O lokalnych mediach, samorządzie, hejcie, sukcesji w „Przełomie” i życiu podporządkowanemu dziennikarstwu z Alicją Molendą - wydawczynią, dziennikarką i założycielką „Przełomu”, laureatką Złotej Gruszki rozmawia Klaudia Remsak.
::news{"type":"see-also","item":"73169"}
W Klubie Dziennikarzy Pod Gruszką w Krakowie Alicja Molenda - wydawczyni i dziennikarka tygodnika „Przełom” oraz portalu przelom.pl - odebrała Złotą Gruszkę, prestiżową nagrodę przyznawaną dziennikarzom prasy, radia i telewizji z południowej Polski. Nagroda przyznano „w uznaniu za rzetelną i odważną działalność dziennikarską, konsekwentne budowanie niezależnych mediów lokalnych oraz niestrudzone dokumentowanie spraw ważnych dla mieszkańców regionu”.
„Przełom” ma 36 lat. Dziś to już nie tylko tygodnik.
Kiedy mowa jest o „Przełomie”, większość ludzi wprost kojarzy go z papierowym tygodnikiem. Ale „Przełom” to marka medialna, która przez lata ewoluowała i się rozwija. Najpierw była oczywiście gazeta, później pojawił się jej młodszy brat - portal i kolejne platformy rozpowszechniania treści jak newsletter, platformy społecznościowe.
Tygodnik to rzeczywiście moje ukochane dziecko. Mam dwie córki, więc „Przełom” zawsze żartobliwie nazywałam potomkiem męskim. Kierowanie wydawnictwem to kawał mojego życia. Przychodzi jednak taki moment, kiedy stery trzeba oddać komuś młodszemu. Komuś, kto rozwinie to dzieło, dostosuje do nowych czasów, uczyni ciekawszym.
To trudny moment?
Nie zamierzam przestać robić tego, co kocham najbardziej, czyli pisać, więc emocjonalnie z nadchodzącą zmianą sobie radzę. Formalnie to trudny czas i trwa już bardzo długo, a ja nie cierpię papierów, procedur, czekania na decyzje. Chciałabym się po prostu z tej administracyjnej części jak najszybciej uwolnić.
Jak widzi pani przyszłość mediów lokalnych?
Czasy są trudne. Cyfryzacja, nowe technologie bardzo mocno uderzyły w naszą branżę. Mówi się, że papier jako nośnik informacji nie będzie żył wiecznie, że pokazują to tendencje amerykańskie czy zachodnioeuropejskie. Sami wiemy z ubiegłorocznych badań i statystyk GA, że prawie 80 proc. Czytelników, tworzone przez naszą redakcję treści konsumuje w telefonach komórkowych - czasem nawet nie wiedząc, skąd one pochodzą. Osobiście jednak wierzę w renesans papieru i w to, że ludzie zmęczeni natłokiem informacji i agresywnym tempem przekazu internetowego, zatęsknią kiedyś za spokojnym czytaniem wartościowych, uporządkowanych informacji i publicystyki w papierze. Że moda na czytanie książek i gazet w takiej postaci wróci.
Media lokalne korzystają dziś z takich samych technologii i narzędzi jak duże media. Nie mamy z tym korzystaniem problemów, intensywnie się ich uczymy, mając ogromne wsparcie edukacyjne w ramach naszego środowiska wydawniczego. Czasem przerastają nas tylko ich koszty.
Transformacja cyfrowa to proces wymagający. Młodsze pokolenie szybciej się do jej warunków przystosowuje, ale ja też robię to z radością.
Była pani prezeską Stowarzyszenia Gazet Lokalnych. Jak wyglądała ta praca?
Z naszym ogólnopolskim stowarzyszeniem jestem związana od początku jego istnienia. Kiedy zostałam jego prezeską obiecałam sobie, że będę pełnić tę funkcję tylko jedną kadencję z uwagi na fakt, że to praca w Warszawie, kosztem tej na miejscu. Zadeklarowałam, że przeprowadzę SGL i niektórych opornych kolegów wydawców z mojego pokolenia przez początek procesu transformacji cyfrowej w branży. Dla ludzi wychowanych na papierze było to bardzo trudne. Broniliśmy naszej twórczości w sytuacji, w której zaczęła być konsumowana w internecie za darmo.
