Nie masz konta? Zarejestruj się

Tenczynek

Łobuziaki bywają najfajniejsze

02.08.2022 15:00 | 0 komentarzy | 3 628 odsłony | Ewa Solak

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM". Niektórzy mówią, że "przedszkolanka" - to ta, co przychodzi do pracy się pobawić. Nic bardziej mylnego - mówi Marzena Kubin, dyrektorka Przedszkola Samorządowego w Tenczynku, obchodząca właśnie 35-lecie pracy.

0
Łobuziaki bywają najfajniejsze
Marzena Kubin przed budynkiem przedszkola
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Ewa Solak: 35 lat wśród dzieci to kawał czasu. Pamiętasz swój pierwszy dzień?
Marzena Kubin: Nawet nie wiem kiedy to tak zleciało, a przecież miałam wtedy ledwie 19 lat. Byłam zaraz po studium nauczycielskim. Kiedy szłam w te pierwsze dni do pracy, wszędzie czułam zapach kwitnących przy drogach fiołków. Było pięknie. 1986 rok. Fiołki do dziś przypominają mi tamten etap życia.

Czego dziewczyna z krakowskiej Nowej Huty szukała w Tenczynku?
- Chyba siebie. Strasznie mnie zawsze ciągnęło na wieś. Jeszcze gdy chodziłam do podstawówki, pojechaliśmy z klasą na wycieczkę do ruin zamku Tenczyn. Bardzo mi się podobało, więc gdy dowiedziałam się o możliwości pracy w Tenczynku, byłam przeszczęśliwa. Nie zapomnę, że gdy podpisywałam umowę o pracę z inspektorem oświaty Józefem Ziębińskim, to śmiał się, że to chyba będzie umowa „na niby", bo zawarta od 1 kwietnia, w prima aprilis.

Nie ziściło się.
- Wprost przeciwnie, tylko potwierdziło się, że dokonałam najlepszego wyboru zawodowego. Chyba nie ma nic piękniejszego, jak praca, którą się kocha.

Ty pokochałaś w Tenczynku nie tylko pracę.
- No tak, tu spotkałam Artura, mojego męża, i założyłam rodzinę. W ogóle, to chyba miałam zawsze ogromne szczęście do ludzi. Najpierw, gdy się tu sprowadziłam, mieszkałam na stancji u państwa Piekłów. Byli jak rodzina, a pani Terenia traktowała mnie jak córkę. Po dwóch latach wyprowadziłam się, bo wyszłam za mąż. Zamieszkałam całkiem niedaleko, oczywiście w Tenczynku, w domu Artura.

Zaczęłaś pracę w zerówce.
- Działała przy szkole w starym budynku gminy. Ostatnio ktoś przypomniał mi zdjęcie z tamtych czasów. Klęczę na nim na szafce malując dzieciom na ścianie Jasia i Małgosię. Potem zerówkę przeniesiono do prywatnego domu. W 1992 r. włączono ją do przedszkoli.
W Tenczynku placówka działała przez długie lata w starym budynku u sióstr.
- Był stary, ale miał swój niepowtarzalny klimat. W pewnym okresie dzieci było tak dużo, że musiałyśmy zaadaptować na salę pomieszczenie z jadalni. Zerówka była wtedy na dwie zmiany.

W 1997 roku zostałaś dyrektorem.
- Nigdy wcześniej nie sądziłam, że tak się stanie, bo moją pasją zawsze była praca z dziećmi, na sali. Do dziś zresztą dwa razy w tygodniu prowadzę zajęcia. Dlatego naprawdę długo się zastanawiałam, czy wystartować w konkursie. Stwierdziłam, że drugiej szansy mogę już nie mieć i warto spróbować. Kiedy okazało się, że faktycznie jestem dyrektorem, musiałam się wszystkiego uczyć, bo wszystkie kwestie związane z dokumentami, organizacją pracy, były mi zupełnie obce. Owszem, miałam już studia pedagogiczne, ale zarządzanie w oświacie robiłam dopiero później.

A skąd w ogóle wziął się pomysł, żeby zostać panią z przedszkola?
- Kiedy mieszkaliśmy w Nowej Hucie, musiałam opiekować się młodszym bratem. Rodzice pracowali, więc ja jako starsza siostra miałam nad nim czuwać. Szybko przekonałam się, że naprawdę to lubię, i od tamtej pory marzyłam, żeby pracować w przedszkolu.

Dla wielu osób jest to nie do pojęcia, jak można kochać opiekowanie się grupą rozwrzeszczanych, obcych dzieci. Niektórzy po godzinie spędzonej z kilkorgiem mają serdecznie dość.
- Dlatego właśnie to trzeba kochać. Inaczej człowiek kompletnie wypali się psychicznie. To nie jest praca dla każdego. Nie wszyscy jednak doceniają to, co robimy. Niektórzy mówią „przedszkolanka" - to ta, co przychodzi do pracy się pobawić. Nic bardziej mylnego, bo to naprawdę jest ciężki kawałek chleba. Daje jednak dużo radości i satysfakcji.

