: naciśnij prawy, dolny przycisk z listą kontaktów, wbij 112, znajdź dokumenty w lewej kieszeni kurtki. Leżałam z krwawiącą twarzą, połamaną szczęką i kością wystającą z prawej ręki, a ból w okolicach pękniętej miednicy był ogromny. Czułam, jakby wszystko we mnie płonęło. Najgorsze zaczęło się jednak później, kiedy czekaliśmy na przyjazd karetki dwie godziny.
Ile?!
- Hiszpanie nie mówią najlepiej po angielsku, mieli problem ze zlokalizowaniem nas. Dobrze, że Adam posługuje się biegle hiszpańskim, bo to usprawniło naszą komunikację.
A ty czekałaś...
- Nie wiem, jakim cudem się doczekałam. Miałam takie momenty, że ogarniała mnie totalna nicość. Chciałam zasnąć, bo to wydawało mi się najprostszym sposobem, żeby odciąć się od bólu. Adam cały czas ze mną rozmawiał, nie odpuszczał. Wreszcie dotarła karetka. Do szpitala jechaliśmy kolejną godzinę. Kiedy się tam znaleźliśmy, dowiedziałam się tylko, że stan jest krytyczny i mam rozległe obrażenia ciała. A potem już nie pamiętam nic.
Nic?
- Farmakologicznie mnie uśpiono. Miałam spać dwa tygodnie, a obudziłam się po trzech dniach. To miało świadczyć o tym, że nie jest tak źle; że organizm się broni i regeneruje. Ale okazało się, że mam odmę płucną oraz pęknięta miednicę. Nie zdawałam sobie sprawy ze wszystkich obrażeń, bo gdy usłyszałam, że kręgosłup jest OK i głowa też, to wydawało mi się, że kwestią paru dni jest moje wyjście ze szpitala.
Spędziłaś tam półtora miesiąca.
- Poskładano i zamontowano w moich dziąsłach tytanowe śruby; mogłam tylko pić i jeść przez słomkę. Żuchwa była złamana w trzech miejscach. Całą lewą nogę miałam w gipsie, podobnie jak ręce. Dodatkowo, prawa ręka była w stabilizatorze zewnętrznym, bo lekarze nie chcieli mnie operować od razu. Miednicę miałam unieruchomioną, więc sama się zrastała. I zaczęła się walka z hiszpańsko-polską biurokracją. To dopiero był koszmar. Nie chcieli mnie przetransportować do Polski na operacje, a moje dodatkowe, górskie ubezpieczenie właśnie wygasło. Hiszpańscy lekarze nie wiedzieli, czy mogą mnie operować, czy wracam jednak do Polski. Pertraktacje trwały, a ja, połamana, czekałam aż wszystko się wyjaśni. W końcu, po niespełna miesiącu, udało się zebrać sztab lekarzy, którzy chcieli podjąć się operacji moich rąk.
Ale wreszcie zoperowali cię.
- Operacja trwała ponad dziesięć godzin. Nawet nie chcę mówić, w ilu miejscach miałam złamania. Ręce, dłonie, zmiażdżone łokcie. Ech... Wtedy dopiero zaczął się ból. Tysiąc razy większy, niż ból upadania. Nie pomagała morfina. Po jakimś czasie okazało się zresztą, że mam alergię i podawano mi zwykły paracetamol. Koszmar.
Kiedy przestały cię boleć ręce?
- Udało mi się wrócić do Polski w połowie marca, a dopiero pod koniec miesiąca poczułam ulgę w rękach. Ciekawą historię przeżyłam też w drodze powrotnej, bo polska karetka, w której mnie transportowano z Hiszpanii, nie miała materaca przeciw odleżynom. Więc gdy po 38 godzinach dotarłam do kraju, musiano mnie najpierw pod tym kątem zreperować. Nie było łatwo.
Znalazłaś się w szpitalu w Krakowie.
- Tam mi najpierw powiedziano, że nie mam co się rehabilitować, bo problemem nie są mięśnie, tylko kości. Trafiłam do Rydygiera i już prawie pogodziłam się, że nigdy nie będę mogła wziąć łyżki do ręki, nie mówiąc o sprawności reszty ciała. Założono mi stabilizatory na łokcie. Miałam w nich tytanowe płytki, a organizm walczył. Zaczęły się problemy ze snem. Brałam leki, walcząc o każdą godzinę na przespanie.
A co z rodziną?
- Mama i brat chcieli przyjeżdżać jeszcze gdy byłam w Hiszpanii. Nie do końca wiedząc, jak wygląda moja sytuacja. Przekonywałam ich, że niebawem wrócę, więc ich przyjazd nie ma sensu. Kiedy znalazłam się w Krakowie, odwiedzali mnie wszyscy: rodzina, znajomi. A dla mnie to było potwornie trudne.
Czemu? Przecież chcieli być blisko.
- Kiedy człowiek jest niemal całkiem unieruchomiony, a dwie ręce ma kompletnie niesprawne, nie ma możliwości, żeby samodzielnie funkcjonować. Czujesz się naprawdę strasznie, gdy nie możesz sama skorzystać nawet z toalety. Leżysz, czytasz, nosem przewracając kartki, bo inaczej się nie da.
A rehabilitacja?
- Zaczęła się pod koniec marca. Gdyby nie moje zaangażowanie i wspaniały sztab rehabilitantów, nie byłabym w stanie normalnie funkcjonować. Jeszcze będąc w szpitalu w Hiszpanii pisali do mnie znajomi, że w Krzeszowicach jest wielka zbiórka pieniędzy, że zbierają także ludzie ze środowiska wspinaczkowego z całej Polski! Byłam ogromnie zaskoczona i wzruszona, że pamięta o mnie wychowawczyni z podstawówki - Agata Kulczycka, która zajęła się akcją charytatywną. Dzięki pieniądzom uzyskanym ze zbiórek cały czas pracuję nad sprawnością. Sześć dni w tygodniu. Mam czterech rehabilitantów. Cały czas są ze sobą w kontakcie, a każdy zajmuje się inną częścią mojego ciała. Blizny na rękach i twarzy są dla mnie mniej ważne, niż sprawność rąk i nóg. To jednak potrwa.
O wspinaczce takiej, jak kiedyś, pewnie nie myślisz?
- Wprost przeciwnie. Kiedy poczułam, że jest lepiej, pojechałam w podkrakowskie skałki. Z jednym z rehabilitantów ćwiczę zresztą na sztucznej ściance, bo takie obciążenie to jeden ze sposobów na przywrócenie lepszej sprawności rękom.
Nie bałaś się pierwszy raz po wypadku wspinać?
- Bałam się, a przy stanowisku powróciły wspomnienia. Kiedy zjechałam, płakałam. Ale powiedziałam sobie, że jeśli nie pokonam tego strachu teraz, to nigdy już go nie przełamię. Problematyczna jest jeszcze wysokość, ale cały czas nad tym lękiem pracuję. Tak, jak nad brakiem czucia w trzech palcach jednej dłoni i stopniem wyprostu rąk. Wspinaczka to nie tylko wchodzenie na górę. To także określone ćwiczenia, dieta. Wszystko to przed wypadkiem sprawiło, że moje ciało było naprawdę silne. Chyba dlatego z tych obrażeń wyszłam. I znów chcę się wspinać.
A co z nauką?
- Zanim doszło do wypadku, studiowałam dwa kierunki: socjologię na AGH i zarządzanie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Byłam na piątym roku. Wierzę, że uda mi się jeszcze obydwa skończyć. Poza tym chciałabym wrócić do pracy. Tuż przed wypadkiem dostałam awans z możliwością zarządzania prawie 150-osobową grupą. Liczę, że uda mi się jeszcze sprawdzić w tym, co dobrze robiłam.