Dziś wykorzystujemy platformy społecznościowe do promocji własnych treści, ale jednocześnie staramy się nie rozdawać wszystkiego za darmo, bo tworzenie dobrego kontentu jest kosztowne.
Stowarzyszenie Gazet Lokalnych to około 60 wydawców z całej Polski. Jesteśmy grupą ludzi, którzy się naprawdę lubią, przyjaźnią. Spotykamy się bardzo często, wymieniamy doświadczeniami, gazetami, pomysłami. Żeby walczyć o swoje interesy, potrzebujemy tej współpracy i jesteśmy skuteczni.
Jakiego wsparcia potrzebują dziś media lokalne?
Walczymy o systemowe wsparcie naszej działalności przez państwo. W wielu krajach europejskich lokalna prasa dostaje taką pomoc, bo pełni ważną funkcję w demokratycznych systemach: informuje o rzeczach ważnych dla danej społeczności i kontroluje władzę.
Nam chodzi głównie o wsparcie projektów dotyczących historii, kultury, dziedzictwa lokalnego, spraw społecznych, obywatelskich, szeroko pojętej edukacji regionalnej itp. Są to ważne społecznie i kosztowne publikacje. W pewnym sensie misyjne. Realizują je dziennikarze, dla których to jest praca. Małych wydawnictw na to nie stać.
W lutym 2026 roku na przelom.pl. napisała pani: „Przyznaję, że przez lata byłam niepoprawną entuzjastką samorządności. Dziś coraz częściej mam wrażenie, że oglądam karykaturę jej ideałów. Słyszę jak wielu ludzi mówi o radnych nie jako o reprezentantach mieszkańców, ale wręcz o pacynkach oklaskujących wójtów i burmistrzów. Ubolewam, że promocja i propaganda zastąpiły samorządową informację. Samorząd stał się sceną jednego aktora. Żyjemy w czasach niekończącej się kampanii wyborczej". To bardzo surowa diagnoza.
Przez lata byłam ogromną entuzjastką samorządu. Uważałam, że reforma samorządowa w latach 90. była jedną z najlepszych rzeczy, jakie przyniosła transformacja ustrojowa. Pamiętam pierwsze rady gmin. Tam siedzieli ludzie z autorytetem, dyskutowali godzinami, tworzyli coś nowego z ogromnym zaangażowaniem. Nie było kultu liderów. Teraz jest i ubolewam, że rady gmin zostały przez nich spacyfikowane.
To się stało wraz z wprowadzeniem bezpośrednich wyborów wójtów i burmistrzów. Powstał model jednego dominującego polityka a wraz z nim autokreacja, propaganda jego sukcesów, ciągła obecność w mediach społecznościowych. Mam czasem wrażenie, że niektórzy samorządowcy są wiecznie on line i każda rzecz, na którą nadepną, musi zostać sfotografowana i natychmiast wrzucona do internetu. Bez dystansu, bez refleksji. Pomijam już kwestię kosztów i czasu, bo nie zawsze robią to sami. Świat kreowany przez fanpage’e jest zawsze polukrowany i kolorowy, prawdziwe problemy mieszkańców zazwyczaj są w nim nieobecne.
Jakie widzi pani rozwiązanie?
Burmistrz, skoro taka kultura polityczna się lokalnie wytworzyła, powinien pozostać politykiem, który wyznacza kierunek. Natomiast urząd powinien być zarządzany przez profesjonalną, niezależną administrację. Dziś sekretarz gminy teoretycznie jest apolityczny, niby ma kierować urzędem, ale w praktyce wykonuje czysto techniczne funkcje. Jest zausznikiem burmistrza. To nie jest zdrowe.
Pisze pani również o słabnącym zaangażowaniu mieszkańców.
Tak. Mieszkańcy nie angażują się w sprawy publiczne, bo są zmęczeni. Chcą spokojnie żyć, zajmować się rodziną, nie słuchać o ciągłych konfliktach i aferach. Angażują się wtedy, kiedy coś dotyka ich osobiście. Codzienne sprawy miasta, gminy powierzyli swoim przedstawicielom w samorządzie na pięć lat, płacą im i chcą mieć spokój. To bywa zgubne. Są też tacy, którzy demonstrują zaangażowanie, hejtując. Ja staram się z tym na przelom.pl walczyć, bo co to za zaangażowanie.