Rodzice zaczęli to pewnie bardziej doceniać w lockdownie, gdy sami musieli opiekować się dziećmi.
- Na pewno. Te sygnały faktycznie mieliśmy z wielu stron. Ale my również tęskniliśmy za normalną pracą. Puste przedszkole to wyjątkowo przytłaczający widok. Wbrew pozorom nie próżnowaliśmy. Pracowaliśmy zdalnie, prowadząc także prace porządkowe oraz drobne remonty w budynku. Ale to nie to samo.

Obecny budynek to obiekt, o którego budowę walczyłaś latami.
- Nie sama, bo miałam wspaniałą ekipę zaangażowanych osób: nieżyjącego już radnego Antoniego Jamińskiego, byłego burmistrza Wiesława Jagiełłę czy sołtysa Ryszarda Rysia. Mnóstwo ludzi walczyło o nowy budynek, bo wszyscy zdawali sobie sprawę, że zapewnienie opieki wszystkim chętnym dzieciom jest ogromnie ważne. Tym bardziej, że w Tenczynku zaczęło przybywać nowych rodzin, a miejsca w przedszkolu u sióstr nie starczało. Jestem dumna z tego, że udało nam się wywalczyć ten obiekt. Jego projekt wykonała w dużej mierze nieodpłatnie mieszkanka Tenczynka, Magdalena Szafran. Nie bez znaczenia była przychylność ówczesnego burmistrza Czesława Bartla. To jego ekipie udało się zdobyć dofinansowanie na budowę. Nasza obecna siedziba nie jest już tak nowa, bo ma ponad 10 lat.

Wspomniałaś wcześniej o coraz trudniejszej pracy z dziećmi. Zdarza ci się czasem, że masz ochotę wszystkim rzucić?
- Nigdy. Nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Dzieci są ogromną radością. Pewnie, że zdarzają się chwile zwątpienia, bo to nie jest łatwy zawód, ale uśmiech dziecka wszystko wynagradza.

Zdarzają się jednak małe łobuziaki.
- Te są najfajniejsze. Zwykle bardzo inteligentne i ciekawe świata. Trzeba tylko odpowiednio z nimi pracować, pokierować ich nadmiar energii i pasję w dobrym kierunku.

Na pewno zdarza się też jednak agresja.
- Te skłonności często są wynikiem tego, co dzieje się w domu. Przecież nie wszędzie jest idealnie. Doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. To nie wina dzieci, że przenoszą emocje z domu do przedszkola. Ze wszystkimi jednak pracujemy, staramy się zapewnić im komfort psychiczny i fizyczny. Czasem normalność i spokój, którego im brakuje. Z obserwacji widzę, że coraz więcej maluszków zaczyna mieć problemy emocjonalne. Coraz częściej mają problem z poradzeniem sobie z porażkami. W takich sytuacjach korzystamy z pomocy psychologa, a także innych specjalistów, oczywiście współpracując z rodzicami.

Pracujecie też z dziećmi niepełnosprawnymi.
- To duże wyzwanie, ale też nauka empatii i integracji dla zdrowych dzieci. Inność nie jest przecież niczym złym. To działa zresztą w dwie strony.

Masz dwoje dzieci. Któreś poszło w twoje ślady?
- Córka Ania też pracuje w przedszkolu. Ma podobną pasję do mojej. Syn natomiast ma zupełnie inne zainteresowania.

Marzena Kubin to nie tylko pani z przedszkola, ale także działaczka miejscowej straży pożarnej, Koła Gospodyń Wiejskich i wiceprezes Stowarzyszenia Tęcza Marzeń. Nie wspomnę już o stałej roli - gitarzystki i piosenkarki podczas lokalnych imprez.
- Do tego można doliczyć rolę czarownicy, za którą przebrałam się parę lat temu na ostatki. Wiele osób uważa, że jest w niej coś z prawdy. Natomiast faktycznie angażowanie się w różne inicjatywy zawsze było dla mnie ważne. Lubię ludzi, lubię pomagać, jeśli tylko się da, lubię działać. W ten sposób także realizuję samą siebie. Pandemia temu nie sprzyja, ale wierzę, że wkrótce sytuacja wróci do normy i będziemy mogli zaangażować się w różne inicjatywy.

Marzena Kubin z przedszkolakami na balu karnawałowym w 1987 r.

Marzena Kubin (l. 56)

Skończyła Studium Wychowania Przedszkolnego w Krakowie (wychowanie przedszkolne i początkowe), a także Akademię Pedagogiczną w Krakowie (kierunek wychowanie przedszkolne) oraz studia podyplomowe zarządzanie w oświacie na UJ w Krakowie.
Od 1986 roku mieszka w Tenczynku, od 1992 r. pracuje w Przedszkolu Samorządowym w Tenczynku. Od 1997 r. jest jego dyrektorem. Ma męża - byłego strażaka i dwójkę dorosłych dzieci. Ma także psa.
Uwielbia czytać książki, relaksuje się pracą w ogródku, haftuje obrazy, a jej pasją obok pracy w przedszkolu z małymi dziećmi jest też śpiew, muzyka i gra na gitarze oraz pianinie.

Archiwum Przełomu nr 19/2021