Kudłate szczęście - przelom.pl

Do poczytania

Zamknij

Kudłate szczęście

Eliza Jarguz-Banasik 10:39, 04.12.2015
Skomentuj Kudłate szczęście Beata i Radosław Tobiaszowie mówią, że są rodziną wielodzietną. Każde przygarnięte przez nich zwierzę czuje się kochane. Fot. Eliza Jarguz-Banasik

Dom Tobiaszów jest niezwykły, tak jak niezwykli są jego właściciele. Ciepło, pachnie swojskim chlebem, a z każdego kąta wygląda miłość.

Panią Beatę i jej męża poznałam dwa lata temu. Zadzwonili do redakcji, że na osiedlu Gwarków wałęsa się bezpańska suczka. Prosili, by pomóc im odnaleźć właściciela albo kogoś, kto ją przygarnie. Sami nie mogli, bo w niewielkim mieszkaniu przytulili już kilka psów i kotów. Do tego żako kongijskie o imieniu Bazyl, lubiące głośno gadać.

Azyl...
Marzył im się dom. Rok temu wreszcie się udało. Sprowadzili się do Czernej. Budynek stary, ale za to duży ogród. Dla zwierzaków to raj. Pomyślałam, że wproszę się na herbatę, by zobaczyć nowe włości. Bez wahania się zgodzili.

- Proszę wjechać na podwórko. Zaraz wyjdzie żona, pójdziemy do środka. Ona potrafi zapanować nad dziećmi - śmieje się Radosław Tobiasz.

Dzieci to ponad dwadzieścia kotów i prawie tyle samo psów. Tobiaszowie nie są w stanie zliczyć, ile właściwie ich tu mieszka. Wszystkie kochają tak samo.

W drzwiach ganku staje Beata. Uśmiechnięta zaprasza do środka. Następnie wita mnie Tola. Nie chce dać się pogłaskać. Szczeka, jest nieufna. Za to Zuzia (amstafka) od razu się łasi. W ocieplanej kamizelce wygląda słodko.
- Marzną jej plecy - wyjaśnia właścicielka.

Wader to największy z psów, ale jakoś nie budzi strachu. Od razu widać, że lubi pieszczoty. Beata żartuje, że to teaki misiek.

Wchodzę do kuchni. Tu wita mnie radosny jazgot. U stóp mam małą "watahę": pinczerki, chihuahua, kundelki. Szczekają, bo widzą mnie pierwszy raz. Życie je nauczyło, że ludzie potrafią być okrutni. Nieśmiało wyciągam rękę.
- Mogę pogłaskać? - pytam właścicieli.

Kiwają głowami. Najodważniejsza jest Niunia. Liże mi rękę, próbuje wdrapać się na kolana. Po chwili inne zwierzaki idą w jej ślady. Zdobywam ich zaufanie i robi się cicho. Siadamy z gospodarzami w salonie, przy herbacie. Czworonogi rozkładają się na legowiskach i podłodze. Inne wskakują na fotele i sofę. Nikt ich nie przegania.

Rodzina wielodzietna
- Prywatnych psów mamy pięć. Resztę przyjęliśmy na pobyt tymczasowy, ale pewnie tu zostaną. Minęło sporo czasu, wiele jest schorowanych. Trudno byłoby znaleźć im nowy dom - mówi Beata Tobiasz.

Na parapecie wylegują się koty. Na większości moja wizyta nie zrobiła żadnego wrażenia. Tylko Daisy jest towarzyska. Zaczepia łapką, by się z nią bawić.  Właściciele mówią, że każde zwierzę jest inne, ma inny temperament i swoją historię.

Tola została wzięta ze schroniska w Katowicach. Miała lęk separacyjny. Niszczyła wszystko, co jej wpadło w zęby. Dwa miesiące trzeba było z nią na zmianę siedzieć. Zuzia trafiła do Tobiaszów z ulicy. Była zarobaczona. O jej życie walczyli ponad półtora miesiąca.

- Wadera przez rok dokarmialiśmy. Mieszkał na posesji przy ul. Św. Stanisława w Trzebini. Właścicielka wyjechała i zostawiła dwa psy na pastwę losu. Pierwszy, dużo mniejszy, znalazł dom od razu. Wader był stary i schorowany. Nikt go nie chciał. Zdecydowaliśmy, że zostanie z nami - przyznaje Radosław Tobiasz.

Bianka jest z hodowli. Kupiła ją jakaś kobieta, a Tobiaszowie mieli jej Biankę tylko dostarczyć, bo mają firmę transportującą zwierzęta. Gdy okazało się, że klientka się rozmyśliła, nie mieli serca oddać suczki. Została w Czernej.
- Ona niewinnie wygląda. W rzeczywistości to adwokat diabła. Pierwsza wszczyna awantury. Jest mała, ale wszystkich sobie podporządkowała. Nawet Wader podchodzi do niej z dystansem - przyznaje Beata.

Tobiaszowie mówią o sobie rodzina wielodzietna i żartują, że należą im się z tego tytułu zniżki.

Domowy szpital
Chihuahua pochodzą z nielegalnej hodowli pod Łodzią, zlikwidowanej przez Pogotowie dla Zwierząt w Trzciance. Tobiaszowie przyjęli piętnaście szczeniąt. Wszystkie wychudzone, chore i zarobaczone. Tylko pięć przeżyło. Koty też są głównie z akcji odławiania bezdomnych zwierząt. Inne trafiły tu z melin. Pijani właściciele nie dbali o nie. Wiele z nich ma koci katar. To groźna choroba. Kot może stracić wzrok, mieć inne komplikacje. Trzeba się nim opiekować, podawać leki. Mało komu się chce.

