Wychodzimy na scenę i widzimy przed sobą całą hollywoodzką elitę w pierwszym rzędzie. Meryl Streep, Dustina Hoffmana. I oni wszyscy biją nam brawo. To było niesłychanie mocne przeżycie - mówi Andrzej Celiński, scenarzysta i współreżyser nominowanego do Oscara filmu "Dzieci z Leningradzkiego" w rozmowie z Michałem Koryczanem.
Michał Koryczan: Andrzej Celiński jako reżyser narodził się już w Chrzanowie, gdzie spędził dwanaście lat swojej młodości?
Andrzej Celiński: Zdecydowanie. To była inspiracja polonistki, pani profesor Giżyckiej. Pewnego dnia przyniosła płytę z nagraniem "Dziadów" z Teatru Starego i tak się zaczęło. Klasa była matematyczna, więc kompletnie w innych tematach. Pani profesor umyśliła sobie, że właśnie ta klasa o ścisłych umysłach zorganizuje coś, co miałoby związek ze sztuką. Zgłosiłem się na ochotnika, że wyreżyseruję spektakl.
Rozpoczynający naukę w I LO w Chrzanowie Andrzej Celiński był zatem bardziej ścisłym umysłem niż humanistą.
- Niekoniecznie. Idąc do klasy matematycznej, nie byłem na to specjalnie zdecydowany. Uzdolnienia matematyczne odkryto u mnie w podstawówce. Pomyślałem, że może nie jest to zły pomysł, szczególnie że czytałem wówczas dużo literatury fantastyczno-naukowej. Wydawało mi się, że może zostanę fizykiem. Nagle pojawił się język polski i romantyzm. Połknąłem tego bakcyla. Zacząłem żyć równoległym życiem. Z jednej strony literatura i teatr, z drugiej matematyka. Zresztą ten przedmiot, podobnie jak fizykę, wybrałem jako dodatkowy na maturze, bo myślałem o studiach na AGH. Złożyłem zresztą papiery na tę uczelnię. Gdyby nie to, że dostałem się do szkoły teatralnej, to pewnie dziś byłbym informatykiem lub kimś takim.
Sentyment do Chrzanowa w panu pozostał.
- Oczywiście. Te wspaniałe wypady z kolegami w podkrakowskie dolinki, kurs wspinaczkowy. Moją pasją była też fotografia. Razem z kolegą mieliśmy ciemnię i robiliśmy w szkole wystawy zdjęć. Życie było naprawdę bogate. Okres w liceum był chyba najbardziej twórczy, jeśli chodzi o rozwój i podejmowane decyzje. Nie sposób też zapomnieć o nauczycielach, profesorze Gałasiu, który fantastycznie uczył nas dyscypliny i odpowiedzialności, profesorze Seczyńskim, moim wychowawcy, anglistce profesor Cichockiej i profesor Giżyckiej. To były bardzo wybitne osobowości. Krótko mówiąc, ja się w szkole nie nudziłem. Wynikało to z tego, że miałem fajnych profesorów oraz świetnych kolegów i koleżanki w klasie.
Młody Andrzej Celiński był grzecznym i ułożonym uczniem?
- Niekoniecznie. Miał trochę przygód. Matka nieraz lądowała na dywaniku. Zdarzały się ekscesy na wycieczkach klasowych, jeszcze w podstawówce. Andrzej Celiński trochę hipisował, nosił długie włosy. Grzeczny nie był, ale w momencie, gdy przyszedłem do liceum, zacząłem się miarkować. Może ze względu na kolegów, którzy byli ludźmi ambitnymi i ciągnęli w górę, pytając choćby o książki, które się przeczytało i które wypadało znać. Można powiedzieć, że to był taki zdrowy snobizm. Moja klasa nie dość, że się lubiła, to jeszcze inspirowała.
Z częścią kolegów z klasy wciąż utrzymuje pan kontakt.
- Te przyjaźnie gdzieś tam zostały. Sporo osób porozjeżdżało się po Polsce i świecie. Jedna po latach wróciła do Chrzanowa.
Może pan też tu wróci?
- Niewykluczone. Moje miejsce zamieszkania jest obojętne z punktu widzenia pracy. I tak jadę robić spektakl lub zdjęcia do Krakowa, Ostrawy czy Berlina. Moje miejsce zamieszkania jest tam, gdzie stawiam komputer i piszę scenariusz.
Nominacja do Oscara w 2005 roku za film "Dzieci z Leningradzkiego" to najważniejszy dotychczasowy moment w pracy artystycznej?
- Na pewno przełomowy, otwierający pewne możliwości. Zawsze powołanie się na nominację do Oscara robi wrażenie. To najbardziej nagłośniona nagroda. Samo dostanie się do nominowanej czwórki spośród tysiąca pięciuset najlepszych filmów danego roku to już jest wielki sukces. Cała ta przygoda związana z wyjazdem, Kodak Theatre (obecnie Dolby Theatre, teatr w Los Angeles, znany z corocznej ceremonii wręczenia Oscarów - dop. red.) i wyjściem na scenę. W tym właśnie momencie widzieliśmy przed sobą całą hollywoodzką elitę w pierwszym rzędzie. Meryl Streep, Dustina Hoffmana. I oni wszyscy bili nam brawo. To było niesłychanie mocne przeżycie.
O nominacji do Oscara dowiedział się pan z dala od domu i najbliższych.
- Na lotnisku w Chicago, gdy tylko pozwolili włączyć komórki, telefon się rozdzwonił i dowiedziałem się o tym. Obcy ludzie pytali, z czego ja się tak cieszę. Wtedy wszyscy zaczęli mi gratulować. To było bardzo fajne.
W swoich filmach porusza pan tematykę ludzkich tragedii, w których wydawałoby się próżno szukać optymistycznych akcentów.
- Staram się jednak zawsze sprzedać nutę optymizmu. Choćby w zakończeniu filmu "Kabaret śmierci" (opowieść o artystach żydowskiego pochodzenia, dla których sztuka i poczucie humoru służyły za broń w walce o przetrwanie oraz "o duszę i godność" w czasie pobytu w gettach i obozach koncentracyjnych II wojny światowej - dop. red.) ptak wylatujący w przestworza. Ma on znaczyć mniej więcej tyle, że coś przetrwało z kultury. Że Leopold Kozłowski i jego muzyka żyją. Mnie fascynuje ogólnie okres drugiej wojny światowej. Uważam, że był to taki przełomowy punkt. Nasze myślenie o świecie bardzo się zmieniło. Żeby rozumieć współczesny świat, trzeba dobrze rozumieć to, co się wydarzyło właśnie wtedy.
Przeczytałem w jednym artykule, że należy pan do reżyserów, których aktorzy się boją.
- Jestem wymagający, ale nie stosuję terroru ani na próbach, ani podczas zdjęć. Raczej szukam porozumienia. Na pewno nie zadowalam się byle czym tak długo, aż uzyskam ten efekt, o który mi chodzi. Sam jestem aktorem, bo najpierw skończyłem studia aktorskie, zanim poszedłem na reżyserię. To bardzo pomaga w prowadzeniu aktora i łatwiej jest mi się z nim porozumieć. To rozmowa praktyka z praktykiem. Dlatego myślę, że lubią ze mną pracować.
Nakręcił pan też film o tematyce sportowej, konkretnie o żużlu. Jest pan miłośnikiem tego sportu?
- Nie byłem, ale stałem się nim. Te wszystkie nazwiska niewiele mi mówiły, dopóki nie zacząłem pracy nad filmem. Spędziłem wiele godzin w sektorze dla prasy, filmując to wszystko. Zrobiłem historię chłopaka, któremu się nie udaje ta kariera. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie ze sportem, który jest specyficzny, jeśli chodzi o filmowanie. W telewizji jesteśmy przyzwyczajeni do dość wysokiego poziomu realizacji. Jak więc to zrobić, żeby pokazać to wszystko inaczej niż w telewizjach sportowych.
Jest pomysł, by wyreżyserował pan film o postaci ściśle związanej z Chrzanowem, czyli o księdzu Michale Potaczale.
- To ksiądz, który uczył mnie religii. Znałem go więc bardzo dobrze. Nieraz zdarzało mi się z nim rozmawiać, nawet na tematy związane z fizyką i podróżami kosmicznymi, bo był on człowiekiem mającym naukowe zainteresowania. Często podczas lekcji religii zbaczał w takie rejony. Na pewno jest bardzo dobrym bohaterem dla filmu dokumentalnego i być może coś się z tego urodzi.
Przełom nr 8 (1232) 24 II 2016

20.04.2026
OSŁONY okienne na wymiar, Tel. 731-496-146.

18.04.2026
OFERUJĘ budowę indywidualnie dostosowanych domków ...

25.03.2026
MALOWANIE, gładź bezpyłowa, regipsy, panele podłog...
Spór o mieszkania SIM w Chrzanowie
Radni chcieli sesji nadzwyczajnej, ale jak widać, burmistrz Latko troszczy się szybciej i sprawniej o mieszkańców i już jest spotkanie, dziękujemy!
absurd
15:13, 2026-05-21
Spór o mieszkania SIM w Chrzanowie
Pan burmistrz dobrze wiedział o co ci chodzi. A teraz udaje ze nie wie i nie chce się wypowiadać na ten temat , popieram tych ludzi którzy rozwiązali umowy, i mam nadzieję ze inni tez tak zrobią, te mieszkania to zwykła siema
Chrzanow wita
14:46, 2026-05-21
Spór o mieszkania SIM w Chrzanowie
Przecież burmistrz, to pachołek Tuska. Nie liczcie na to , że Wam pomoże. Trzeba zrobić referendum, tak jak w Krakowie i wybrać innego burmistrza. Wtedy może będzie lepiej.
Gieks
13:30, 2026-05-21
Spór o mieszkania SIM w Chrzanowie
A co na to nasz Robert - może redakcja go dopytać, bo po budowie latał i wywiadów udzielał .......
:)
13:18, 2026-05-21
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz