Życie w cieniu zamku Lipowiec - przelom.pl

Polecamy

Zamknij

Życie po sąsiedzku z zamkiem Lipowiec

Michał Koryczan Michał Koryczan 14:00, 12.08.2025 Aktualizacja: 11:57, 27.10.2025
3 Życie po sąsiedzku z zamkiem Lipowiec Michał Kwaśniewicz na tle zamku Lipowiec

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Choć dziś nie gości już dostojników duchownych i świeckich, wciąć potrafi wzbudzić zachwyt wśród spoglądających na niego zwykłych śmiertelników. Zamek Lipowiec wieki temu był dla miejscowych symbolem władzy, ale i szansą na zarobek. Dziś jest jedną z największych atrakcji turystycznych w regionie, której potencjał wciąć nie został w pełni wykorzystany.

Od kilkuset lat, z wapiennego wzniesienia góruje nad Wygiełzowem i Babicami. Można go dostrzec z odległości kilku kilometrów, chociaż dziś już właściwie tylko jego białą wieżę, majestatyczną, niczym najstarsza część londyńskiej twierdzy Tower. Wieża zamku Lipowiec wynurza się dumnie z okalających go bukowych lasów, znajdujących się razem ze średniowieczną warownią na terenie rezerwatu przyrody „Lipowiec”.

W cieniu Lipowca
Ta dawna siedziba biskupów krakowskich, a później także więzienie dla duchownych, to od wieków nieodłączny element życia miejscowej ludności, bez względu na to w jakiej epoce przyszło jej tutaj żyć.

- Zamek był symbolem władzy, więc ludzie mieszkający w jego pobliżu musieli się trochę bardziej pilnować. Na pewno też Lipowiec dawał większe możliwości do zdobycia jakiejś pracy. Czy to na samym zamku, czy też w znajdujących się w Wygiełzowie dobrach biskupich, czyli w dworze, folwarkach, browarze oraz w tuczarni świń. Zamek pomagał też w odmierzaniu czasu. Dawniej mało kto miał zegarek. Dziadek mi opowiadał, że gdy pracowali w polu, to patrzyli na zamkowe okna i na podstawie padającego w nich cienia wiedzieli, która jest godzina i trzeba gnać krowy z pola do domu – opowiada mieszkający w Wygiełzowie Michał Kwaśniewicz, któremu Lipowiec towarzyszy od najmłodszych lat.

- Można powiedzieć, że mieszkam w cieniu zamku i to dosłownie. Słońce rano wstaje dokładnie za górą zamkową. Właśnie ta góra razem z lasem dają cień, dopóki słońce nie podniesie się na tyle wysoko, żeby już oświetlało nasze domostwo – mówi Michał Kwaśniewicz.

Nie ukrywa, że już od dzieciństwa Lipowiec był dla niego i dla wielu jego rówieśników takim tajemniczym miejscem, które przyciągało niczym magnez.

- Jako dzieci często chodziliśmy się pobawić na zamek. Oczywiście zawsze był tam stróż czy przewodnik, który pilnował tego miejsca. Ponieważ mój dziadek pracował w skansenie, to panowie wiedzieli, że jestem od niego i przymykali oko, dzięki czemu mogłem z kolegami po znajomości bez problemu tam wejść. Żeby się odwdzięczyć, braliśmy wiaderka i przynosiliśmy stróżom wodę z pobliskiego źródełka. Na Lipowiec nie był przecież doprowadzony wodociąg. Dopiero jak postawiono na dziedzińcu budynek kawiarni, to się zmieniło. A co do źródełka, to już od kilkunastu lat nikt z niego nie korzysta, bo woda jest tam już zapewne biologicznie i chemicznie w jakiś sposób zanieczyszczona – mówi Michał Kwaśniewicz.

Kamienie i liście
Zanim opuszczony i niszczejący zamek znalazł się pod opieką najpierw Muzeum w Chrzanowie, a później Muzeum Nadwiślański Park Etnograficzny w Wygiełzowie i Zamek Lipowiec (obecnie Muzeum Małopolski Zachodniej w Wygiełzowie) przez blisko sto lat był tak naprawdę pozostawiony sam sobie. Swoją magią stale jednak przyciągał.

- Piątek, sobota czy niedziela, to zawsze było tam pełno ludzi. Imprezowali. Nie tyle miejscowi, co przyjezdni. Jako dzieci często się tam bawiliśmy. Pamiętam, że chłopaki puszczali z góry kamienie. Była atrakcja, a jak! Potem chodziło się tam na różne spotkania, czy randki. Zamek już miałam, więc trzeba było poszukać królewicza – opowiada Danuta Gój, mieszkająca od dzieciństwa w najbliższym sąsiedztwie Lipowca.

Wspomniane kamienie, czyli główny budulec warowni nie służyły jedynie do zabawy. Jak mówi Michał Kwaśniewicz, miejscowi wykorzystywali je do budowy domów bądź budynków gospodarczych, zwłaszcza po zakończeniu pierwszej i drugiej wojny światowej. Do dziś pewnie w wielu gospodarstwach w Babicach i Wygiełzowie znajdują się kamienie z zamkowych murów.

Głazy spadające z niszczejącej warowni często lądowały też u podnóża wzgórza lipowieckiego. Kilkadziesiąt lat temu to miejsce wyglądało bowiem zupełnie inaczej. Nie było tu tylu domów co teraz, a podnóże zamku zajmowały pola, łąki i pastwiska. W miejscu gdzie dzisiaj stoi skansen bądź porosły wysokie drzewa pasły się krowy oraz stały snopki siana i zboża.

- Dziś z mojej działki przez te drzewa właściwie nie widzę już Babic. Tak samo idąc deptakiem nie zobaczymy Lipowca. Zresztą otaczający go las też podrósł, a zamek przecież nie pnie się w górę – opowiada Danuta Gój.

Rosnące wokół zamku drzewa to dla niej dodatkowa robota. Niczym mityczny Syzyf musi pozbywać się ogromu liści spadających na jej posesję.

Spór o Lipowiec
- Płoty, to są takie zapory i zbiorniki na zaspy z liści. Nie wiem, ile jeszcze będę miała sił, żeby to sprzątać. Inna sprawa to te wysokie drzewa. Jedno ścięli z półtora roku temu, bo alarmowałam, że może polecieć na mój dom. Takich drzew jest jednak więcej. Zdaję sobie sprawę, że tu jest rezerwat przyrody, ale chodzi o bezpieczeństwo. Pamiętam, jak przyszedł raz gość z ochrony środowiska i mówi: A kto się pani tu pozwolił budować? Odpowiedziałam mu tylko: panie, jak mój dom powstał, to ani mnie nie było, ani pana. Przecież kiedyś tutaj było czyściutko, ale młodnik wyrósł i mamy co mamy – mówi pani Danuta.

Michał Kwaśniewicz przyznaje, że dla miejscowych lipowiecki zamek z jednej strony jest taką oczywistą oczywistością, ale z drugiej miejscem niezwykle przez nich poważanym, wywołującym emocje jak u każdego lokalnego patrioty.

Mimo że Lipowiec znajduje się w granicach Wygiełzowa, to co pewien czas pojawiają się zakusy, aby jego lokalizację przypisać Babicom.

- To odwieczny spór. Czasami nawet już w podstawówce spieraliśmy się z kolegami z Babic, czyj jest zamek. O mało co nie dochodziło do bitki. Zresztą do dzisiaj dorośli potrafią się o to kłócić na Facebooku – mówi Michał Kwaśniewicz.

Dla niego Lipowiec to także miejsce pracy. Od wielu lat jest przewodnikiem na zamku, kontynuując tym samym tradycje rodzinne.

- Jestem trzecim pokoleniem związanym z muzeum. Babcia pracowała w skansenie przez pięć lat a dziadek kilkanaście. Był tu stróżem. Czasem na zastępstwo także na Lipowcu. Mój tata piętnaście lat pracował na zamku. Pamiętam, że jako dzieciak, zdarzało się ganiać po murach. Potem, już jako pracownik, musiałem tępić takie zachowania. Jak to mówią, nie pamięta wół jak cielęciem był – mówi Michał Kwaśniewicz.

Legendy i wypadek
Wokół zamku krąży wiele legend, między innymi o ukrytym skarbie, białej damie czy też o czarnej karecie.

- Przez pięć lat pracowałem na nocki. Na Lipowcu byłem o każdej porze roku, przy każdego rodzaju pogodzie, również podczas burzy. Oprócz moich własnych strachów, wywołanych tym, że naoglądałem się za dużo „Obcego”, to tak naprawdę nigdy nie zdarzyło się nic nadprzyrodzonego, czego nie mógłbym w racjonalny sposób wyjaśnić. A to trzaskające okiennice, a to nienasmarowany i skrzypiący zawias. Tak czy inaczej może to działać na wyobraźnię – przyznaje Michał Kwaśniewicz.

- Byli raz u nas znajomi z Katowic i taki jeden Marcin postanowił, że o północy pójdzie zobaczyć białą damę. Wybrał się z jeszcze jedną osobą. Wrócił blady jak ściana. Przyznał, że przez całą drogę myślał, że w pewnym momencie wyskoczę zza któregoś buka i go wystraszę. Białej damy co prawda nie spotkał, ale strach był cały czas. Innym razem poszłam wieczorem doliną w dół w kierunku Babic. Nagle zobaczyłam w jednym miejscu, gdzie rosły dwa jałowce, jakby ktoś tam kucał. Ruszyłam szybko z powrotem, prosto przez posesję sąsiada. Weszłam na rozwieszone tam sznurki na pranie. Myślałam, że dostanę zawału – opowiada Danuta Gój.

Legendy legendami, ale w latach 70. minionego wieku na Lipowcu doszło do śmiertelnego wypadku.

- Historię znam z kilku źródeł. Z tych sprawdzonych wiem, że z wieży spadła naga kobieta. Znaleziono ją przy schodach. Okoliczności tej tragedii nie są jasne. Podobno było to podczas imprezy studentów, mających na zamku praktyki. Ta dziewczyna ponoć podkochiwała się w jednym z profesorów. Czy sama skoczyła, z powodu zawiedzionej miłości, czy też zazdrosna żona tego profesora znalazła ich w intymnej sytuacji na zamkowej wieży, czy też on ją zepchnął, żeby się pozbyć problemu. Wersje są różne. Słyszałem też, że na tej imprezie byli wysoko postawieni oficerowie Urzędu Bezpieczeństwa. Jaka była prawda, pewnie już się nigdy nie dowiemy – opowiada Michał Kwaśniewicz.

Niewykorzystany potencjał
Średniowieczna twierdza jest jedną z największych atrakcji turystycznych ziemi chrzanowskiej. Aby ochronić zabytek przed zasłonięciem, w 2017 r. radni uchwalili plan zagospodarowania przestrzennego dla okolic Lipowca i pobliskiego skansenu. Zgodnie z dokumentem - na terenie tym nie mogą powstać m.in. domy. Zbocze lipowieckiego wzgórza może być przeznaczone na działalność w zakresie usług kultury i obsługi ruchu turystycznego. Jednak na niezagospodarowanych gruntach, zamiast lokalnego biznesu, wyrastają jedynie kolejne drzewa.

- Nie wiem jaki jest tego powód. Może akurat ludzie, którzy mają w tamtej okolicy swoje działki, jakby nie mają żyłki do interesu. Tak sobie kiedyś pomyślałem, że jakbym miał tam jakiekolwiek pole, to nawet małą budkę z pamiątkami lub z zapiekankami bym otworzył. Zwłaszcza na swoim terenie, gdzie nie muszę płacić za wynajem. Zdaję sobie jednak sprawę, że „uwiązanie się” w turystykę i gastronomię jest ciężką sprawą, bo pracuje się wtedy, kiedy wszyscy inni mają wolne. W sezonie trzeba pilnować interesu od wiosny do jesieni, no a na wakacje można jeździć tylko w zimie. W każdym razie dziwi mnie to, że nikt tego potencjału nie wykorzystał. Nie powstała żadna nowa restauracja z miejscami noclegowymi. W muzeum pracuję już blisko 25 lat i przez ten czas nic się w tym zakresie nie zmieniło. Taki biznes nie startowałoby się od zera. Zamek i skansen przyciągają rocznie około 100 tysięcy ludzi – uważa Michał Kwaśniewicz.

Okazuje się, że jakiś czas temu Danuta Gój, gdy przeszła już na emeryturę, myślała o otwarciu kawiarni, gdzie można byłoby napić się kawy i zjeść coś słodkiego.

- Mąż był na nie. Z kolei dzieci mi powiedziały: przyjedziemy do ciebie w sobotę czy niedzielę, a ty tam będziesz siedzieć i pracować? Potem weszły nowe przepisy dotyczące działalności gospodarczej. Zgodnie z nimi pomieszczenia musiałyby mieć wysokość 2,70 m. Tymczasem suteryny domu, w którym chciałam otworzyć kawiarnię mają wysokość 2,5 m. Poza tym, musiałby zostać zapewniony pełny sanitariat. Tym sposobem z pomysłu nic nie wyszło – opowiada Danuta Gój.

Archiwum Przełomu nr 13/2025

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

HISTORIADo poczytania

Przejdź do wątku

komentarze (3)

Endriu64Endriu64

0 0

Panie autor , magnes !!! Magnez to pierwiastek:)))

22:28, 12.08.2025
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

MmmmMmmm

0 0

O tak magnesssss

21:31, 15.08.2025
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

FilipFilip

0 0

Koryczan nawet przeprosić nie potrafi.

11:08, 16.08.2025
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%