- Choroby naszych dzieci mamy w małym palcu. Koci katar, parwowiroza, robaczyca, nosówka... Chwilami dom przypomina szpital dla zwierząt. Na diagnozy jeździmy do lecznicy weterynaryjnej, ale żeby nie męczyć "pacjentów", kroplówki czy zastrzyki podajemy sami - opowiada Beata.

- Na stole leży czasem dwadzieścia strzykawek. Mamy cały harmonogram, żeby się nie pomylić, komu podaliśmy lek, a kto musi go dostać - tłumaczy Radek.

Bez pomocy lekarzy nie daliby rady. Najwięcej serca okazali ci z Mydlanej w Chrzanowie.
- To najlepsza lecznica weterynaryjna na świecie. Mamy do nich pełne zaufanie. Leczenie zwierząt to spory wydatek, a na Mydlanej nigdy nie pytają o pieniądze. Gdy chihuahua trzeba było wozić codziennie, bałam się, czy będzie nas stać zapłacić rachunek. Przyszedł ten moment, a ja się rozpłakałam, widząc, jak niska jest ta kwota. Gdzie indziej na pewno zapłacilibyśmy dużo więcej - podkreśla kobieta.

Nie każde zwierzę udaje się uratować. Gdy pies czy kot odchodzi, to najtrudniejszy moment. Boli, jak po utracie bliskich. Każda śmierć jest straszna, ale gdy na rękach kona kolejny szczeniak, przychodzi zwątpienie.

- Nie lubię się mazać, ale gdy padło dziesięć szczeniąt chihuahua, nie mogłam przestać płakać. Przyszła myśl, że to wszystko nie ma sensu. Miałam ochotę uciec. W końcu się pozbierałam, ale każdego zwierzaka, który był z nami, na zawsze zapamiętam - wzrusza się kobieta a łzy znów cisną się do jej oczu.

Przyjaciele też odchodzą
Posiadanie tylu zwierząt to liczne obowiązki. Dzień jest dostosowany do ich potrzeb. Pobudka między
5 a 6. Potem sprzątanie. Po porannym spacerze jest śniadanie.

- Pojedzą i znów idą spać. Mąż jedzie do pracy, a jak ma wolne, to mi pomaga. Bierzemy się z synem za robotę. Znów porządki, gotowanie obiadu. Pracy jest dużo. Dzieciaki trzeba wziąć na dłuższy spacer. Obiad jemy razem. My na talerzach przy stole, one na podłodze ze swoich misek. Gotuję im ryż z mięsem i warzywami. Podajemy jedzenie w tym samym czasie, żeby nie stały przy nas i nie żebrały. Potem znów mycie, sprzątanie, wieczorny spacer, kolacja, jeszcze jedno sprzątanie i można... iść spać - śmieje się Beata.

O wakacjach Tobiaszowie musieli zapomnieć. Tylu zwierzaków nie można zostawić na długo nawet pod opieką. Człowiek tęskni, jak za dziećmi. Ale to nie jest problem. Bardziej boli, że znajomi zaczęli się wykruszać.

- Jak się ma dużo dzieci, większość myśli - patologia, a jak tyle zwierząt, co my, to niektórzy uważają, że musimy mieć coś z głową. Mało kto to rozumie - zauważa Radek.

Kiedyś do Beaty przyjechała dobra przyjaciółka. Znały się od lat. Dwa koty i jeden z psów - Bronek, bardzo chciały się z nią zaprzyjaźnić.

- Nie pchały się na kolana. Po prostu chodziły przy niej. Gdy zobaczyłam, z jakim niesmakiem je odsuwa, powiedziałam: one są domownikami, ty tylko gościem. Nie musisz nim być. Nasza przyjaźń się skończyła.

Przyjemne z pożytecznym
Kilka miesięcy temu małżeństwo Tobiaszów otworzyło firmę zajmującą się transportem zwierząt. Coraz częściej ludzie kupują psy i koty za pośrednictwem internetu i trzeba im je przywieźć. Zainteresowanie jest spore. Ostatnio jechali do Skwierzyny pod niemiecką granicę dostarczyć zaadoptowanego psa ze schroniska w Chełmku. Kolejny ich pomysł to utworzenie w Czernej hotelu dla psów. Wiosną na ogrodzie mają stanąć ocieplane boksy. Bezpańskie czworonogi i te po przejściach, będą mogły tu czegoś się nauczyć, zanim trafią do nowych domów. Więcej zwierząt na stałe Tobiaszowie nie są w stanie przyjąć pod swój dach.

- Kiedyś jedna pani napisała mi w mailu, że nie ufa ludziom zarabiającym na zwierzętach. Wytłumaczyłam jej, że my nie zarabiamy na nich, tylko na ich utrzymanie. Jedzenie, a przede wszystkim wszystkie szczepienia i leki są drogie. Nie korzystamy z żadnej pomocy. Za wszystko płacimy z własnych pieniędzy - mówią właściciele.

Czasem ktoś zaczepia ich na ulicy i pyta, dlaczego nie pomagają ludziom. Jest przecież tyle biednych dzieci. Beata odpowiada bez wahania: proszę powiedzieć, komu pan pomaga, chętnie się włączę.

 

(Eliza Jarguz-Banasik)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%