Nie masz konta? Zarejestruj się

Trzebinia

Grunwaldzka 97a, czyli zielony blok

22.05.2024 17:00 | 5 komentarzy | 9 028 odsłon | Łukasz Dulowski
Porządni ludzie mieszkają przy Grunwaldzkiej 97a w Trzebini. A nawet wyjątkowi, jak Sporkowie, którzy chcieli, żeby wszyscy lokatorzy bloku stali się jedną, wielką rodziną. Dużo dobrego udało się zrobić, ale zła sława zbyt mocno przylgnęła do tego miejsca, żeby odtrąbić sukces.
5
Grunwaldzka 97a, czyli zielony blok
Małgorzata i Ryszard Sporkowie mieszkają w bloku przy Grunwaldzkiej 97a w Trzebini od 2009 r.
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Blok, dzisiaj nazywany po prostu zielonym, powstał w 1967 r. jako hotel pracowniczy KWK Siersza. Został zaadaptowany przez gminę na lokale socjalne w 2009 r. Obecnie mieści się w nim 36 mieszkań socjalnych, cztery komunalne i jeden pustostan. Tyle suchych faktów, reszta to ludzkie emocje.

Jak Sporkowie trafili na Grunwaldzką
- Pierwsze nasze mieszkanie, które dostaliśmy od gminy, znajdowało się przy Kościuszki, koło inkubatora przedsiębiorczości. Było dla nas, mimo wszystko, zbawieniem. Mimo wszystko, bo tam paliło się w piecach. Czasem robiło się zimno, czasem wilgotno. Wkradł się grzyb. I to dość potężny. A my mieliśmy malutkie dzieci. Często chorowały. W sumie było nas siedmioro. Potrzebowaliśmy lepszych warunków do życia - opowiada Małgorzata Sporek.
Małgorzata, jej mąż Ryszard oraz ich 18-letni syn Mikołaj, próbują na głos ustalić, kiedy przeprowadzili się na Grunwaldzką.
- Mikołaj urodził się w 2006 roku jeszcze na tamtym mieszkaniu, przy Kościuszki... Miał jakieś trzy latka, jak się przenieśliśmy na Grunwaldzką. Więc było to w marcu 2009 roku - oblicza tata Ryszard.
W bloku przy Grunwaldzkiej 97a, podpiętym do centralnego ogrzewania, dostali mieszkanie na trzecim piętrze. Dość wygodne, bo z łazienką i ubikacją w środku, a nie na korytarzu. Do dzisiaj nie wszyscy lokatorzy tego bloku mają taki „luksus", żeby załatwić potrzebę w swoim domu.

Co to za jeden!?
Blok przy Grunwaldzkiej 97a stoi o rzut beretem od powiatowej drogi, ale nieco w głębi. Na wysokość drugiego piętra wznosi się zlokalizowany obok nasyp kolejowy z torami prowadzącymi do Elektrowni Siersza. W bezpośrednim sąsiedztwie, w parterowych zabudowaniach, działa sklep spożywczy. A naprzeciwko są w kolejności: park, Willa NOT i kościół. W tej części osiedla Siersza i do Boga blisko, a nieraz - jak twierdzą niektórzy - i do piekła niedaleko.
Po klatce schodowej niesie się chichot dziewcząt. Mówią ostentacyjnie „dzień dobry". Jak w szkole, gdy akurat przemyka obok uczniów nowy nauczyciel, ale już za jego plecami rozlega się ciekawski szept: „Co to za jeden!?". W bloku przy Grunwaldzkiej 97a raczej wszyscy się znają. Oczy lokatorów jak rentgen prześwietlają każdego obcego.

Można by długo iść klatką schodową, z dołu do góry, gdyby odczytywać wszystkie bazgroły na ścianach. Zwracają uwagę hasła kibiców Wisły i GKS-u. Znajdziemy coś o miłości, niekoniecznie romantycznej, ale szybkiej jak wyścigówka. Jakaś Sylwia napisała, że tutaj była. Ch...j i ku...wa też się powtarzają.

Zagościła jedność wśród lokatorów
- W bloku na Grunwaldzkiej nie było złych ludzi, gdy tutaj się wprowadziliśmy. Brakowało jednak międzysąsiedzkiego zainteresowania osobami znajdującymi się w ciężkiej sytuacji zarówno psychicznej, jak i mieszkaniowej - zagaja pani Małgorzata.
Sporkowie włożyli dużo serca, żeby zmienić to miejsce. Pokazują tuje niedaleko sklepu i placu zabaw. To praca głównie pana Ryszarda.
- W sumie dwieście różnych krzewów. Do tego kwiaty, żeby było ładniej - dopowiada.
Obecnie niewiele z tego przetrwało w otoczeniu bloku, ale zostało coś więcej.
- Chcieliśmy pokazać dobrą drogę życiową. Na przykład podpowiedzieć mamom, jak rozmawiać z dziećmi - mówi pani Małgorzata.
Z pomocą m.in. Franciszka Wołocha organizowała mikołajki dla najmłodszych. Udało się namówić sponsora do zakupu prezentów. Nawet odbył się teatrzyk. Jedność zagościła wśród lokatorów.
- Na korytarzu siadaliśmy w kręgu, na jakichś kocykach. Mamy czytały dzieciom bajki. Rozchodziliśmy się dopiero wieczorami - kontynuuje pani Małgorzata.

Do dzisiaj wiszą na jednym z pięter obrazki przedstawiające Czerwonego Kapturka, Bazyliszka czy Brzydkie Kaczątko.
- Od lokatorów dostałem malunki i zamontowałem je na ścianach. A któregoś roku kupiłem choinkę i ustawiłem ją na klatce schodowej. Na drzewku powiesiłem światełka i chyba ze trzy kilo cukierków - wspomina pan Ryszard.
Dużo pomysłów było realizowanych z unijnego projektu, zainicjowanego przez Sporków, a napisanego przez trzebiński OPS.

Skąd tyle dobrych emocji?
Siedzimy w pokoiku z wyjściem na ozdobiony kwiatami balkon. Mama Małgorzata, tata Ryszard i syn Mikołaj. Widać, że Sporkowie to wrażliwi, życzliwi i szczerzy ludzie. Pytanie, które musi paść: skąd u nich tyle dobrych emocji, empatii i chęci, żeby zmieniać świat na lepszy oraz zawsze być blisko drugiego człowieka.
- Zostało mi to z dzieciństwa - odpowiada bez namysłu pan Ryszard.
Podkreśla, że wychował się w rodzinie, która szanowała tradycję. Matka mu umarła, jak miał 17 lat. W domu było ich pięcioro. Ojciec sam pracował. Wtedy mieszkali na osiedlu Gaj w Trzebini.
- My byliśmy nauczeni, żeby tak rodzinnie żyć, obchodzić święta - opowiada. - Miałem może dziesięć lat, jak o piątej rano w wigilię przyleciałem z Gaja do budynku dyrekcyjnego na Sierszy, gdzie mieszkał brat mojego ojca. A dlaczego tak wcześnie? Wierzyliśmy, że gdy tego dnia mężczyzna wejdzie pierwszy do domu, to rok będzie szczęśliwy. Jak kobieta, to coś się wydarzy. Pobiegłem, żeby być pierwszy w domu wujka. Dam taki przykład... - na chwilę zawiesza głos, żeby wziąć głębszy oddech.
Sięga pamięcią do wigilii w grudniu 1971 r. Wtedy próg domu Sporków, jako pierwsza, przekroczyła kobieta.
- Moja mama już chorowała. W wigilię ojciec przekroił jabłko nie normalnie, tylko w poprzek. W środku pojawił się jakby krzyżyk, a w styczniu mama umarła... - wzdycha, przecierając wilgotne od łez powieki.
Zapada cisza na dłuższą chwilę. Bo cóż powiedzieć, gdy robi się metafizycznie. Jak w powieściach Tadeusza Nowaka, gdzie ludowe symbole mówią o życiu i śmierci.

Dobro z pokolenia na pokolenie
18-letni Mikołaj nie może pamiętać czasów komuny, ale słyszał m.in. od swoich rodziców, że wówczas ludzie bardziej trzymali się razem. Potem te więzi wygasły.
- Zrobiła się jakaś nienawiść. Wiele osób znalazło się po przeciwnych stronach. Przestali się lubić - mówi Mikołaj.
Rzeczywiście, w PRL-u mieliśmy właściwie te same meble, te same samochody, te same wczasy pod gruszą. Staliśmy w tych samych kolejkach.
- Całymi nocami, żeby kupić pół kilo mięsa, pół kilo kiełbasy - wtrąca pan Ryszard.
Dzisiaj różnica między biednymi a bogatymi jest głęboka jak trzebiński Balaton.
- Często sąsiedzi się nie znają. Dlatego moi rodzice chcieli zjednoczyć lokatorów naszego bloku. Poza tym wiedzieli, że dobro zawsze powraca. Tego mnie nauczyli. Teraz sam dążę, żeby pomagać innym, co sprawia mi satysfakcję - zapewnia Mikołaj.

W mieszkaniu jak w przedszkolu
Sporkowie, po przeprowadzce na Grunwaldzką, chcieli swoje doświadczenia wykorzystać w taki sposób, żeby z anonimowych mieszkańców bloku 97a uczynić jedną wielką rodzinę.
- Dokładnie tak. Pragnęliśmy ludzi zjednoczyć - potwierdza pani Małgorzata. - Mój mąż, jak miał trochę wolnego, to zabierał do siebie pociechy od sąsiadów. Plus nasze dzieci i robiła się cała gromada - opowiada.
- Czasem miałem w naszym mieszkaniu sześcioro, siedmioro małych nieswoich dzieci. A z naszymi było dziewięcioro. Potrafiłem się nimi wszystkimi zająć i jeszcze obiad ugotować. Ale dałem im kredki, one sobie malowały, a ja przygotowałem zupę. Nalałem każdemu po trochu... Chciałem złączyć te rodziny - podkreśla pan Ryszard.

Młodzież nauczyła się szacunku
Co Sporkom udało się osiągnąć? Jak dzisiaj oceniają efekty tamtego zaangażowania? Jak zmienił się blok przy Grunwaldzkiej 97a?
- Chłopcy z sąsiedztwa wyrośli na wspaniałych przyszłych mężów - odpowiada krótko pani Małgorzata.
- Mają partnerki, mają samochody. Porządnie żyją - dodaje pan Ryszard. - Została duża satysfakcja. Na przykład weźmy ostatni miesiąc. Młodzi zjednoczyli się i sami malują na płytach herby klubów piłkarskich. Jeszcze nie skończyli. Poza tym zamalowali różne wulgaryzmy. Jeszcze chcą zrobić godło Trzebini - chwali chłopców.
Mogą się nie lubić ze względu na kibicowanie różnym klubom, ale jak trzeba, potrafią działać razem. Mikołaj podaje jako przykład głośny pożar w bloku przy Grunwaldzkiej 97a w kwietniu zeszłego roku. Chłopcy pomagali sobie.
- W pewnym sensie jedność w naszym bloku przetrwała. Na przykład młodzież wie, że trzeba pomóc starszej osobie, a wcześniej tego nie było - podsumowuje pani Małgorzata.
18-letni Mikołaj podkreśla, że jego rówieśnicy z bloku i osiedla nauczyli się szacunku. Do wszystkich. Powiedzą „dzień dobry". Pogadają. Pomimo że panował tutaj czasem niebezpieczny klimat.
- Skończyli szkoły i dalej chcą się uczyć. Ja i moi koledzy, pomimo że była zła opinia o naszym bloku, nie wyrośliśmy na złych ludzi - podkreśla Mikołaj.

Remonty i dewastacje
Nie tak dawno został wyremontowany pobliski plac zabaw dla dzieci.
- Nie mogłam zdzierżyć, jak maluchy z przedszkola wchodziły na plac zabaw znajdujący się w totalnej rozsypce. Nawet nie ludzie go zniszczyli, tylko czas - zaznacza pani Małgorzata.
- Wcześniej było tak, że przychodzili pijani w środku nocy. Robili burdy. Teraz nie jest źle - uważa pan Ryszard.
- Zresztą walczyliśmy o domofony - dopowiada pani Małgorzata.
Blokiem przy Grunwaldzkiej 97a administruje Miejski Zarząd Nieruchomościami w Trzebini.
- Pierwotna instalacja domofonowa została zdewastowana przez mieszkańców - przypomina prezes tej gminnej spółki Jarosław Babiec.
MZN nie przewiduje nowych domofonów z powodu wysokich kosztów montażu, konserwacji oraz naprawy.
Klatka schodowa, dzisiaj pobazgrana różnymi napisami, była malowana w 2017 r. Korytarz na drugim piętrze odnowiono w zeszłym roku. Ponowny remont, jak informuje MZN, może za rok.
- To nie mieszkańcy zdewastowali domofon. Dlatego walczyliśmy o zamykanie bloku. W tamtym czasie były niszczone przez obcych ludzi skrzynki prądu na zewnątrz. Nam kazano pilnować sobie mieszkań, bo i tak mamy za wysoki standard. A światła nie było co chwilę - ripostuje Małgorzata Sporek.

Śmierdzi ze śmietników
Pani Małgorzata mówi, że blok przy Grunwaldzkiej 97a potrzebuje dodatkowego kontenera na odpady. Sporkowie pokazują widoczne z ich balkonu kubły na śmieci. Zielony, żółty, niebieski i dwa czarne, czyli przeznaczone do segregacji szkła, plastiku, papieru plus odpady zmieszane.

- To wszystko powinno być zadaszone, żeby nie śmierdziało - postuluje pani Małgorzata.
Prezes MZN Jarosław Babiec precyzyjnie podaje, że nowe stanowisko śmieciowe wraz z wiatą to szacunkowy koszt 45 tys. zł. Jest umieszczone w planach na ten rok, ale - jak zwykle - jeśli będą pieniądze.
- Każdy istniejący kontener ma klapę i trzeba ją zamykać, ale mieszkańcy tego nie robią. Wiata nie gwarantuje, że nie będzie nieprzyjemnych zapachów - dodaje prezes Babiec.

To nie jest patologia
Zbliża się wieczór. Rodzice wracają z małymi dziećmi do domów. Dudnią kroki na klatce schodowej, z dołu do góry. Jedne maluchy płaczą, inne piszczą.
- Strach cokolwiek mówić o tym bloku - macha ręką jedna z młodych matek i szybko odchodzi w głąb korytarza.
Druga, trzecia, czwarta to samo. Lokatorzy bloku przy Grunwaldzkiej 97a nie chcą się wypowiadać, bo - jak szybko tłumaczą - prawda o niektórych sąsiadach mogłaby w nich „walnąć" jak grom z jasnego nieba.
Pani Dominika wraz z mężem wpuszczają mnie do swojego mieszkania. Ludzie z bloku 97a na ogół pracują. To nie jest „patologia" wysiadująca pod oknami i oblizująca się na samą myśl o kolejnym piwie. To są osoby, które czasem się wstydzą, że za blokiem przy Grunwaldzkiej wciąż ciągnie się zła sława.
- Dzisiaj jest tutaj spokój i cisza. Mamy plac zabaw, szkołę i kościół w pobliżu. Tylko tyle much od śmietników, że czasem nie da się otworzyć okna. Często słyszymy, że nasz blok to całkowita patologia, ale tak przecież nie jest - stwierdza ze smutkiem pani Dominika.