TOMASZ SIBA. Funty opłaca się wydawać w Polsce - przelom.pl

Do poczytania

Zamknij

TOMASZ SIBA. Funty opłaca się wydawać w Polsce

Michał Koryczan 15:32, 04.12.2015
Skomentuj TOMASZ SIBA. Funty opłaca się wydawać w Polsce Tomasz Siba z żoną Barbarą Brzózką podczas pobytu w Londynie. W tle słynny Tower Bridge. Fot. Z archiwum Tomasza Siby

Anglia to kraj, w którym żyje się łatwiej, lecz nie beztrosko. Dokucza dużo rzeczy: klimat, przeludnienie, ciasnota i - jak chyba wszędzie na emigracji - wyobcowanie. Kolega został kiedyś obrzucony przez młodzież zgniłymi jabłkami, ale dawniej było jeszcze gorzej - mówi pochodzący z Jankowic Tomasz Siba, od kilku lat mieszkający Wielkiej Brytanii.

Michał Koryczan: Co zdecydowało o wyjeździe za granicę? Małe szanse na znalezienie w kraju dobrej pracy czy perspektywa robienia tego samego za lepsze pieniądze?
Tomasz Siba: Pierwszy raz wyjechałem w 2006 roku. Zaraz po maturze. Było to spowodowane zarówno ciekawością, jak i chęcią dorobienia sobie. Pobyt okazał się tak dużym sukcesem i przygodą, że pomimo powrotu do ojczyzny i podjęcia studiów myślałem o emigracji. Karierę zawodową rozpocząłem w Polsce, ale kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu, chętnie z niej skorzystałem. Choć miałem niezłe, jak na Polskę, zatrudnienie. Kierowały mną zarobki, ale też lepsza kultura pracy na Zachodzie.

Zwiedził pan już trochę Europy.
- Najpierw Wielka Brytania. To najłatwiejsza i ogólnodostępna opcja. Śmiem twierdzić, że gdy otwarły się granice, pracę dostawał każdy. Nawet ludzie z zerową znajomością języka. Przyjeżdżałem tu dwa razy z rzędu na wakacje. Później, w czasie kryzysu, przy słabym kursie funta, gdy robota fizyczna przestała się opłacać, wybrałem Norwegię. Pracowałem jako pomoc przy zbiorach. Nie było szału pod względem finansowym, jednak przygoda niesamowita. Dotarliśmy pod biegun, gdzie w lecie słońce prawie nie zachodzi. Mieszkaliśmy w domu nad fiordem, wędkowaliśmy. Normalnie jak w filmie. No, może poza harówką po dziesięć godzin, przez sześć dni w tygodniu. Był to jednorazowy wypad na półtora miesiąca. Po ukończeniu studiów pracowałem, jak wspomniałem, w Polsce. Potem ponownie pojawiłem się w Wielkiej Brytanii. Aktualnie mieszkam w Leicester.

Żonę poznał pan w Polsce czy za granicą?
- W kraju, pod koniec studiów. Dołączyła do mnie, gdy już zacząłem pracę w Wielkiej Brytanii. Można powiedzieć, że ten wyjazd był dla niej dużo większym sukcesem. W Polsce pracowała za minimalną pensję. W Anglii najpierw sprzątała czy pakowała w magazynie. Po dwóch latach została brygadzistką.

Pan zajmuje się projektowaniem silników lotniczych.
- Działam w tym biznesie od skończenia studiów, czyli od czterech lat. Ukończyłem wydział mechaniczny na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Zawsze myślałem o karierze w przemyśle samochodowym, ale lotnictwo to coś pokrewnego. Czy projektuje się piece, żarówki lub silniki, to panują podobne zasady. Z kolei wynagrodzenie to temat subiektywny. Jest mnóstwo profesji, w których zarabia się więcej, bez konieczności kończenia wyczerpujących studiów i zdobywania skomplikowanych kwalifikacji. Bywa też odwrotnie. Mój zawód jest gdzieś pośrodku.

A co z aklimatyzacją w nowych środowiskach?
- Moje pierwsze kroki w Wielkiej Brytanii stawiałem, mając osiemnaście lat. Wtedy pomagali mi życzliwi rodacy i tubylcy. Później bywało też na odwrót. Z czasem jest coraz łatwiej, bo w grę wchodzi doświadczenie. Zawsze byłem samodzielny, więc przygotowanie jedzenia, zakupy, orientacja w obcym miejscu nie stanowiły nigdy problemu.

Usłyszał pan kiedyś za granicą, że zabiera tubylcom pracę i w związku z tym nie jest mile widziany?

- Nigdy wprost. Zwłaszcza w Wielkiej Brytanii ludzie są bardzo powściągliwi w wyrażaniu niezadowolenia. Generalnie jednak to, co mówią w telewizji o niechęci do imigrantów, cały ten negatywny PR (public relations - dop. aut.), to prawda. Kolega został kiedyś obrzucony zgniłymi jabłkami, ale dawniej było jeszcze gorzej. Demolowano samochody na polskich rejestracjach. Zdarzały się pobicia, po prostu ludzie się bali. Teraz nie ma zagrożenia. Z perspektywy prostego człowieka można to zrozumieć. Załóżmy, że w polskiej firmie zatrudniają 70 procent obcokrajowców pracujących za 1.200 złotych dwa razy szybciej niż ty za dwa tysiące złotych. Nie zmienia to faktu, że Anglicy nie rozumieją, jak zbawienny dla gospodarki jest pobyt imigrantów. Poza tym pisali się na to, będąc w Unii Europejskiej. Teraz chcą ją opuścić. Przypomina to wybieranie wyłącznie korzyści, a unikanie obowiązków.

Wielokulturowość w Wielkiej Brytanii pana przeraża czy fascynuje?
- Zdecydowanie przeraża, a raczej odrzuca. Nie chcę być hipokrytą, sami jesteśmy tu gośćmi. Kultura europejska jest jednak dość spójna, natomiast przybysze, zwłaszcza Arabowie czy Hindusi, chcą narzucać swoje zasady. Niechęć i dystans, a skrajnie - nienawiść do chrześcijan czy ogólnie "białych" jest wpisana w ich kulturę. Jak tacy ludzie kiedykolwiek się zasymilują? Kto tego nie rozumie, jest bardzo krótkowzroczny. Sądzę, że prawdziwe problemy społeczne tego kraju są dopiero przed nim. Pomijam nawet aspekty ekonomiczne, czyli powszechnie znane wyłudzenia zasiłków przez muzułmanów, tak chętnie przypisywane Polakom.

W Wielkiej Brytanii znalazł pan swoje miejsce na Ziemi?
- Anglia to kraj, w którym żyje się łatwiej, lecz nie beztrosko. Dokucza dużo rzeczy: klimat, przeludnienie, ciasnota i - jak chyba wszędzie na emigracji - wyobcowanie. Ludzie, którzy tu przebywają, mają podobne odczucia. Niektórzy uważają inaczej, ale wtedy oszukują sami siebie. Większość chciałaby kiedyś wrócić. W Polsce musiałyby zajść zmiany, żeby ludzie mogli sobie na to pozwolić.

Mieszkający od paru lat w Anglii trzebinianin Maciej Molęda podkreśla, że po przyjeździe mógł liczyć na pomoc rodaków, szczególnie pochodzących z ziemi chrzanowskiej. A pan?
- Dawnymi laty, gdy była nas tu garstka, ludzie byli bardzo życzliwi. W sumie nie trafiłbym tutaj, gdyby nie mój wujek, który pomógł mi na początku z aklimatyzacją. Później bardzo się to pogorszyło. Obecnie Polacy raczej ze sobą rywalizują, ewentualnie zamykają się w swoich ciasnych kręgach, a już na pewno na ogół sobie nie pomagają. Niestety, jesteśmy dziwnym narodem. Przykładowo Hindusi czy Arabowie wspierają się nawzajem. Spotkałem wiele sytuacji, kiedy szefowie Polacy poniżali rodaków. Inni wręcz nienawistnie podkładali sobie kłody pod nogi.

Myślicie z żoną o powrocie do Polski?
- Jak najbardziej. Budujemy w Polsce dom. Tutaj przebywa nasza rodzina. Uważam, że nasz region jest dość bogaty, nawet w odniesieniu do całej Europy. Nie mamy się czego wstydzić, za wyjątkiem infrastruktury, przepisów i chyba mentalności. Oczywiście, pobyt za granicą to finansowy zastrzyk. Aby jednak żyć w Wielkiej Brytanii na takim poziomie, że ma się własny dom, dwa samochody, dwójkę czy trójkę dzieci, to nie jest łatwo. Mówię o tym, że zarobki w stosunku do kosztów życia nie są aż tak atrakcyjne, jak sobie wiele osób wyobraża. Ludzie często biorą pensje brutto gdzieś z sufitu i mnożą przez sześć złotych. Za dom o powierzchni stu metrów kwadratowych na wsi z miniogródkiem trzeba dać od 120 do 300 tysięcy funtów, przy zarobkach około 1.400 funtów netto miesięcznie, a tyle dostaje 80 procent Polaków. Dla mnie to nieduży rozrzut w porównaniu do Polski. Oczywiście, mnóstwo dóbr jest wręcz tańszych niż u nas, na przykład ubrania i jedzenie. Patrząc obiektywnie, jedyne co się naprawdę jeszcze opłaca, to zarabiać pieniądze za granicą, a wydawać je w Polsce.

 

(Michał Koryczan)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%