Lucyna Kozub-Jentys. Do milicjantów musiałam mieć cierpliwość - przelom.pl

Do poczytania

Zamknij

Lucyna Kozub-Jentys. Do milicjantów musiałam mieć cierpliwość

Marek Oratowski 10:57, 28.10.2016
Skomentuj Lucyna Kozub-Jentys. Do milicjantów musiałam mieć cierpliwość Lucyna Kozub-Jentys w pokoju nauczycielskim Fot. Marek Oratowski

- Kiedyś jechałam samochodem i słuchałam piosenki śpiewanej przez Grzegorza Markowskiego: "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Bardzo mi się te słowa spodobały. I mogę dziś przyznać, że po 35 latach schodzę ze sceny szkolnej i nie czuję się pokonana, zdołowana ani wypalona - przekonuje odchodząca na emeryturę Lucyna Kozub-Jentys, dyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących dla Dorosłych w Chrzanowie.

Marek Oratowski: Kiedy pani poczuła, że profesja nauczyciela to jest to, czemu warto poświęcić zawodowe życie?
Lucyna Kozub-Jentys: Może to się wydawać śmieszne, ale odkąd tylko zaczęłam mówić, bardzo chciałam chodzić do szkoły. Z czwórki rodzeństwa byłam najmłodsza. Mama przekonywała, że jestem na to za mała. Dlatego pozostała mi zabawa tekturowymi tornistrami moich sióstr. Gdy usłyszałam, że mama mnie nie zapisze do szkoły, ubrałam ten tornister i poszłam przez wieś w stronę szkoły. Balin w tamtych czasach wyglądał trochę inaczej, bez asfaltowych dróg. Mama, zajęta gotowaniem obiadu, zaczęła mnie szukać. Wróciłam dopiero po ponad godzinie, a w teczce miałam pełno kamieni i gruszek. Potem konsekwentnie bawiłam się w nauczycielkę i szkołę. Dlatego w rachubę nie wchodził żaden inny zawód.

No dobrze, ale dlaczego wybrała pani akurat język rosyjski?
- Najpierw chciałam studiować polonistykę, potem planowałam iść na germanistykę. W liceum brałam jednak udział w olimpiadach języka rosyjskiego, zachęcona przez profesor Podhalańską. Pięknie mówiłam po rosyjsku, bo mama pochodziła z Wołynia. Miałam dobry akcent, z typowym rosyjskim "ł". Ponieważ w tych olimpiadach odnosiłam sukcesy, wybrałam filologię rosyjską. Złożyłam dokumenty na UJ. Okazało się, że uczelnia szukała kandydatów do wyjazdu na studia zagraniczne. No i w 1976 roku zostałam wytypowana na wyjazd do Związku Radzieckiego.

Domyślam się, że decyzja o wyjeździe na pięć lat na Wschód nie przyszła łatwo. Rodzice nie odradzali takiego kroku?
- Od mamy usłyszałam: "Masz już 19 lat. Gdy byłam w twoim wieku, zabrali mnie z Równego i nigdy więcej już nie wróciłam w rodzinne strony, i od tego czasu nie widziałam rodziców". No więc podjęłam decyzję, że jednak jadę. Przed wyjazdem pojechałam na takie zgrupowanie do Wrocławia. Tam okazało się, że celem naszej podróży jest Rostów nad Donem. Jak zobaczyłam na mapie, że to prawie Azja, to z koleżankami zaczęłyśmy płakać. Jednak klamka zapadła. Ktoś przyjechał z moskiewskiej ambasady i opowiadał nam, jak wyglądają takie studia, co trzeba ze sobą zabrać i jak się przygotować. Zapowiedziano nam od razu, że nie przyjedziemy do domu przez pół roku. Co tydzień pisałam listy, tak tęskniłam.

Rozumiała pani od razu wszystko, co mówili wykładowcy?
- Niestety, nie nadążałam za tokiem ich myśli. Wszystkie wykłady były po rosyjsku. Zaczynałam coś notować i musiałam co chwilę kropkować fragmenty, których nie rozumiałam. Nie tylko ja miałam takie problemy. W końcu, za namową kolegów i koleżanek, poszłam do profesora i poprosiłam, żeby trochę wolniej mówił. Jednak zbył mnie stwierdzeniem, że musimy się przyzwyczaić. Dlatego pierwsze miesiące dla wszystkich z grupy stu Polaków były trudne. Dostawaliśmy stypendium. Sto rubli miesięcznie. Za każdą bardzo dobrze zdaną sesję jednorazowo najlepsi otrzymywali jeszcze po 150 rubli. Studia wspominam jednak z dużym sentymentem. Trochę się wzruszyłam, gdy w Google Earth zobaczyłam akademik, w którym mieszkałam. Organizuję trzeci zjazd osób, które studiowały w Rostowie nad Donem. Spotkamy się w Krynicy.

Odczuwaliście jakieś naciski polityczne? W tamtym czasie twardą ręką rządził Breżniew. O pieriestrojce nie było jeszcze mowy.
- Gdy Karol Wojtyła został wybrany na papieża, dziekan wezwał studentów zagranicznych. Mojego kolegę Ryszarda zapytał, co o tym sądzi. Ten szczerze odparł "my oczień rady". Bo faktycznie, po wyborze szaleliśmy z radości. Ten zbladł i nic nie odpowiedział. Raz jedna z prowadzących zajęcia zainteresowała się, czy wierzymy w Boga. Dziwiła się, gdy usłyszała odpowiedź twierdzącą. Pytała, jak możemy wierzyć, skoro Gagarin poleciał w kosmos i nie spotkał tam Boga. W trakcie studiów chodziliśmy do jedynej ocalałej w Rostowie cerkwi. Przed sesją świeciliśmy tam świeczki. Raz poszliśmy na nabożeństwo święta Zmartwychwstania. U nas odbywa się rano, tam o północy. Pokazując paszporty zagranicznych studentów, przeszliśmy przez kordon milicji otaczającej cerkiew. W pewnym momencie pop z całą świtą wyszedł na zewnątrz. My nie zdążyliśmy. Zamknęły się drzwi, zaryglowane od zewnątrz. Blady strach padł na wszystkich. Pomyślałam, że wywalą nas ze studiów. A byliśmy już na czwartym roku. Tym bardziej, że jednocześnie zgasły światła. Przerażeni czekaliśmy, co z nami będzie. Jednak gdy procesja się skończyła, drzwi się otwarły. Okazało się, że taki był przebieg liturgii. Mogliśmy odetchnąć.

Wróciła pani na stałe w 1981 roku do trochę innej Polski. Jak się pani odnalazła w nowych warunkach, gdy na dodatek trzeba było poszukać pierwszej pracy?
- Ten przeskok nie był łatwy, ale znalazłam ludzi, którzy mi pomogli. Pierwszą pracę znalazłam dzięki przyjacielowi rodziny księdzu Stanisławowi Fijałkowi, który przebywał przez pewien czas na parafii w Balinie. Wiedział, że w szkole w Karniowicach jedna z nauczycielek wybierała się na urlop wychowawczy. Przyszłam na jej miejsce. Uczyłam rosyjskiego i wychowania fizycznego, prowadziłam też kółko taneczne. Jeździłam do szkoły PKS-em. Potem przeszłam do SP nr 1 w Chrzanowie. Jednocześnie miałam godziny w liceum dla pracujących, do którego goniłam przez park w czerwonych szpilkach. Kierowała nim dyrektor Wanda Rokicka. Powiedziała, że zrobi mnie swoją następczynią. Jednak byłam najmłodsza w całym gronie pedagogicznym, więc nie do końca te słowa potraktowałam poważnie.

A jednak, jako młoda nauczycielka, objęła pani stery tej szkoły.
- Biłam się z myślami, czy sobie dam radę. W końcu się zdecydowałam i od 1 września 1990 roku zostałam dyrektorką. W tamtym czasie w szkole uczyło się aż 14 klas. Niektóre liczyły od 35 do nawet 50 osób. Byłam bardzo zajęta. Zostałam żoną i matką. Na urlop wychowawczy poszedł mąż. Ja przychodziłam nakarmić córkę Ewę i wracałam do szkoły.

Pani mąż też jest nauczycielem. Często rodzinne rozmowy schodziły na sprawy szkolne, czy raczej unikaliście tematów zawodowych?
- Jestem ekstrawertykiem, a mąż to introwertyk. Dlatego ja opowiadałam po przyjściu, co się działo. Jak to baba. On tego wysłuchał i spokojnie stwierdził: "Wygadałaś się, no to wystarczy". Sam tematów szkolnych nigdy nie podejmował.

Uczniowie dawali czasem popalić?
- Gdy przyszłam do szkoły dla pracujących, prawie wszyscy uczniowie byli starsi ode mnie. Jednak odnosili się do mnie z atencją. Raz umieścili w szkolnej gazetce karykatury kilku nauczycieli. Nie wszystkim przypadły do gustu, ale ja to przyjęłam z uśmiechem. Najwięcej humorystycznych momentów dostarczyli jednak uczniowie chodzący do klasy milicyjnej.

Milicyjnej?
- Tak, uczęszczali tam milicjanci, którym komendant polecił uzupełnić średnie wykształcenie. Zostałam ich wychowawczynią. I do dziś mi się chce śmiać, jak przypominam sobie kilka historii. Na przykład: weszłam do klasy i zaczęłam mówić do nich po rosyjsku. A oni, wyłożeni na ławkach patrzą na mnie, a jeden pyta: "Dobra, dobra, to niech nam pani teraz przełoży to z ruskiego na polski". Za nic nie mogli sobie poradzić z odmianą czasowników. Wszystko im się myliło. Niekiedy opowiadałam im kawały o milicjantach. Rewanżowali się tym samym. Z jednym, pracującym w drogówce, miałam przeboje. Kilka razy podchodził do mnie na egzamin. Siedzimy w pokoju nauczycielskim. Nagle dzwoni krótkofalówka. I po chwili uczeń mówi, że go szef pilnie wzywa. Umówiliśmy się na następny tydzień. Pytam wtedy, co potrafi. Odpowiada "moja kwartira". No to czekam, aż opowie o mieszkaniu. Nie zdążył jeszcze zacząć, a słyszę pukanie do drzwi. Wchodzi dwóch mundurowych. Salutują i proszą, by zwolnić kolegę, bo jest potrzebny przy jakiejś akcji. Jak za trzecim razem znów zaczął coś nieskładnie opowiadać o "kwartirze", nie wytrzymałam. Mówię: "Idź w pierony jasne. Masz trójkę i nie pokazuj się na oczy". Innym razem mieliśmy odrabiać jakieś święto. Patrzę, a do szkoły przyszedł tylko jeden milicjant. Miałam więc lekcję z jednym uczniem. Nikt z tej klasy nie przystąpił potem do matury.

Miała pani taryfę ulgową z tego tytułu, że uczyła pani mundurowych?
- Raz się spieszyłam i przekroczyłam prędkość w okolicach cmentarza. Zatrzymali mnie milicjanci. Powiedzieli, że będzie mandacik. Pytają, dokąd mi tak spieszno. Mówię, że uczę w szkole dla pracujących. I że moi uczniowie będę się śmiali, że zapłaciłam mandat, bo mam zajęcia z milicjantami z Jaworzna, Trzebini Chrzanowa i całej okolicy. Skończyło się na pouczeniu.

Pewnie żal odchodzić na emeryturę. Czuje się pani spełniona zawodowo?
- Kiedyś jechałam samochodem i słuchałam piosenki śpiewanej przez Grzegorza Markowskiego: "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Bardzo mi się te słowa spodobały. I mogę dziś przyznać, że po 35 latach schodzę ze sceny szkolnej i nie czuję się pokonana, zdołowana ani wypalona. Kochałam uczyć. Miałam cierpliwość. Mogłam tłumaczyć coś wiele razy, gdy tylko widziałam chęci uczniów. Niestety, teraz wielu z nich jest zainteresowanych bardziej komórką, niż tym, co dzieje się na lekcji.

Nadeszły też czasy, w których trzeba zwalniać nauczycieli.
- Jeszcze dziesięć lat temu to było dla mnie nie do pomyślenia. Sama musiałam podjąć taką decyzję. Gdy dawałam wypowiedzenie poloniście, to i ja płakałam, i on płakał.

Można powiedzieć, że przygotowała sobie pani miejsce, w którym można aktywnie spędzić czas, zakładając Uniwersytet Trzeciego Wieku w Chrzanowie.
- Nosiłam się od dłuższego czasu z pomysłem powstania przy naszej szkole uniwersytetu dla seniorów. Powiedziałam o tym mojemu zwierzchnikowi, Jerzemu Frasiowi. Poradził, bym napisała pismo do starosty Janusza Szczęśniaka. Okazało się, że to samo i jemu chodziło po głowie. W marcu 2007 roku założyliśmy stowarzyszenie, które organizuje zajęcia UTW. Społecznie prowadzę tam lekcje rosyjskiego. Śpiewamy i dużo rozmawiamy.

Gdy nadarzy się tylko chwila wolnego czasu, to najchętniej wykorzystuje ją pani na...
- Ciekawą lekturę. Wieczorem bez tego nie zasypiam. Ostatnio nawet do drugiej w nocy zaczytywałam się w książkach Kena Folletta. Przeczytałam m.in. "Filary ziemi", "Świat bez końca" ". Na UTW zaraziłam się chodzeniem z kijkami. Bardzo lubię też pracę w ogrodzie.


Przełom nr 25 (1249) 22 VI 2016

 

(Marek Oratowski)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%