Zagroda „Na łąkach” w Myślachowicach. Zwierzęta i terapia - przelom.pl

Polecamy

Zamknij

Tutaj paw mówi dzień dobry, a baranek daje się przytulić

Marek Oratowski Marek Oratowski 12:30, 06.01.2026 Aktualizacja: 11:31, 06.01.2026
Skomentuj Tutaj paw mówi dzień dobry, a baranek daje się przytulić Państwo Besztochowie gościli dwukrotnie w tym roku w TVP w "Pytaniu na śniadanie". W kwietniu wybrali się do Warszawy całą rodziną

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Zaczęło się od jednej kozy, a skończyło na... telewizyjnych występach. Rodzina Besztochów z Myślachowic stworzyła wyjątkową zagrodę, w której baranek się przytula, osiołek chodzi w procesji, a alpaki wzbudzają uśmiech na twarzach dzieci. I to wszystko naprawdę działa!

Do zagrody prowadzi asfaltowa droga. W którymś momencie się kończy, a po lewej stronie pojawia się żółty budynek z kamiennym ogrodzeniem i rozległym ogrodem. Po trawie przechadza się paw, rozkładając różnobarwny ogon. Za budynkiem w kilku wygrodzonych boksach stoją zwierzęta. Jak w zoo. 

Pierwsze były mleczne kozy

Pani domu zaprasza do ogrodowego stołu. I zaczyna opowieść o tym, jak jedno wydarzenie mocno zmieniło życie całej rodziny.

- Córka sześć lat temu zachorowała na cukrzycę typu pierwszego. Jak każda mama kochająca swoje dziecko nad życie, szukałam sposobu, żeby jej pomóc. Wiele osób polecało nam kozie mleko. Choć mieszkamy na wsi, zdobycie takiego mleka okazało się trudne. Jeżeli dowiadywaliśmy się, że ktoś ma kozę, zwykle nie było już miejsca, żeby się zapisać na listę chętnych na mleko. No więc kupiliśmy z zaprzyjaźnionego gospodarstwa kozę. Przekonała mnie do tego koleżanka, Karolina Skraburska, przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Myślachowicach. Powiedziała, że mi pomoże przy dojeniu – opowiada Anna Besztocha.

Ostatecznie w zagrodzie pojawiły się trzy kozy – dwie mleczne i koźlątko. Pasły się z tyłu domu, na łąkach. Jadły to, na co miały ochotę. Obgryzły też okalający posesję żywopłot.

Ostatecznie mleko zaczęła pić nie tylko córka państwa Besztochów Hania, ale również oni sami oraz ich syn Tymek.

Po kozach pojawił się kucyk kupiony na komunię córki.

- Doszliśmy do wniosku, że Hania się ucieszy. No i okazało się, że to jest dla niej naprawdę świetna terapia. Korzysta z niej także nasz syn. Tymek bardzo chętnie jeździ na kucu i dba o to, żeby miał wodę. Nosi mu marchewkę, dosypuje zboże. A kucyk zaprzyjaźnił się z kozami. Z czasem ten nasz zwierzyniec się systematycznie poszerzał. Kupiliśmy kaczki i kury ozdobne. Niby banalne, ale bardzo piękne zwierzęta – przekonuje gospodyni.

Kolejnym nabytkiem okazał się osiołek sardyński, kupiony przed świętami Bożego Narodzenia. Z okazji świąt, zwierzęta brały udział w żywej szopce zorganizowanej z inicjatywy proboszcza parafii w Myślachowicach księdza Piotra Waligóry. Osiołek paradował też wokół kościoła podczas procesji w Niedzielę Palmową.

Miłość do zwierząt zintegrowała rodzinę

Zagroda wzbogaciła się też w byczka zebu karłowatego.

- Byczek urodził się w ogrodzie zoologicznym w Borysewie koło Łodzi. Został wychowany przez pracowników zoo. Jest spokojny i urokliwy, także dzięki termu, że ma garb. Spokojny jest także nasz baranek walizerski. Często się przytula. Tymek nazwał go Mati na cześć swojego kolegi Mateusza. Wygląda jak Sfinks. Jest mocno przystrzyżony, żeby łatwiej znosił upały. Po naszym ogrodzie paradują także dostojne pawie - królewski i biały. Mamy też króliczki i świnki morskie z zaprzyjaźnionej hodowli. Nie gryzą ani nie drapią. Naszym ostatnim nabytkiem są dwie alpaki – wylicza Anna Besztocha.

Jak podkreśla, stopniowo musiała się wdrażać do hodowlanych obowiązków.

- Zwierzaki nie pytają, czy mam wolne, czy jestem zdrowa, ani czy mi się chce wcześnie wstać. Muszą dostać na czas karmę i wodę. Pomocne są oczywiście automatyczne poidełka. Wspierają mnie koleżanki. Do zagrody przychodzą też wolontariusze. Wieczorem przygotowuję wodę i siano. W ciągu dnia dokładam zwierzętom marchewkę i jabłka, ale w małej ilości, bo są wzdymające i mogą powodować problemy żołądkowe – opowiada. 

Przekonuje, że miłość do zwierząt zintegrowała rodzinę. Na tyle, że gdy przychodzi weekend, domownikom nie za bardzo chce się gdzieś jechać, bo mnóstwo atrakcji mają koło domu. Wystarczy zrobić grilla, siedzieć w ogrodzie, oglądać i głaskać zwierzęta.

Taka hobbystyczna hodowla wymaga spełnienia wielu wymogów. Cały inwentarz jest zgłoszony do Agencji Rozwoju i Restrukturyzacji Rolnictwa. Niektóre zwierzęta (kozy, byk) mają kolczyki. Osiołek i alpaki zostały zaczipowane. Osiołek i kucyki mają też paszporty. Co pewien czas w zagrodzie pojawia się inspekcja. Systematycznie zagląda tu weterynarz. Dba o wszystkich pupili, od kopytnych po króliczki. Ponieważ zwierzęta mają regularny kontakt z ludźmi, także dziećmi, są cyklicznie odrobaczane i szczepione.

Dzieci mają naukę i terapię w jednym

Zagroda "Na łąkach" jest mobilna. Zwierzęta goszczą na różnych wydarzeniach i imprezach. W najbliższym czasie można je będzie zobaczyć m.in. w trakcie dożynek w Myślachowicach, pikniku w Płazie, czy na dorocznej Herbatce u Zieleniewskich w Trzebini, zaplanowanej na koniec sierpnia. Bywają też na imprezach poza powiatem chrzanowskim. Ostatnio pojechały na piknik organizowany przez Spółdzielnię Mieszkaniową Górnik w Jaworznie. Odwiedzają także imprezy charytatywne. Wielokrotnie też mobilna zagroda gościła w lokalnych przedszkolach.

- Dzięki nam dzieci po raz pierwszy w życiu widzą na żywo zwierzęta. Mogą je dotknąć, przytulić. To dla nich nauka i terapia w jednym. Nasze zwierzęta potrafią spowodować, że nawet te dzieci, które nie mówią, próbują coś powiedzieć - opowiada pani Anna.

W okresie wielkanocnym jeździła z barankiem, kaczkami i kurczakami. Ostatnio była w przedszkolu w Zabierzowie z alpakami. Panie i dzieci były zachwycone. 

Transport zwierząt odbywa się specjalnie przystosowanym do tego klimatyzowanym pojazdem. Wymóg jest taki, że musi mieć jasną podsufitkę. Alpaki nie wymagają klatek. A kopytne podróżują w przyczepce. Oczywiście podczas drogi mają siano, słomę i wodę. Nieważne, czy to jest krótka, czy dalsza trasa. 

Właściciele zagrody organizują też spacery ze zwierzętami po okolicy (w pobliżu jest las i potok Kozi Bród). Uczestniczą w nich często całe rodziny lub grupy zorganizowane. W trakcie odbywa się karmienie, pojenie i głaskanie zwierząt. Zwykle towarzyszy temu sesja zdjęciowa.

W Zagrodzie „Na łąkach” organizowane są też różne imprezy, na przykład urodziny dzieci. 

- Pomagam żonie, która opiekuje się dziećmi i zwierzętami. Prowadzimy firmę zajmująca się sprzątaniem. Staramy się dzielić obowiązkami i uzupełniać. Na początku to ja jeździłem przyczepką z naszymi pupilami. Potem żona zrobiła kurs konwojenta i kierowcy przewożącego zwierzęta i teraz już sama może się zająć transportem – przekonuje gospodarz domu Piotr Besztocha. Pochodzi z Myślachowic. Jego żona z niedalekiej Dulowej.

 

Telewizyjna przygoda

Dłuższą trasą dla zwierząt i ich właścicieli była wyprawa do studia TVP2, do programu „Pytanie na śniadanie”. Po raz pierwszy goście z Myślachowic pojawili się na antenie na początku kwietnia. W środę zadzwoniła producentka programu. Zaproszenie było na sobotę. Stanięcie przed kamerami wymagało pewnych wyrzeczeń. Rodzina wstała o 3 w nocy, by z samego rana zameldować się w stolicy. Wcześniej musieli spakować auto, dzieciaki i całą minizagrodę. Jak wspominają, to było totalne szaleństwo, ale dzięki wsparciu lokalnych firm i życzliwych ludzi (między innymi dostali od nich prowiant na drogę), wszystko się udało. Na Woronicza spotkali m.in. Natalię Kukulską, której bardzo spodobał się baranek z Myślachowic. Artystka wrzuciła sobie potem fotki na swojego Instagrama. Podczas jej występu na żywo w TVP zaczął piać kogut towarzyszący rodzinie. 

Na wizji państwo Besztochowie opowiadali o swojej miłości do zwierząt. Razem z prowadzącymi czteroletni Tymek karmił swoich pupili sałatą.

Rodzina z Myślachowic tak spodobała się prowadzącym program, że dostali ponowili zaproszenie. We wtorek 8 lipca w telewizyjnym studiu Anna Besztocha pojawiła się ponownie. Tym razem z kozą Melą i koziołkiem Milusiem. Program prowadzili Beata Tadla i Robert El Gendy.

 

Hobbystyczna hodowla zwierząt gospodarskich w Polsce to dziś coraz bardziej zauważalny trend, a nie chwilowa moda. Coraz więcej ludzi odchodzi od miejskiego stylu życia – wielu chce wrócić do korzeni, uprawiać warzywa, trzymać kury czy kozy, choćby hobbystycznie. W efekcie wzrasta liczba małych „hobby farm” o powierzchni poniżej 10 ha. To forma mikrorolnictwa, wpisująca się w nurty slow life i zero-waste. Hodowla zwierząt na własne potrzeby dostarcza właścicielom ekologicznych produktów, redukuje stres i poprawia samopoczucie – to forma terapii przez kontakt z naturą. Centra ogrodnicze i sklepy rolnicze oferują już sprzęt dla małych gospodarstw, a influencerzy pokazują swoje przydomowe zagródki, kurniki, pasieki. W takich gospodarstwach dominują kury nioski, kozy i owce, króliki (często rasowe) i pszczoły. Modne stają się także alpaki – zwłaszcza jako zwierzęta do przydomowych mini-zagród. Wygląda na to, że to nie tylko chwilowy trend, ale strukturalny zwrot społeczny. Na taki styl życia decydują się ludzie w różnym wieku – od 30-latków po seniorów.

Archiwum Przełomu nr 27/2025

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

HISTORIAPRZEŁOMowe Kadry

Przejdź do wątku

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%