EMIL TOBOLSKI. Woda to jego żywioł - przelom.pl

Do poczytania

Zamknij

EMIL TOBOLSKI. Woda to jego żywioł

Anna Jarguz 15:56, 11.01.2016
Skomentuj EMIL TOBOLSKI. Woda to jego żywioł Emil Tobolski, wieloletni prezes Rejonowego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Chrzanowie

Zawodowo, przez ponad trzydzieści lat, Emil Tobolski interesował się wodą płynącą z kranów. Prywatnie zawsze go ciągnęło na jeziora, morza, oceany. Po odejściu z chrzanowskich wodociągów ma więcej czasu na realizację swoich pasji. Marzy o dalekiej wyprawie. Kierunek: Karaiby.

Anna Jarguz: Żegluje pan, gra w siatkówkę, maluje, rzeźbi w drewnie. Słowem - prawdziwy człowiek renesansu.
Emil Tobolski: Za wyjątkiem żeglowania, reszta to amatorstwo.

Słyszałam, że przepłynął pan żaglówką spory kawałek kuli ziemskiej.
- Zawsze marzyłem o samotnym rejsie dookoła świata i, niestety, wciąż jest to tylko marzenie. Faktycznie widziałem wiele pięknych miejsc. Byłem choćby w Ameryce, uczestnicząc w Operacji Żagiel. Wyprawa trwała ponad półtora miesiąca. Pływałem po Atlantyku czy Morzu Śródziemnym, gdzie tanio można było wyczarterować dobry jacht. Dawniej ten sport był bardziej dostępny. Dziś jest kosztowny. Wynajęcie żaglówki, choćby na mazurskich jeziorach, nie jest tanie, szczególnie dla młodych.

Miał pan własny jacht, ale go sprzedał. W końcu nadszedł czas, by się nim nacieszyć.
- To był niewielki jacht śródlądowy. Nazwałem go "Dzień dobry". Gdy jechałem z nim na Mazury, wszyscy mi machali i mówili "dzień dobry". To były piękne czasy.

To dlaczego pan go sprzedał?
- Myślałem, że moje dzieci wykażą większe zainteresowanie żeglarstwem. Syn kilka razy ze mną pływał, ale wybrał swoje pasje. Żeglarstwo aż tak go nie pociąga. Zresztą, dziś Mazury są tak zatłoczone, że płynąc, co chwilę trzeba mówić przepraszam. Przyjemność zdecydowanie mniejsza niż przed laty.

Co pana pociąga w żeglarstwie?
- Poranki, gdy człowiek wychodzi na pokład, a wokół niego nic, tylko cisza. Czasami widzi ląd, czasami jedynie wodę. To jest prawdziwe obcowanie z przyrodą. No i ta ciągła walka z żywiołem. Nie ma rejsu bez trudnych warunków. Zawsze coś się przydarzy. Po takich podróżach człowiek wraca zmęczony, obolały, bo spanie w kajucie nie jest wygodne. Po kilku miesiącach na lądzie znów chce wracać na jacht. Liczy się również atmosfera. Mam zaprzyjaźnioną grupę. To ogromna przyjemność pograć w brydża, pogadać, wspólnie pośpiewać, pośmiać się. Inne słabości też są.

Powiedział pan, że podczas rejsu zawsze coś się wydarzy. Jacht, którym pan kiedyś pływał, w kolejnym roku rozbił się na skałach. Zginęli ludzie. Słysząc o tragedii, nie miał pan oporów przed ponownym wejściem na pokład? Rodzina nie zatrzymywała pana w domu?
- Nie, nigdy. Jako komandor uczestniczyłem w dziesiątkach kursów żeglarskich. Bezpieczeństwo było i jest dla mnie najważniejsze, dlatego nigdy nie ryzykowałem. Ludzie na statku przede wszystkim muszą umieć pływać, posiadać sprzęt i nigdy nie wyruszać, gdy widzą, że pogoda się zmienia. Trzeba umieć przewidywać. Nie ma też co zgrywać bohatera. Gdy zaczyna się robić niebezpiecznie, należy zacumować od strony zawietrznej i czekać na poprawę pogody. Każdy mój powrót był szczęśliwy. Pamiętam tragedię na Mazurach, gdy grupa ludzi zginęła przez biały szkwał. Do dziś się dziwię, że do tego doszło. Przecież patrzyli w niebo, więc powinni wiedzieć, że coś takiego może się zdarzyć.

Teraz jest pan na emeryturze. Może czas na samotną wyprawę dokoła świata?
- Trzeba mierzyć siły na zamiary. Mam swoje lata i sam już bym się nie odważył. Ale z kimś, czemu nie? Muszę tylko poprawić kondycję i kto wie, może uda się wypłynąć w kilkumiesięczny rejs. Myślimy wybrać się na Karaiby.
Mówi pan o tym, jakby to był wypad do Ciechocinka. Znam kilku emerytów. Zanim odeszli z pracy, mieli plany, a teraz dzień upływa im w fotelu z pilotem w ręce.
- To nie ja. Mam tyle spraw do załatwienia, że stu lat by mi zabrakło. Lubię być w ruchu, coś robić.

Ponoć świetnie gra pan w siatkówkę.
- Świetnie? Nawet wzrostu nie mam do siatkówki.

Dlatego trochę mnie to zaskoczyło. Pańscy znajomi mówią jednak, że jest pan naprawdę dobry.
- Od małego uprawiałem jakiś sport. Było kajakarstwo, żeglarstwo i siatkówka. Gram od ponad czterdziestu lat. Dziś mamy stałą drużynę. Są starsi i dużo młodsi. Spotykamy się na sali w każdy piątek. To już taka tradycja. Mam też trawiaste boisko u siebie. Czasami tam gramy. Lubię się ruszać, lubię rywalizację. Zawsze tak było.

Pana tata był stolarzem. Ponoć pan też świetnie radzi sobie z drewnem.
- W moim przypadku to tylko hobby. Gdyby natomiast mój tata miał takie maszyny, jakie ja sobie sprawiłem, byłby mistrzem. Po prostu lubię zrobić sobie drewniane rzeczy do ogrodu, coś do domu. Podobnie mój syn. Po co kupować pergole w markecie, jak samemu można je zrobić? Drewno to wdzięczny materiał.

Najbardziej zaskoczyło mnie, że maluje pan obrazy.
- Kiedyś próbowałem malować, może znów spróbuję. Kilka obrazów stworzyłem, kilka rozdałem. Naprawdę nie ma o czym mówić. Chyba każdy ma taki etap w życiu, że interesuje go coś innego. Mnie zaczęło zajmować malarstwo. Okazało się, że to nie taka łatwa sztuka do opanowania, bo mieszania farb trzeba się nauczyć. Malując, można jednak oderwać się od wszystkich innych problemów. To uspokaja. W końcu zainteresowałem się czymś innym.

Kojarzę pana z licznych wystąpień publicznych: czy to ze spotkań z radnymi, czy mieszkańcami. Zawsze był pan opanowany, poważny, nigdy nie dał się sprowokować. Tymczasem byli już pracownicy mówią, że z pana jest "jajcarz".
- Bardzo lubię ludzi z humorem. Lubię sobie pokpić, także z siebie. Nie znoszę osób zasadniczych, smutnych. Zauważyłem, że inni też od nich stronią. Ale nie zawsze tak było. Człowiek musiał do tego dojrzeć. Dawniej czasami nie mogłem się doczekać następnego dnia, by powiedzieć komuś, kto coś zepsuł, kilka przykrych słów. Przekonałem się, że to nie przynosi efektów. Nie mówię, że trzeba być pobłażliwym, ale krzykiem, poniżaniem niczego nie osiągniemy.

Jak to było z tym Ludwikiem na Dzień Kobiet w RPWiK?
- O tym też pani wie? Zorganizowałem konkurs na najlepszy wypiek, potrawę. Panie przygotowały pyszne ciasta, pasztety. Najlepszy przepis został nagrodzony dużym płynem do mycia naczyń, kolejne już mniejszymi. Szef musi dbać o dobrą atmosferę w firmie. Powinien pamiętać o tym każdy mój następca. I mieć fajnego zastępcę. Ja miałem wspaniałego. Pracowaliśmy przez wiele lat i nigdy nie było między nami nieporozumień. Miałem szczęście.

*****
Emil Tobolski. Rocznik 1942. Ukończył technikum budowlane w Krakowie. Jest absolwentem Politechniki Krakowskiej na wydziale budownictwa. Karierę zawodową zaczynał w Miejskim Przedsiębiorstwie Remontowo-Budowlanym w Chrzanowie. W 1965 roku przyszedł do wodociągów, ale nie na długo. W 1979 roku został dyrektorem ds. technicznych przedsiębiorstwa robót komunalnych, potem zastępcą prezesa PSM w Chrzanowie. W 1983 roku wrócił do RPWiK i rządził spółką do listopada 2015 roku.

PRZEŁOM nr 51 (1224) 22 XII 2015

 

(Anna Jarguz)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%