20.04.2026
OSŁONY okienne na wymiar, Tel. 731-496-146.

18.04.2026
OFERUJĘ budowę indywidualnie dostosowanych domków ...

25.03.2026
MALOWANIE, gładź bezpyłowa, regipsy, panele podłog...
2080 mieszkańców zawalczyło o wakacje marzeń
Brawo za pomysł. Każdy pomysł zatrzymywania mieszkańców pożądany. Robert, jesteśmy z i za Tobą!
Endriu
17:10, 2026-05-21
Komu burmistrz Alwerni umorzyła podatek za ubiegły rok
Poprosimy o zestawienie z każdej z gmin naszego powiatu, bo w małej Alwerni skala zdecydowania mniejsza niż w Trzebini i Chrzanowie, a ponoć jest tam co czytać
Jerry
17:09, 2026-05-21
Komu burmistrz Alwerni umorzyła podatek za ubiegły rok
Brawo pani burmistrz z Alwerni, pomoc takim chorym jak ja jest potrzebna. Ja jestem w Trzebini i burmistrz tego miasta wysłał na mnie urząd skarbowy a nie umorzył, Jestem teraz w koszmarnej sytuacji, bez wyjścia‼️‼️‼️
YuMi
16:44, 2026-05-21
2080 mieszkańców zawalczyło o wakacje marzeń
Wakacje marzeń za 10tys. to chyba w sosnowcu tylko 🤣🤣🤣
Skit
16:21, 2026-05-21
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz