Byliśmy mniej drapieżni - przelom.pl

Samorząd, polityka, wybory

Zamknij

Byliśmy mniej drapieżni

red 11:54, 15.10.2014
Skomentuj Byliśmy mniej drapieżni Andrzejem Olszowskim

O samorządzie z lat 90. XX wieku oraz o radnych dorabiających dietami do pensji i emerytur z Andrzejem Olszowskim zasiadającym od blisko dwudziestu lat w libiąskiej radzie miejskiej rozmawia Maciej Kozicki.

O samorządzie z lat 90. XX wieku oraz o radnych dorabiających dietami do pensji i emerytur z Andrzejem Olszowskim zasiadającym od blisko dwudziestu lat w libiąskiej radzie miejskiej rozmawia Maciej Kozicki.

Maciej Kozicki: W libiąskim samorządzie jest pan obecny od 1990 roku, z jedną przerwą w kadencji 1998-2002. Jak wyglądały początki pracy odrodzonego samorządu?

Andrzej Olszowski: Na start w wyborach zdecydowaliśmy się jako grupa skupiona wokół libiąskiego Komitetu Obywatelskiego "Solidarność" działającego początkowo przy kopalni Janina pod przewodnictwem Stanisława Deji. był on osobowością, która autentycznie kreowała wtedy rzeczywistość. To był wyjątkowy czas - po długim okresie PRL chcieliśmy mieć wpływ na zachodzące zmiany i optymistycznie patrzyliśmy w przyszłość. Spodziewaliśmy się, że może się to udać, dlatego systematycznie chodziliśmy na sesje ówczesnej rady narodowej. Głównie po to, żeby zobaczyć, jakie są mechanizmy sterowania taką gminą jak Libiąż. Wtedy
wszyscy uczyliśmy się tego lokalnego rządzenia. Wielka zmiana ustrojowa się udała. Jako nowo wybrani radni uzyskaliśmy wpływ na rozwój miasta. Poczuliśmy się odpowiedzialni, byliśmy współgospodarzami gminy.

Czym różniła się rada miejska w roku 1990 od obecnej?
- Wtedy nie było lepszych i gorszych części gminy. Każdy radny był wysłuchiwany przez kolegów. Wszyscy chcieli się wypowiedzieć, angażowali się w to, co się dzieje. Z tego powodu sesje trwały często po kilkanaście godzin. Panował klimat zmian. Gdzie byśmy nie poszli, z kim byśmy nie rozmawiali, wszyscy ich chcieli. Czasem nawet się ich obawialiśmy, ale były konieczne, bo poprzedni stan nie mógł już dłużej trwać. W tamtym systemie wyborczym obowiązywały okręgi jednomandatowe. Radnym zostawał ten, którego ludzie znali z imienia i nazwiska - sąsiad, człowiek z okolicy. Gdy ktoś miał później uwagi lub dobre słowo, wiedział, do kogo iść, bo znał swojego radnego.

Okręgi jednomandatowe właśnie wracają.
- Bardzo mnie to cieszy. W minionych latach zdarzało się, że radnym z dzielnicy Budzowy zostawała osoba mieszkająca przy kopalni. To zupełnie inne części miasta i inne środowiska, a co za tym idzie, także oczekiwania ludzi. Liczę, że te wybory pomogą w ponownym budowaniu wspólnoty i klimatu z lat 90. Dziś na sesjach wiele się mówi, ale nie ma wzajemnego słuchania. Myślę, że to wynika z faktu, że wtedy mieliśmy duże zaufanie, a teraz jest ono bardzo ograniczone.

Do burmistrza czy do siebie?
- Radni nie całkiem ufają władzy, a czy sobie? Tutaj też mam wątpliwości. Ale mimo wszystko wierzę, że zaufanie można zbudować.
W libiąskiej radzie wiele zależy teraz do miejsca siedzenia. Wnioski i inwestycje zgłaszane z części stołu zajmowanej przez opozycję, realizowane są znacznie rzadziej niż te ze strony koalicyjnej.
- Niestety, w niektórych dzielnicach inwestycje są wykonywane tylko wtedy, gdy pieniądze uda się siłą "wydrzeć" z budżetu. Będąc w opozycji, niejednokrotnie można mieć poczucie wykluczenia, gdy nie daje się przegłosować racjonalnych pomysłów. Podsumowując moje lata w radzie, z jednej rzeczy jestem szczególnie dumny. Chodzi o szkołę podstawową nr 2, która była przeznaczona do likwidacji, ale dzięki protestom rodziców do tego nie doszło. Gdy doszliśmy do władzy, szkoła została wyremontowana, rozbudowana, a obok powstało przedszkole. Piękne było to, że wszyscy, czyli 28 radnych było zgodnych, iż trzeba ocalić tę szkołę.

Porażki i niezrealizowane pomysły, zniechęcają. Po co więc kolejny raz kandyduje pan na radnego, czując się "wykluczonym"?
- Dzięki jednomandatowym okręgom jest szansa na mocnych radnych, którzy za każdym razem zastanowią się nad proponowanymi uchwałami. Oprócz mnie startuje też kilka osób, które tworzyły samorząd w latach 90. Postanowiłem więc jeszcze raz się zaangażować.
Kto ma szanse pokonać obecnego burmistrza?
- Na chwilę obecną ma dwóch równorzędnych rywali: Stanisława Bigaja i Krzysztofa Kozika. Wszystko zależy od tego, jak cała trójka zaprezentuje się mieszkańcom. Wiele osób jest rozczarowanych polityką, panuje apatia. Zadaniem kandydatów jest zmniejszenie dystansu między władzą i społeczeństwem. Komu się to uda - wygra. Spodziewam się jednak u nas drugiej tury.

Na sesjach czasem widać, że radni nie mają pojęcia, o czym mówią i nad czym głosują.
- W latach 90. sporo i szybko się uczyliśmy. Kursowaliśmy do Katowic, bo wtedy to była stolica naszego województwa, na szkolenia, za które sami płaciliśmy. Gdy jechała jedna osoba, robiła notatki dla pozostałych. Byliśmy młodzi, połowa rady miała mniej niż czterdzieści lat. Chcieliśmy wiedzieć, jak to wszystko
działa, np. do kogo należy dana droga, skąd można uzyskać pieniądze na inwestycje. Niestety, dzisiaj takich szkoleń brakuje i nie wszyscy czują potrzebę poszerzania swojej samorządowej wiedzy.

Może w radach znów powinno być więcej młodych. Oni mają większą chęć do nauki i działania.
- Połączenie energii młodych i doświadczenia starszych to najlepsza mieszanka. W zależności od wieku, ludzie świat widzą inaczej.
Patrząc w oświadczenia majątkowe radnych, widać, że niektórzy mają dzięki samorządowi niezłe źródło dochodu.
- Gdy zostałem wybrany po raz pierwszy, to nie wiedziałem, że jest coś takiego jak dieta. Dowiedziałem się o tym na pierwszej sesji. Byłem zdumiony, że dostaniemy jakieś pieniądze, choć była to kwota symboliczna. Traktowanie funkcji radnego jako możliwości dorobienia sobie do pensji czy emerytury to zupełne wypaczenie idei z lat 90. A kolekcjonowanie diet z gminy i związków komunalnych, to już patologia.

Może diety trzeba całkowicie zlikwidować?
- One powinny istnieć, bo wśród mieszkańców są wartościowi ludzie, którzy, jeśli będą musieli wydać swoje pieniądze na telefon, paliwo czy bilet, aby coś dla swojej dzielnicy zrobić i nie zostanie im to w żaden sposób zrekompensowane, nigdy nie wystartują w wyborach. Jako wyborcy powinniśmy być czujni, czy dla radnego nie staje się to tylko źródłem dodatkowych pieniędzy.

Jak wyglądała kampania wyborcza przed 24 laty?
- Sprzedawaliśmy po 5 tysięcy starych złotych cegiełki na działanie Komitetu Obywatelskiego. Mieszkańcy mogli nas w ten sposób wspierać. Ulotki z programami powstawały na drukarkach w pracy albo w domu na powielaczach. Wydawaliśmy gazetkę prezentującą wszystkich kandydatów z okręgu, ale pełniącą także rolę edukacyjną, bo wyjaśniała, jak ocenić program wyborczy i jak głosować. Nie byliśmy tak drapieżni na władzę, zależało nam na aktywizowaniu ludzi. Obecnie kampanie są dużo bardziej agresywne.
Przełom nr 41 (1163) 15.10.2014

(red)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%