Tadeusz Gillert. Namalowałbym jeszcze Kmicica - przelom.pl

Do poczytania

Zamknij

Tadeusz Gillert. Namalowałbym jeszcze Kmicica

Ewa Solak 10:20, 31.05.2016
Skomentuj Tadeusz Gillert. Namalowałbym jeszcze Kmicica Tadeusz Gillert

Najpiękniejsze jest ciało kobiety, a zaraz po nim konia - przekonuje 84-letni Tadeusz Gillert z Krzeszowic. Pań nie maluje, za to z miłości do zwierząt zatracił się w tworzeniu.

W niewielkim mieszkaniu w Krzeszowicach ze ścian spoglądają dziesiątki brązowych oczu. W furii scen batalistycznych, w spokoju sielanki na łące. Konie pasące się wśród traw, ciągnące sanie, cwałujące z jeźdźcami na grzbietach. Jeden z nich był bohaterem dwunastu obrazów. Piękny, o imieniu Bartek, z grzywą niemalże do ziemi.

- Ale nie tylko one są dla mnie inspiracją. Lubię krajobrazy, w ogóle przyrodę - zaznacza artysta.

Pierwszy trafił do manikiurzystki
Rok 1941. Rodzina zostaje przesiedlona na krakowskie Wielopole. Tadeusz miał 9 lat, gdy podczas przeprowadzki wyszperał mamy pudełko z farbami. Wśród zagrzybionych ścian, wilgoci mieszkania i strachu wojny odnalazł pasję. Jakby na przekór losowi.

- Pierwszy obrazek powstał na dykcie. Domek z ogródkiem. Szybko się go jednak pozbyłem, bo znajoma rodziny, jedna manikiurzystka się nim zachwyciła - wspomina.

Na szkolnych zajęciach z plastyki często rysował za wszystkich kolegów. Bo akurat jemu najbardziej się chciało. Ołówek aż palił się w ręce. Chodzili na Wawel, ćwiczyli plenery. Ale było życie!

To ciocia - babcia pierwsza uwierzyła w jego talent i zapisała na zajęcia w domu plastyka.
- Dostawaliśmy kawałki pokrojonego, szarego papieru pakowego. Tak się uczyliśmy - opowiada.

Górnictwo i malowanie
Kiedy zdał maturę, chciał zostać architektem. Nie wierzył, że Akademia Sztuk Pięknych jest w jego zasięgu. Dylematy i brak legitymacji Związku Młodzieży Polskiej zniechęciły go totalnie do działania. Wreszcie za namową kuzyna złożył papiery na AGH.

- O górnictwie w ogóle nie miałem wtedy pojęcia, bo przecież malowanie zajmowało mi cały czas - przyznaje Tadeusz Gillert.

Między jednym obrazem, a drugim wkuwał jednak dzielnie. I tak został magistrem inżynierem z nakazem pracy na Śląsku. Jak się o tym dowiedziała Zofia!

- Byliśmy jeszcze narzeczeństwem. Zabraliśmy się w pociąg i do Warszawy. Dostaliśmy się do ministerstwa. Nasze prośby podziałały. Zmieniono mi przydział do kopalni na Trzebionce - śmieje się na wspomnienie tych zdarzeń Tadeusz Gillert.

Ale z Zofią ślub wziął, jak na honorowego kawalera przystało. Nie kryje jednak, że musiał to być jakiś zły omen, gdy księdzu jedna obrączka wypadła. Tak sobie dziś myśli, bo Zofia przedwcześnie zmarła.

Nie wszystkie da się sprzedać
Ale zanim życie wypełniła tęsknota, szczęśliwie zamieszkali w Krzeszowicach. To tu powstało najwięcej obrazów. Najpierw napędzała go mobilizacja na wypełnienie pustych ścian. Potem już się nad tym nie zastanawiał.

- Pamiętam, jak malowałem wtedy napad wilków. Inspirował mnie Kossak - przyznaje.

Kiedy obrazy zaczęły się sprzedawać, postanowił założyć zeszyt. Katalogował każde dzieło. Potem zeszyty zaczęły się mnożyć. Jak tak dziś zerka, to olejnych miał 2.155, akwareli nie wpisywał, bo tych wyprodukował dziesiątki tysięcy.
- Poupychane gdzie popadnie, bo przecież nie wszystkie da się sprzedać. Dla mnie konie najpiękniejsze, ale ludzie wolą kwiatki. Tych schodzi najwięcej - przyznaje.

Plenery, wyjazdy, wystawy
To było 30 lat temu w Krzeszowicach. Marian Konarski zaczął wokół siebie skupiać nieprofesjonalnych twórców z okolicy. Było ich kilku, między innymi Tadeusz.

- Zaczęliśmy się spotykać, rozmawiać o malarstwie - opowiada.

Tak powstała Grupa Plastyczna Zdrój, do której dołączali też profesjonaliści. Plenery, wyjazdy, wystawy. Konarskiego już z nimi nie ma, ale oni nadal działają.

- Trwamy, choć wystawy niewiele dziś pomagają. Dawniej ludzie więcej obrazów kupowali. Teraz jest z tym problem - przyznaje Tadeusz Gillert.

Mam kilka artystycznych marzeń
Trudno w ludzki gust czasem trafić. Zgłosiła się raz kobieta. Chciała Matkę Boską Częstochowską. Taką akurat, żeby do okna wystawić, gdy procesja idzie.

- Natrudziłem się trochę nad nią. Przyszła pani, pooglądała i mówi: to ja dziękuję, nie kupię, bo mi się nie podoba - opowiada.

Nie ma złudzeń. Nie każdemu można artystycznie dogodzić. Jak traci serce do malowania, bierze się za budowę szopek. W krakowskiej pracowni nikt mu nie przeszkadza. Co dzień tam zagląda, chyba że akurat jest w Krzeszowicach, to nie. Mimo 84 lat ikry ma w sobie wiele. Jeśli nie dzieli czasu z obecną żoną, dla rozrywki jeździ łapać motyle.

- Z artystycznych marzeń to mam kilka, choć pomysłów na nie wiele. Ale jedno snuje mi się od dawna po głowie. Namalować wojującego Kmicica z Tatarami. Myślę, że kiedyś jeszcze to zrobię - zapewnia.

Przełom nr 13 (1237) 30 III 2016

 

(Ewa Solak)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%