Biegała nawet na ... Antarktydzie. Maratonka z Trzebini inspiruje innych - przelom.pl

Region

Zamknij

Biegała nawet na ... Antarktydzie. Maratonka z Trzebini inspiruje innych

Marek Oratowski Marek Oratowski 12:00, 17.05.2026 Aktualizacja: 10:43, 17.05.2026
1 Biegała nawet na ... Antarktydzie. Maratonka z Trzebini inspiruje innych urszula Musik biegała po całym świecie, fot. udostępnione przez zawodniczkę

Biegła w karaibskim upale, w śnieżycy za kołem podbiegunowym i po lodzie Antarktydy. Czasem przeklinała każdy kolejny kilometr, czasem płakała na mecie. Ale nigdy się nie zatrzymała. Mieszkająca w Nowym Jorku trzebinianka Urszula Musik opowiedziała o maratonach, które stały się dla niej czymś znacznie więcej niż sportem.

Spotkanie w Miejskiej Bibliotece w Trzebini od początku miało wyjątkowy klimat. Nie było sztywnej rozmowy o medalach i wynikach. Była za to opowieść o kobiecie, która z biegania uczyniła sposób na życie i inspiruje wielu ludzi.

Urszula Musik przyjechała do rodzinnego miasta jako maratonka z imponującym dorobkiem. 47 ukończonych maratonów, ultramaratony, siedem głównych maratonów świata i wyczyn, którego wcześniej nie dokonała żadna Polka — siedem maratonów na siedmiu kontynentach w ciągu jednego roku.

Debiut w różowych butach

A wszystko zaczęło się zupełnie niewinnie.

– W 2016 roku poszłam kibicować znajomym do Central Parku na maraton. Widziałam tych wszystkich ludzi, którzy biegną i tak sobie pomyślałam: jeśli oni mogą, to ja też mogę przebiec przez cały Nowy Jork. Zaczęłam pytać ludzi, jak się dostać na maraton – opowiadała Urszula Musik.

W Nowym Jorku nie wystarczy zwyczajnie zapisać się na maraton. Trzeba wybiegać kwalifikację albo zostać wylosowanym. Jako mieszkanka Nowego Jorku Urszula Musik wybrała pierwszy z tych sposobów. To znaczy przebiegła dziewięć biegów kwalifikacyjnych oraz była wolontariuszką podczas jednej z imprez.

Na początku nie miała jeszcze pojęcia o treningach, odpowiednim odżywianiu czy sprzęcie. Pierwszy półmaraton przebiegła w zwykłych sportowych butach.

– Wybrałam je, bo były ładne, różowe – opowiadała w Trzebini.

Nie przeszkodziło jej to jednak ukończyć biegu w dobrym czasie. W 2018 roku zaliczyła swój pierwszy maraton w Nowym Jorku. Założenie było takie, by dotrzeć na metę i po drodze dobrze się bawić. Niesiona dopingiem kibiców dobiegła do celu po 4 godzinach 8 minutach i 12 sekundach. Czas był jednak na drugim planie. Po prostu złapała bakcyla biegania.

Liczą się emocje i doświadczenia

Po pierwszym maratonie wiedziała już, że na jednym się nie skończy.

Nowy Jork, Kraków, Berlin, Chicago, Londyn, Boston, Tokio, Sydney — kolejne miasta zaczęły układać się w sportową mapę jej życia. Każdy maraton był inny. Każdy zostawiał ślad.

Podczas spotkania wiele mówiła o tym, że bieganie nauczyło ją pokory. Bo nawet najlepsze przygotowanie nie daje gwarancji sukcesu.

– Można być świetnie przygotowanym, a rano obudzić się z bólem głowy, czy problemami żołądkowymi i wszystko się sypie – wyjaśniała.

Właśnie dlatego nauczyła się nie przywiązywać obsesyjnie do wyniku.

– Kiedy człowiek za bardzo nastawia się na konkretny czas, głowa siada przy pierwszym kryzysie – podkreśliła.

Choć sama ma na koncie świetne rezultaty, dziś dużo bardziej niż cyfry liczą się dla niej emocje i doświadczenia. A tych nie brakowało.

Aruba ją złamała i zbudowała

Najbardziej brutalną lekcję dostała na Arubie, małej wyspie na Karaibach.

Maraton rozpoczynał się o trzeciej nad ranem, ale kiedy wzeszło słońce, asfalt zamienił się w rozgrzaną płytę. Na dodatek punktów z wodą było mało.

- Były dwa okrążenia i miałam wrażenie, że ta trasa po prostu się nie kończy. Myślałam, że mam fatamorganę, bo gdzieś widziałam ten sklep, za którym jest meta. Tymczasem biegłam, a tego sklepu dalej nie było. Pamiętam, że na mecie był chłopak, który tak się przegrzał, że go wsadzili do wanny z lodem. Szłam, biegłam i przeklinałam wszystko. Ale wiedziałam, że nie zejdę z trasy. Ten maraton nauczył mnie pokory. No i na pewno jakoś tak złamał mnie, ale też zbudował równocześnie – opowiadała maratonka.

To był jej najdłuższy maraton w życiu. Na trasie spędziła pięć i pół godziny.

Samotność za kołem podbiegunowym

Zupełnie innym doświadczeniem był maraton w norweskim Tromsø podczas nocy polarnej. Minus jedenaście stopni, śnieżyca i wiatr, który pojawił się po trzydziestym kilometrze. W bidonie miała wodę z dodatkiem alkoholu, żeby nie zamarzała. Żele energetyczne nosiła w kieszeniach razem z podgrzewaczami.

Ale najtrudniejsze okazało się coś innego.

- Maraton się zaczynał o godzinie 14 i wtedy tam jest szarówka. Więc tak naprawdę wygląda to jakbyś biegła w nocy między górami. Wystartowało nas 200 osób. Grupa się rozciągnęła. W pewnym momencie zostałam sama. Nie było ani kibiców, ani hałasu, do którego jestem przyzwyczajona w Nowym Jorku czy na innych dużych maratonach. Została cisza i moje myśli. Totalnie inne doświadczenie – wspomina Urszula Musik. To właśnie tam przygotowywała się mentalnie do największego wyzwania — Antarctic Ice Marathon.

Antarktyda. Maraton na końcu świata

Dla wielu ludzi sama podróż na Antarktydę brzmi jak szaleństwo. Dla Urszuli Musik była spełnieniem marzenia.

Na lodowiec dotarła z Chile wojskowym samolotem lądującym bezpośrednio na śniegu. Spała w nieogrzewanym namiocie, korzystała z prysznica z wodą uzyskiwaną z topionego lodu i przez pięć dni funkcjonowała w świecie, gdzie słońce praktycznie nie zachodziło.

Sam maraton odbywał się w ekstremalnych warunkach. Minus 25 stopni. Silny wiatr. Lodowiec pełen szczelin. Zawodników pilnowano na skuterach śnieżnych, a organizatorzy nie pozwalali nawet na chwilę zdejmować rękawiczek.

– Jednemu chłopakowi wystarczyło kilka sekund bez rękawiczek i odmroził palce – przypomina sobie.

Biegacze pokonywali cztery dziesięciokilometrowe pętle wyznaczone niebieskimi flagami. Każdy odpadek trzeba było schować do kieszeni. Nawet kubki były podpisane numerami zawodników, żeby nie produkować śmieci.

Na jednym z okrążeń wiatr był tak silny, że miała wrażenie, że biegnie w miejscu.

Na mecie organizm odmówił współpracy. Oślepiające światło odbijające się od śniegu spowodowało zawroty głowy i problemy z równowagą. Mimo to uważa ten bieg za jedno z najważniejszych doświadczeń życia.

Biegła z ojcem

Najbardziej osobistą historię opowiedziała jednak wspominając maraton w Tokio. W Japonii pobiegła kilka dni po śmierci ojca.

Miała przypięte do pleców jego zdjęcie. Nie słuchała muzyki. Przez cały bieg rozmawiała w myślach właśnie z nim.

- Kiedy dobiegłam do mety, podniosłam ręce, tak jak robił to tato, gdy podnosił ciężary. No i wtedy się właśnie rozpłakałam – opowiadała w Trzebini.

Co niezwykłe, właśnie wtedy osiągnęła życiowy wynik: 3 godziny, 28 minut i 9 sekund. Jak zaznacza, od tamtej pory biegnie już zawsze z tatą.

Bieganie jako terapia

Urszula Musik wielokrotnie podkreślała, że maraton nauczył ją czegoś znacznie ważniejszego niż wytrzymałość fizyczna.

– To, co czujemy podczas maratonu, to chwilowy ból. Są ludzie, którzy cierpią codziennie – przekonuje.

Dlatego niemal każdy swój bieg dedykuje komuś konkretnemu — osobom po chorobach, znajomym walczącym z nowotworami, ludziom zmagającym się z życiowymi dramatami. To właśnie oni dają jej siłę.

– Kiedy widzę na trasie ludzi po chorobach albo rodziców pchających wózki z niepełnosprawnymi dziećmi, myślę sobie: jeśli oni mogą, to ja też mogę – zaznacza.

Urszula Musik pomaga innym. Pracuje z ofiarami gwałtów i przemocy. Z wykształcenia jest pielęgniarką i kosmetolożką. W Nowym Jorku prowadzi swój biznes i jest w trakcie studiów magisterskich. Jest także prezesem klubu biegowego Polska Running Team.

Po Antarktydzie przyszedł czas na następne marzenie — ekstremalny maraton pod Mount Everestem. Chciałaby go przebiec w przyszłym roku, jako trzecia kobieta na świecie i pierwsza Polka. To duże wyzwanie fizyczne, ale i finansowe, Start w tym maratonie to wydatek 40 tysięcy dolarów. To dwa razy więcej, niż kosztowało ją bieganie na Antarktydzie. Na szczęście udaje jej się pozyskać sponsorów, pokrywających część kosztów.

Historia Urszuli Musik to nie tylko opowieść wyłącznie o sporcie. To historia o uporze. O samotności. O walce z własną głową. I o kobiecie, która nauczyła się, że granice istnieją głównie po to, żeby je przesuwać.

 

 

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarz (1)

mmm mmm

2 0

brawo więcej sukcesów życzę

17:10, 17.05.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przelom.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%