Jak skowronek i sowa - przelom.pl

Do poczytania

Zamknij

Jak skowronek i sowa

Ewa Solak 10:43, 04.12.2015
Skomentuj Jak skowronek i sowa Bogusława Bębenek Fot. Ewa Solak

Ja gotuję. Mąż specjalizuje się tylko w przygotowywaniu herbaty. A! Przepraszam! Danie, które wychodzi mu idealnie, to pieczone ziemniaki. Zawsze, gdy jeździ do akcji, to się denerwuję. Nawet teraz, po latach. Nie śpię, czekam. Ale to jego życie, jego żywioł - o Marku Bębenku, komendancie Państwowej Straży Pożarnej w Chrzanowie, opowiada jego żona Bogusława.

Ewa Solak: To jak to jest u Bębenków? Kto rządzi w domu?
Bogusława Bębenek: Pani się pyta? No, jak to kto? Komendant!

Ustawia domowników po kątach?
- Nie, no bez przesady! Zażartowałam. Ale chyba się przyzwyczaił do wydawania rozkazów w pracy, więc w domu też lubi dyscyplinę. Jest stanowczy, ma dominujący charakter, ale nie w tym sensie, żeby krzyczał. Spokojny, wyważony. No, chyba że się mocno zdenerwuje, wtedy wyrzuca z siebie złość.

A pani?
- Ja odwrotnie. Raczej milczę, czego mąż też nie lubi. Czasem mówi mi, że wolałby, żebym sobie pokrzyczała. Ale mimo że mamy odmienne charaktery, uzupełniamy się. Dobrze nam ze sobą. Złamaliśmy też wszystkie zasady rządzące horoskopami. Mąż jest bykiem, a ja lwem. To ponoć znaki, które nie mogą się ze sobą zgodzić. A my się zgadzamy. Znamy się zresztą od tylu lat!

Od ilu?
- Ponad 30! Poznaliśmy się w liceum, w chrzanowskim Staszicu. Chodziliśmy do jednej klasy, no i wracaliśmy w tę samą stronę PKS-em do domu. Ja do Płazy, on do Rozkochowa. Jak sobie to przypomnę! Grał na gitarze, malował. Chciał zresztą studiować na akademii sztuk pięknych, ale nie dostał się i poszedł do szkoły chorążych w Krakowie.

Wolałaby pani męża artystę?
- Raczej nie. Dobrze się stało, bo jednak dla kobiety ważna jest stabilizacja. A artyści, to wie pani, mają swoje wizje. Nigdy nie wiadomo, co będzie. Ale Marek zawsze był bardziej humanistą niż umysłem ścisłym. Ja znowu odwrotnie. Wolałam matematykę. Pracuję w kadrach, na Janinie.

Pani na kopalni, mąż w straży pożarnej.
- I każdy ma swój mundur! Musimy sobie kiedyś razem w nich zrobić zdjęcia. Ja co prawda zakładam go bardzo rzadko, ale to byłby dobry pomysł.

Syn nie chciał iść w ślady ojca?
- Tomek jest bardziej podobny do mnie. Zawsze lubił gotować. Jest kucharzem.

Komendant nie jest zawiedziony?
- Nie, nigdy nie namawiał syna do bycia strażakiem. Mówił co prawda, że pod względem socjalnym i finansowym to bardziej stabilne zajęcie, ale nie nakłaniał go do tego.

Styka się pani na co dzień z górnikami. Wyobraża pani sobie męża w zawodzie górnika?
- Nie, to raczej niemożliwe. Nie widzę go w pracy pod ziemią.

Życie ze strażakiem może być dość stresujące.
- Nerwowe - czasem tak. Zwłaszcza gdy w nocy dzwoni telefon. A jak o późnej porze telefonują do komendanta, to wiadomo, że jest ciężko.

Nigdy się pani nie bała o męża?
- Zawsze, gdy jeździ do akcji, się denerwuję. Nawet teraz, po latach. Nie śpię, czekam, martwię się. Ale to jego życie, jego żywioł. Nieraz nawet, gdy nie musiał jechać do akcji, to wolał tam być, bo też był cały w nerwach.

Co pani mówi mężowi, gdy wyrusza do akcji?
- Zawsze jest wtedy straszne zamieszanie. Marek błyskawicznie się ubiera. Myślami jest już tam, więc czasem nawet nie wie, że coś do niego mówię. Tylko: "Pa kochanie, pa". I już go nie ma.

Jest pani drobnej postury. Mąż za to bardzo postawny. Wybrała go pani, bo czuje się pewniej, bezpieczniej?
- Zawsze żartowałam, że śmiesznie wyglądamy. On metr osiemdziesiąt pięć, a ja ledwie metr pięćdziesiąt cztery. Nie myślałam nigdy o tym poczuciu bezpieczeństwa, ale być może coś w tym jest.

Bycie panią komendantową zobowiązuje. Lubi pani tę rolę?
- Nie przeszkadza mi to, bo nie muszę publicznie występować, wypowiadać się. A to by mnie chyba emocjonalnie pogrążyło. Wolę pozostawać w cieniu.

Znów odwrotnie niż mąż...
- Markowi nie przeszkadzają publiczne wystąpienia. Nie krępuje się, jest naturalny. Dobrze sobie z tym radzi.

A jak jest w domu? Macie jakiś podział obowiązków?
- Ja gotuję, bo mąż specjalizuje się tylko w przygotowywaniu herbaty. A! Przepraszam! Danie, które wychodzi mu idealnie, to pieczone ziemniaki.

A sprzątanie?
- Z tym też jest u męża ciężko. Co prawda u siebie zawsze ma porządek, ale to na mnie spada opieka nad codziennym gotowaniem, prasowaniem i tak dalej. Jemu pozostaje działka i ogród.

To dobrze mu z panią.
- Ja myślę! Obojgu nam razem dobrze. A propos naszych różnic, to czasem śmieję się, że jesteśmy jak sowa i skowronek. Mąż potrafi siedzieć nad czymś do późnej nocy, a ja wolę wcześniej się położyć i wcześniej wstać, żeby coś załatwić. Dlatego to ja zawsze rano robię śniadania. Mąż za to jest przeszczęśliwy, gdy latem może oddać się ogrodnictwu. Kiedy zajmowaliśmy mieszkanie na libiąskiej Flagówce, takich możliwości nie miał. Obecnie mieszkamy w jego rodzinnym domu w Rozkochowie.

A robicie coś razem?
- Czasem jeździmy wspólnie na zakupy, rzadziej do kina, bo brakuje czasu. Ale lubimy razem na przykład obejrzeć w domu film, pogadać z sobą. Jeździmy razem na wycieczki. Kochamy się.

 

(Ewa Solak)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%