Katarzyna Kawałek. 30 lat na jedenastym piętrze - przelom.pl

Do poczytania

Zamknij

Katarzyna Kawałek. 30 lat na jedenastym piętrze

Ewa Solak 13:56, 14.02.2017 Aktualizacja: 18:22, 21.10.2025
Skomentuj Katarzyna Kawałek. 30 lat na jedenastym piętrze Katarzyna Kawałek na najwyższym piętrze wieżowca przy ul. Wyszyńskiego w Chrzanowie strzyże klientów od 30 lat

Kiedy otwierała swój zakład, w Chrzanowie działały tylko dwa prywatne: u Jerzego i Kamry. Dziś jest ich setka albo więcej. Miała 22 lata, gdy na strych bloku przy ul. Wyszyńskiego wdrapał się jej pierwszy klient. Katarzyna Kawałek wciąż trwa na fryzjerskim posterunku niczym na wysokiej wieży.

Na osiedlu zakład "U Kasi" znają chyba wszyscy. Długo o niego walczyła. Za to z dumą może powiedzieć, że gdy w październiku, 30 lat temu, wreszcie go otworzyła, wydawał jej się najpiękniejszym ze wszystkich, jakie znała. Modrzewiowa boazeria na ścianach, lśniące linoleum na podłodze, paprotki w kwietnikach.

Na dobre i złe
Wcale nie marzyła o fryzjerstwie. Miała talent w rękach. Sądziła, że jej przyszłość wypełni edukacja w liceum plastycznym. Ale podpatrywała co z włosami znajomych wyczynia jej kuzynka. Dobre to było! Spodobało jej się. Szybko zrozumiała, że solidny fach w rękach to pewniejsza przyszłość. Zarzuciła myśl o malarstwie i zdecydowała się strzyc. Tak trafiła na praktykę do "Jerzego". Jerzy Dudek, postać znana ówcześnie niemal wszystkim w mieście, gwarantował nie tylko porządną naukę zawodu.

- Nauczył mnie jak ważna w tym fachu jest precyzja i uczciwość. Nigdy nie brał pieniędzy za naukę - podkreśla Katarzyna.

Wkrótce okazało się, że radzi sobie tak świetnie, że zaczęła brać udział w konkursach. Pokochała fryzjerstwo na dobre i złe.

Jak na wieży
Dojrzewała do myśli o własnym zakładzie. W latach 80. w większości funkcjonowały w państwowych placówkach, typu Praktyczna Pani. Ale Kasia pracować w takiej nie chciała. Marzyła o swoim - niewielkim, ale niezależnym biznesie. W spółdzielni mieszkaniowej wystarała się o lokal na strychu. 28 mkw. na samym szczycie bloku.

- Czułam się jak na wieży. W oddali majaczyły pływające po Chechle żaglówki, widok przepiękny. Dziś widzę szkołę, przedszkole, Valeo, wiadukt i autostradę. Jest stąd co zobaczyć - przyznaje.

Kiedy po raz pierwszy otworzyła drzwi pomieszczenia, nieco się załamała. Gołe ściany, zero sprzętów. I to kołaczące się w niej wciąż pytanie: "Czy ktokolwiek tutaj trafi?". Zakasała rękawy i wzięła się do roboty. Tato był jej oparciem. Wkrótce ściany ozdobiły modrzewiowe deski boazerii, na podłodze zalśniło linoleum.

A lata mijały...
To, co dziś przy remontach wydaje się proste, dawniej się "załatwiało", bo innych sposobów nie było.
- Pojawił się problem z sanepidem. Nie chcieli dopuścić, żeby w jednym pomieszczeniu działał fryzjer damski i męski jednocześnie. Kombinowaliśmy z tatą, co tu wymyślić. Wpadliśmy na pomysł oddzielających ścianek. Metaloplastyka, szkło, te sprawy. To było modne. Udało się - opowiada Katarzyna.

Przyszedł też dzień, gdy odwiedził ją sam Jerzy Dudek.
- Długo tutaj, na tym szczycie, nie pociągniesz - wieszczył zmartwiony.

Zmartwił tym również Katarzynę. Myślała wtedy: "Wytrwam tak długo, jak się da, a potem przeniosę się do Rynku. Więcej ludzi, więcej klientów, a i pieniądze może lepsze.".
- Planowałam tak i planowałam. A lata mijały. Tak mi tu dobrze było, że zostałam - mówi uradowana.

Tato taksówką jeździł po lakiery
Pierwszą klientkę powitała z nerwami. To była Jadzia Szymkowiak. Po niej przyszła Danuta Sojka, Antonina Bobak i kolejne. Strzygą się i układają włosy u Kasi do dziś.

- Na początku nasłuchiwałam, czy winda jedzie. Potem przestałam, bo drogą pantoflową wieść o moim zakładzie rozchodziła się lotem błyskawicy. Sąsiedzi zaczęli zaglądać. Najpierw z ciekawości, a potem już na cięcie - mówi.
Nigdy nie miała żadnej reklamy, nawet o niej nie pomyślała - klientów nie brakowało. Przyjęła pracownicę. Najpierw Stanisławę Koczur, ale ona wkrótce wyjechała. Od 1989 r. ma Bogusię Stefańską. Tak się lubią i szanują, że pracują razem do dziś.

- Tamten okres nie był jednak łatwy dla biznesu. W sklepach pustki, o towar wręcz walczyło się. Jak zaczynało brakować farb, tato, jeżdżący taksówką, po drodze zatrzymywał się przy każdym sklepie. Często po wsiach kupował lakiery do włosów czy inne dodatki. Mama szyła fartuszki, klientki przynosiły zdobyczne ręczniki - wspomina.

Co pół godziny ktoś wchodzi
Olbrzymi obrotowy fotel stoi w zakładzie na pamiątkę. Ma 30 lat. Klienci lubią się na nim strzyc. Porządny, wygodny mebel. Po boazerii nie zostało już śladu.

- Samo jej ściąganie było wydarzeniem. Zlikwidowaliśmy też ścianki z metaloplastyki i szkła - Katarzyna spogląda na pozbawione paprotek ściany.

Najpierw były jasne meble, bo pasowały do lamperii. Potem, gdy i ta zniknęła, sprzęty wymieniła na czerwone. Dziś dominuje beż, czerń, biel i brąz. Klienci szybko się przyzwyczaili. Poszło dobrze. Tym bardziej, że właścicielka nigdy nie odpuszczała. Często obsługiwała całe rodziny, gdy - przykładowo - wszyscy wybierali się na jedną uroczystość. Wesele? Komunia? Czesali się, strzygli, wszyscy po kolei. Do dziś ktoś wchodzi co pół godziny.

To jej się nigdy nie znudzi
- Kiedy córka wychodziła za mąż, cała rodzina ze Szczecina się tu czesała. Od początku tutaj chodzę i nie wyobrażam sobie strzyc się gdzie indziej - mówi Władysława Przybyło.

A Kasia na blokowej wieży niezmiennie trwa. W ciągu 30 lat zrobiła sobie tylko jedną przerwę: gdy urodziła syna. Szybko jednak wróciła na swój ulubiony strych.

- Fryzjer to jest taki zawód, w którym trzeba być i przyjacielem, i psychologiem. Rodziłam więc z klientkami, przeżywałam śluby, pogrzeby, upadki i wzloty. Lepiej jednak nigdy nie dyskutować o polityce. To drażliwy temat. Może wpłynąć na fryzurę - żartuje Katarzyna.

Przyznaje, że teraz ten zawód wygląda zupełnie inaczej niż dawniej. Kiedyś przez tydzień pracowało się na czynsz, a przez trzy pozostałe na siebie. Dziś jest odwrotnie. Do emerytury zostało jej osiem lat. Co zrobi potem? Jeszcze nie wie. Jest jednak pewna, że fach, jaki ma w rękach, nigdy jej się nie znudzi. Jest wdzięczna klientom. Paniom i panom. Gdyby nie oni, nie byłoby zakładu fryzjerskiego na jedenastym piętrze wieżowca.

Przełom nr 43 (1267) 26 X 2016

 

(Ewa Solak)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%