Hejt dotyka także lokalnych dziennikarzy?
Oczywiście. Sama tego doświadczam. W tym zawodzie trzeba jednak umieć z tym żyć. Ciekawostką jest, że ci, którzy Przełomu z powodu jakiejś niekorzystnej dla nich publikacji nie lubią, przypinają nam w tym hejcie różne polityczne łatki: od komunistów, lewaków przez gwardian PO. W soboty i niedziele jesteśmy dla hejterów kościelnymi konserwatystami i wyznawcami PiS-u lub PSL-u, bo poświęcamy sporo miejsca tematom religijnym. Myślę, że skoro byliśmy już "obrzucani" wszystkim, to dobry znak. Nam dziennikarzom jest naprawdę obojętne to rządzi, byle robił to dobrze.
Jaką rolę powinny pełnić media lokalne wobec władzy?
Ustawa mówi, że media mają sprawować funkcje: informacyjną i kontrolną. Obserwować władzę i sprawdzać, czy poprawnie wykonuje swoje zadania. Nie musimy się z władzą kochać ani przyjaźnić.
Od kilku lat obserwujemy ciekawe zjawisko: samorządowcy wchodzą w dziennikarskie buty, informują o czym chcą, są pierwsi, bo są też równocześnie źródłem informacji i tworzą własny przekaz z własnego świata. Nie lubią, gdy niezależna prasa spojrzy na cokolwiek inaczej, krytycznie. Dlatego my się z nimi nie ścigamy. Tak samo jak nie konfrontujemy się z tzw. mediami samorządowymi, finansowanymi z publicznych pieniędzy. One nie dość, że psują rynek, to nie wypełniają też funkcji kontrolnej. Ustawowy zakaz ich wydawania rodzi się jednak w potwornych bólach.
Lokalne władze mają do dyspozycji strony internetowe i BIP. Mają, jeśli chcą, platformy społecznościowe. Ważne, aby te źródła informacji były dobrze robione i użyteczne dla mieszkańców.
W 2009 roku otrzymała pani tytuł „Zasłużona dla Powiatu Chrzanowskiego”. Musiała się pani tłumaczyć z tego wyróżnienia kolegom wydawcom?
Trochę tak, bo dla części środowiska było to zaskakujące. Ale ja odebrałam to jako docenienie pracy, którą jako redakcja, zespół, wykonaliśmy tu na miejscu od 1990 roku.
„Przełom” powstał z głodu informacji. Nie było wtedy lokalnych gazet. Kiedy w Komitecie Obywatelskim zaczęto mówić o stworzeniu biuletynu, w gronie założycieli tygodnika uznaliśmy, że skoro jest wolność gospodarcza, trzeba założyć niezależną gazetę. I tak zrobiliśmy.
Jak wyglądały początki „Przełomu”?
Tworzyło go troje wydawców - kompletnych dyletantów. Socjolog, inżynier i ja - filolożka. Nie mieliśmy pojęcia o wydawaniu czasopisma. Wszystkiego nauczył nas podczas wakacji w przydomowym ogrodzie Henryk Czarnik. Pokazał nam, jak robić makietę, układać materiały, przygotowywać wszystko do druku. Długo wymyślaliśmy nazwę. W końcu padło „Przełom”, bo były to czasy wielkiego przełomu historycznego. I okazało się, że to nazwa ponadczasowa.
Łączyła pani prowadzenie gazety z wychowaniem dzieci. Jak to się robi?
Nie wiem, czy robiłam to dobrze. Zawsze miałam poczucie, że jestem najgorszą matką świata, bo żyłam pracą praktycznie całą dobę, nie potrafiłam jednak tego zmienić. Bardzo pomagali mi rodzice i mąż. Czasem sobie myślę, że to tęsknota za mamą nauczyła je samodzielności i decyzyjności. Gotują lepiej ode mnie (bo ja pichcić nie lubię), są wspaniałymi, wykształconymi, samodzielnymi kobietami. Chyba właśnie dlatego, że nie miały mamy kwoki w dzieciństwie.
A wnuki?
Jestem w nich zakochana. Mieszkają w Warszawie, więc widujemy się za rzadko. Uwielbiają przyjeżdżać do Trzebini. Mój wnuk kiedyś nie potrafił wymówić słowa „rafineria”, a chciał powiedzieć, że zawsze ją czuje jak wjeżdża do Trzebini i mówił „Kalifornia”, więc dziś żartujemy, że przyjeżdżają do dziadków mieszkających w pobliżu „śmierdzącej Kalifornii”.
Unika pani wielkich wydarzeń i autopromocji.
Bo nie wierzę, że sukces rodzi się na imprezach, bankietach i rautach. Oczywiście politycy muszą tam bywać, bo taka jest dziś kultura życia publicznego. Chodzę kiedy muszę, z obowiązku zawodowego. Zamiast plenerowego koncertu, wolę ciszę własnego ogrodu, chyba że to wyjątkowy koncert.
Nie potrzebuję ciągłego bycia na Facebooku i pokazywania siebie. Publikuję lub udostępniam tam tylko to, co naprawdę zrobiło na mnie wrażenie.
Jest pani formalnie na emeryturze.
Od sześciu lat. Jako przedsiębiorczyni cieszę się z płacenia niższego ZUS-u. Ale dalej pracuję.
Co z podróżami?
Trochę je ograniczyłam z powodów rodzinnych. Gruzja, Mołdawia, Ukraina, państwa Azji Centralnej, to były moje kierunki. Czasem udaje mi się się wykroić typowo wypoczynkowy tydzień, z krótkim lotem. Marzę o kilku dniach w Sofii. To miejsce, do którego mam ogromny sentyment jeszcze z czasów studenckich. Plecak przygotowany, czasu brak. Generalnie wolę Wschód i Południe bałkańskie od Zachodu. Po takich wyjazdach wracam do Polski z myślą, że nie wypada tutaj wyłącznie narzekać. Stamtąd dobrze widać, jak wiele osiągnęliśmy jako kraj.

02.06.2026
KIEROWCĘ C+E. Trasy międzynarodowe - głównie Skand...

31.05.2026
WYNAJMĘ działki 919/9, 919/11 Trzebinia ul. Dąbrow...

13.05.2026
REMONTY łazienek, kuchni, itp. od podstaw-20 lat p...

25.03.2026
MALOWANIE, gładź bezpyłowa, regipsy, panele podłog...
Mecenas Jan Hoffman kandyduje na prezydenta
Zauważyłem że,kiedy pojawia się w tekście....gdziekolwiek dwa słowa Koalicja Obywatelska...pojawia się Pani z artykułem informacjami...natomiast jednocześnie NIGDZIE Pani nie napiszę złych chwilach tejże partii politycznej,o pomysłach i jeśli nawet przyjdzie...taki moment obiera lub obierze Pani w słowa, które przykryją cały ten bajzel...i to nie są już wolne Media,a człowiek myśląc:"Przełom się sprzedał"...dlatego jeśli nie będzie dzików,nie będzie kiedyś Ukrainy, będzie zgoda...to gwarantuje, że być może kiedyś dziennikarze zaczną pisać o poważnych problemach i jak Je rozwiązać...lub napiszę o tych zaniedbaniach (jak to miało miejsce na PKP-ie w Libiążu)bo tego nikt nie roztrząsał,ale temat o kładce był... PRZYPADEK? Nie sądzę,po prostu LEWACTWO kupuję MEDIA WSZĘDZIE MASAKRA... KIEDYŚ LUDZIE BĘDĄ ZAŁĄCZAĆ TV TYLKO PO TO ABY SŁYSZEĆ TO PiS albo to Wina Tuska...TAKI MAMY CHORY KLIMAT
Szczery
02:28, 2026-06-10
Strzelanie dla sportu, mieszkańcy się boją zabłąkanej k
Gdzie jest ta strzelnica na tym Wapienniki? Bo szukam w internecie i nic znaleźć nie potrafię. Z okolic Wolbromia bym się na nią wybrał z moim sprzętem i amunicją. Postrzelał bym na długim dystansie 100 - 200m.
Ludwik
00:43, 2026-06-10
Na 800 metrach drogi będzie nowy asfalt
To zdjecie jest zabiste
Photo loto
23:54, 2026-06-09
Mecenas Jan Hoffman kandyduje na prezydenta
To doradza radzie czy burmistrzowi?
Peter
22:47, 2026-06-09
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz