SOR jak pole walki. Agresja i strach ratowników - przelom.pl

Polecamy

Zamknij

SOR jak pole bitwy. „Codziennie boimy się, czy wrócimy cali do domu”

Ewa Solak Ewa Solak 19:00, 13.01.2026 Aktualizacja: 14:24, 13.01.2026
17 SOR jak pole bitwy. „Codziennie boimy się, czy wrócimy cali do domu” Część ekipy SOR w sali reanimacyjnej: lekarz Paweł Zamachowski, pielęgniarka koordynująca Joanna Synal, Patrycja Gazda, Paulina Sęk, Stanisław Paluch i Beata Regula

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Tu nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Czy dziś znów trafi się agresywny pacjent z ukrytą w torbie maczetą? Albo po narkotykach i alkoholu z obłędem w oczach? Czy wszyscy z personelu wyjdą do domów cali i zdrowi? Nasz oddział jest jak pole bitwy – nie kryją pracownicy Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Chrzanowie.

Wszyscy po studiach, wszyscy przeszkoleni, z papierami na dowód kwalifikacji. Ich pracy nie da się porównać do działań na innych oddziałach. Oni nie boją się zetknięcia z przedsionkiem śmierci, koniecznością błyskawicznego podejmowania zabiegów, decydujących nieraz o tym czy ktoś przeżyje. I często samodzielnie radzących sobie z agresją, obelgami czy zastraszaniem.

- Gdybyśmy zgłaszali na policję wszystkie tego typu sytuacje, to zamiast pracować siedzielibyśmy tylko na komendzie – kwitują.

Rekordzista miał osiem promili

Piątkowe popołudnie, na korytarzu cisza, spokój. W recepcji do konsoli czeka jedna osoba. Kilkoro przeszło już przez segregację, subtelniej zwaną z francuskiego „triaż”. Cierpliwie siedzą z drugiej strony oddziału oczekując na wyniki badań, konsultacje. Jedna dziewczyna z kroplówką w ręce. Nikt się nie odzywa. Zatopieni w swoim bólu, myślach i skupieni na czekaniu.

W sali intensywnej terapii jeden nieprzytomny pacjent po przejściu ablacji. W sali obserwacyjnej drugi. Kiedy ten ostatni tu trafił miał 6 promili alkoholu we krwi. Gigantyczny fioletowy guz nad skronią świadczy, że wcześniej w coś trafił. Ale najpierw sporo wypił. Śpi z kroplówkami od poprzedniego dnia.

- Czasem sami się dziwimy, że po takich dawkach ich organizmy jeszcze funkcjonują. Rekordzista miał 8 promili – mówi Joanna Synal, pielęgniarka koordynująca.

- Teraz jest spokój, ale nieraz na nocnych zmianach w weekendy jest prawdziwy armagedon – mówi jeden z ochroniarzy, mężczyzna po sześćdziesiątce.

Ostatnio jak był weekend, jednego dnia zgłosiło się prawie 90 osób. Ze wszystkim, od bólu gardła po zawały i złamania oraz lejącą się krew.

Badań nie przyspieszymy

Pacjenci chrzanowskiego SOR bardzo często narzekają na długi czas oczekiwania na oddziale. Niektórzy spędzili tam kilkanaście godzin, zanim opatrzeni i zdenerwowani wyszli do domów. Badania, czekanie na wynik, konsultacja, opatrzenie, podanie leków, wypis, skierowanie. To wszytko zajmuje czas, frustruje do granic. A przecież każdy chce pomocy jak najszybciej. Nie po to idzie na SOR, żeby odliczać godziny. Zwłaszcza, gdy ból nie pozwala na spokój i wyciszenie.

- Staramy się, ale nie jesteśmy w stanie przyspieszyć badań, ich analizy, wprowadzania danych. Zwykle w nocy, gdy brakuje lekarzy opisujących wyniki tomografu. Są wysyłane do zewnętrznych placówek, skąd po paru godzinach z opisem do nas wracają – tłumaczą ratownicy.

- Jeśli pacjent bardzo źle się czuje mamy kozetkę, wózki transportowe – wyliczają, choć doskonale wiedza, że nastawienia pacjentów nie zmienią. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi ból.

- Ale są i tacy, którzy przychodzą z kilkudniowymi objawami. Choć mogliby wcześniej iść do lekarza, nie chodzą. Trafiają na SOR. Czasem, jeśli to ukąszenie kleszcza czy silne przeziębienie, przekierowujemy do nocnej i świątecznej opieki. Obrażają się, nieraz odgrażają – opowiada Joanna Synal.

Spokojnie, nie spiesz się, nie zjemy ci...”

Joanna Synal – od 1996 r. w służbie zdrowia, najpierw na oddziale noworodków, dziecięcym, a potem na SOR. Do dziś. Zaczynała, gdy szefem oddziału był Jerzy Macek, a potem Jacek Skinderowicz. W czasach, gdy pielęgniarką koordynującą była Teresa Kulczyk, doskonale pamiętana przez personel. Kiedy wchodziła na oddział, wszyscy niemal stawali na baczność. Oczywiście po tym, gdy wcześniej zdążyli zrobić znak krzyża. Tak się bali. Ostra, wymagająca, ale pracy potrafiłaby nauczyć nawet marmurowy posąg. Dziś jest inaczej, dziś jest wyszkolony zespół, który musi sobie ufać, na sobie polegać.

- Mam dziś wspaniały personel. Jestem z moich ludzi naprawdę dumna – podkreśla pani Joanna.

Nie kryje, że choć nieraz chce jej się płakać z bezsilności, ta robota jest jednak jak nałóg, uzależnienie od adrenaliny, szybkiego działania. Tak szybkiego, że często nie zostawia nawet chwili na zjedzenie czegokolwiek. Zwykle więc personel posila się w biegu.

- W niedzielę, gdy w domu jemy rosół, wszyscy śmieją się, mówiąc: „Spokojnie, nie spiesz się, nie zjemy ci”, podczas gdy ja już kończę zupę. Nawet w tak prozaicznych sprawach praca przekłada się na codzienność – śmieje się pani Asia.

Ale czasem nie było jej do śmiechu. Jak choćby wtedy, gdy wiele lat temu na oddział samodzielnie przyjechał mężczyzna z bólem brzucha. Rozmawiał z nią swobodnie dobrą chwilę, gdy nagle przewrócił się na ziemię. Już się z niej nie podniósł. Pękł tętniak aorty. Zmarł.

Pamięta też jedno zdarzenie, gdy było zupełnie na odwrót. Mimo reanimacji, lekarz stwierdził zgon. Razem z koleżanką wyciągała już pacjentowi rurkę intubacyjną, gdy mężczyzna nagle zaczął oddychać sam.

Komu uda się uniknąć ciosu

- Czasem jednak naprawdę się boimy. Co najmniej raz dziennie trafia się agresywna osoba. Nie tak dawno jeden pokrwawiony z pianą na ustach leżąc na łóżku machał rękami, wrzeszczał i kopnął pielęgniarkę w głowę, gdy próbowała go rozebrać do badania. Inny tak uderzył pielęgniarza, że złamał mu palec – opisuje Joanna Synal.

Od czasu, gdy w krakowskim szpitalu z ręki pacjenta zginął lekarz, na oddziale zamontowano monitoring. Dla tych, co wchodzą o własnych siłach uruchomiono boczne wejście. Zamknięto natomiast główne drzwi, którymi dziś wchodzą tylko ratownicy z noszami. Zanim ktoś zacznie w nie walić w napadzie szału, jest już widoczny na monitorach. Niektórych przywozi policja.

- Jesteśmy na pierwszej linii ognia. Zostajemy z nimi sami i zanim uda nam się ich opanować, podać coś na uspokojenie, to niemal walka o to, komu uda się uniknąć ciosu. Pijani, po narkotykach, jest ich coraz więcej – przyznają ratownicy.

Ile razy im już grożono? Żaden z nich nie pamięta. „Dorwę cię”, „Zgwałcę ci córkę”, „Jesteś skończona”, „Wiem, gdzie mieszkasz”, „Zabiję” - wszystkie te hasła zwykle opatrzone wulgarnymi epitetami odbijają się jak echo w ich uszach. Codzienność na SOR.

Jeden wyciągnął maczetę

Te sytuacje sprawiły, że starszy ratownik medyczny Stanisław Paluch napisał swoją pracę magisterską o agresji pacjentów. Nie pisał ot tak sobie tylko z tego, co sam przeżył. Przeprowadził ankiety i analizy wśród medyków. To było sześc lat temu. Dziś jego wnioski są jeszcze bardziej porażające.

- Jest jeszcze gorzej, niż było wtedy – nie kryje.

Chłop jest jak dąb, a doświadczenie medyczne ma ogromne. Fizjoterapeuta z pasją ratunkową, studiami z zakresu ratownictwa medycznego i zdrowia publicznego. Od 11 lat w pracy na SOR, od co najmniej 30 lat w Stowarzyszeniu Malta Służba Medyczna. Jednak czasem nawet jego zaskakuje to, co potrafią wymyślić pacjenci.

- Nigdy nie zapomnę, jak jeden gość po przyjęciu na oddział nagle wyjął z torby z rzeczami maczetę i zaczął nią machać – opowiada.

I podkreśla, ze problem nie dotyczy tylko ludzi młodych. Kiedyś jeden staruszek wyzywając, zaatakował go laską. Inny wyrwał barierki z wózka transportowego grożąc ratownikom.

- A kobiety co nieraz wyprawiają! Bywa, że biją się ze sobą do tego stopnia, że obie są kompletnie pokiereszowane – mówi pan Staszek, dodając, że to temat „rzeka”.

Zimą częściej trafiają bezdomni, jakby wiedzieli, że tu na oddziale nikt im nie da zamarznąć. Zrywają strupa z głowy, krew znów się leje, ale ta jedną noc uda im się przetrwać, gdy trafią na SOR.

- I tak jesteśmy po to, żeby im wszystkim pomóc – kwituje.

Choć nieraz przemawia przez niego gorycz, bo robota nie jest łatwa, to jednak ratowanie życia jest ważniejsze. Z tym się trzeba urodzić.

Kiedy wychodzi do domu

Tak jest w przypadku Karoliny Grajny, 33-letniej ratowniczki z Chrzanowa. Sześc lat temu po raz pierwszy weszła na oddział jako personel medyczny. Niemal od razu musiała skoczyć na głęboką wodę.

- Trzy reanimacje jedna po drugiej – wspomina.

Kiedy zamyka za sobą drzwi oddziału i wraca do domu nie raz i nie dwa tłucze jej się w głowie dylemat, czy wszystko dobrze zrobiła? Czy można było zrobić coś lepiej? Analizuje, bo praca jest jej stałym elementem jej życia. Tak, jak obrazy z oddziału przewijające się w pamięci.

- Przyszedł raz na nogach pacjent z żoną. Był w logicznym kontakcie, choć przyznał, że cierpi na nowotwór. Miał założony dren w jamie opłucnej. W obrazie pojawiły się śladowe ilości krwi. Badania przebiegały spokojnie, wszystko zgodnie z planem, gdy nagle jak chlusnęła krew. Dostał wstrząsu hipowolemicznego. I to był koniec – opowiada Karolina.

Pracuje także w przychodni na zlecenie, ale jak mówi, żadna praca nie równa się z SOR-em.

Skończyła ratownictwo medyczne, a potem zrobiła magistra ze zdrowia publicznego. Teraz studiuje pielęgniarstwo.

- Daje więcej możliwości zabiegowych, a to w tej pracy niezwykle ważne – podkreśla.

Jest jeszcze ekipa

Patrycja Gazda też tworzy młodą ekipę oddziału. Od pół roku w Chrzanowskim SOR. Wcześniej w pogotowiu ratunkowym w Krakowie. W sumie trzy lata jako ratownik.

- Po prostu lubię ekstremalne rzeczy – przyznaje rozbrajająco.

Nie znosi nudy, najlepiej czuje się, gdy jest adrenalina. Cały czas się uczy, a każdy dzień w pracy jest kolejnym etapem szkolenia.

- Tylko raz nie wiedziałam, co zrobić. Pacjentka przyszła do porodu z zagrożoną ciążą, odwróconym płodem. Nie chodziła do ginekologa. Co w takiej chwili jej powiedzieć? To sytuacje, z jakimi trzeba się zmierzyć – zaznacza.

No i te dylematy, czy ten pan z bolącą kostką na pewno powinien tutaj trafić? Czy jego stan jest na tyle poważny, że wymaga oddziału ratunkowego?

- Czasem ciężko w takich momentach zrozumieć pacjentów. Ale oprócz nich jest jeszcze ekipa, która tworzy ten oddział. Dla mnie to jest ekipa na medal – zaznacza.

 

Na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Chrzanowie pracuje 5 lekarzy, 23 pielęgniarki i 18 ratowników medycznych. Do tego 4 sanitariuszy i noszowych. W sumie 41 osób personelu medycznego. Do tego rejestratorki medyczne, a także osoby sprzątające, bez których SOR by nie istniał. Pracują w systemie zmianowym po 12 godzin (dniówka, nocka, dwa dni wolnego), zwykle po siedem osób na zmianie.

Archiwum Przełomu nr 29/2025

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (17)

WYRÓŻNIONE KOMENTARZE

cewitcewit

6 6

...podejrzewam, że masz już wykupione miejsce na cmentarzu...

20:53, 13.01.2026

AnaAna

5 2

Nigdy nie wiesz czy na tym SORZ-e nie wylądujesz…

23:19, 13.01.2026

Pozostałe komentarze

kopikopi

11 8

Jedynie gdzie w szpitalu ciężko pracują to SOR.

21:42, 13.01.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

W SzpitaluW Szpitalu

2 12

to jadaja tylko salami,,,raz jedna sala raz druga.

23:43, 13.01.2026
Wyświetl odpowiedzi:1
Odpowiedz

cewitcewit

4 0

...W szpitalu - powiem ci taś, taś, kuku ryku...

07:22, 14.01.2026

KeraKera

4 10

Gdyby nie personel chrzanowskiego SOR-u, z wielu z Was, w tym i mnie, nie byłoby już na tym świecie. Ciężka praca, wspaniali Ludzie. Dziękuję.

09:46, 14.01.2026
Wyświetl odpowiedzi:1
Odpowiedz

ArekArek

1 3

jak się komuś robota nie podoba to niech się zwolni!

14:19, 14.01.2026

pacjent intruzpacjent intruz

7 2

Mają ciężką pracę nie przeczę, ale to nie jest powód żeby być:.... niemiłym, chamskim dla pacjenta i traktować go jak intruza, podkreślam rozumiem że mają ciężko i ekstremalny stres, ale to NIE JEST POWÓD żeby do zwykłego normalnego człowieka zachowywać się w sposób obcesowy, a tego właśnie tam wiele razy doświadczyłem

14:18, 14.01.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

yyzyyz

2 2

A ja myślałem, że to mówią pacjenci.

14:27, 14.01.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

hotinhotin

6 3

A są tam za karę? Artykuł by ocieplić wizerunek przed kolejnymi żądaniami o podwyżki?

18:31, 14.01.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

JanJan

3 2

Skutki skutki a nikt nie mówi o przyczynach, nagle w całej Polsce jest agresja w stosunku do sanitariuszy i sorów, ale oni już zapomnieli terror kovidowy, worki pieniędzy za brak pomocy i społeczeństwo nie, teraz zbietają żniwo,

09:11, 15.01.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

PiotrPiotr

2 2

Poziom waszych usług jest poniżej trzeciego świata to jest największy problem problem, zawiozłem moją mamę 80cio letnią na sor bo złamała rękę, 6godzin męczarni i nie miała maczety, I nawujraiński konował tak jej poskładał rękę że trzeba było ją ponownie łamać, I za ci mamy was szanować?

09:52, 15.01.2026
Wyświetl odpowiedzi:1
Odpowiedz

cewitcewit

1 0

... trzeba było zawieźć mamusię do Krakowa... tam się czeka tylko 500 minut i bylibyście zadowoleni... noo coo? W Krakowie, jaki prestiż, a czemu nie...stać nas...

17:27, 15.01.2026

UżytkownikUżytkownik

Naruszono regulamin portalu lub zgłoszono nadużycie. Komentarz został zablokowany przez administratora portalu.


Obserwator chObserwator ch

0 0

Ten ratownik fizjoterapeuta to tylko stoji i plotkuje z recepconistkami co dyżur na sor. Nie chce mu sie za bardzo pracować. Lubi sensacje więc nie dziwię sie ze kiedyś ktoś chciał go poczęstować maczeta. Arogancja i buta niestety prowadzi do zachowan agresywnych pacjentów. Jak ich traktują tak maja.

22:35, 17.01.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%