Nie masz konta? Zarejestruj się

Filipowice

Są rzeczy, z którymi zostaje się do końca

16.07.2020 15:30 | 1 komentarz | 3 330 odsłony | Ewa Solak

Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM”.
Zdarzyło się, że pewien ksiądz odmówił wystawienia moich rzeźb przy kościele. Ale to mnie zupełnie nie martwi, bo dla mnie to jest sztuka. Czasem pokazująca brzydotę, ale przede wszystkim emocje - mówi Andrzej Kurowski z Filipowic.

1
Są rzeczy, z którymi zostaje się do końca
Andrzej Kurowski w swojej pracowni, na wyrzeźbionym przez siebie fotelu
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Ewa Solak: Co pchnęło artystę rzeźbiarza, żeby z Warmii przeprowadzić się do Małopolski? To raczej odwrotny kierunek wydaje się atrakcyjniejszy.
Andrzej Kurowski: - Wychowałem się w Tolkmicku. To niewielkie, portowe miasteczko nad Zalewem Wiślanym. Przez kilka lat jeździłem z rodziną na wakacje do Krakowa, poznając jego niesamowity klimat i ludzi. Czasem nawet żartowaliśmy, że znamy go już lepiej, niż niejeden rodowity krakus. To miasto w jakiś, nie do końca jasny sposób, zawsze mnie fascynowało. Zwłaszcza jego artystyczny klimat, architektura, historia, a szczególnie twórczość Wyspiańskiego. Teraz mam to wszystko w zasięgu ręki.

Niełatwo chyba porzucić dotychczasowe życie i zaczynać wszystko od nowa?
- Łatwo, jeśli się tego naprawdę chce. Dzieci zaakceptowały naszą decyzję. Sam nigdy nie byłem specjalnie przywiązany do miejsc. To rodzina zawsze była najważniejsza. Mieszkamy w Filipowicach razem, tworząc swój dom, więc to nas buduje. Moi rodzice też do nas dołączyli. Poza tym, nadmorskie miasteczka mają to do siebie, że zamierają, gdy kończy się sezon letni i wyjeżdżają turyści. Stają się opuszczonymi wioskami, gdzie ludzie mają ponure miny i stale narzekają. Małopolska tchnie optymizmem. Stwierdziłem, że tego właśnie potrzebuję dla swoich dzieci.

A czemu Filipowice?
- Spodobało nam się położenie, domy zdobione miejscowym, czerwonym kamieniem filipowickim i stodoły... Spakowaliśmy dobytek i znaleźliśmy się tutaj. Przez długi okres musiałem się angażować w remont domu, który kupiliśmy. Nie bardzo miałem więc czas na sztukę, ale wierzę, że już niedługo będę mógł więcej czasu poświęcić na rzeźbienie.

Nie tęskni pan za morzem, Zalewem Wiślanym?
- Teraz to właśnie tam jeździmy na wakacje! Owszem, mam mnóstwo wspomnień związanych z Tolkmickiem, bo przecież to miasteczko mnie wychowało. Tam był nasz dom, ogród, pracownia, no i rodzina. Ale dziś podoba mi się tu, pod Krakowem, a nad morze mogę wracać zawsze, gdy zatęsknię.

To właśnie w Tolkmicku stanęło kilka pana rzeźb, budzących emocje zarówno wielkością, jak i kształtem.
- Działa tam od wielu lat klub motocyklowy „Kardan". Świetni ludzie i koledzy. Co roku organizują w Tolkmicku zloty, na które zjeżdża mnóstwo miłośników motorów. Chcieli zostawić po tych imprezach coś, co mieszkańcom będzie się pozytywnie kojarzyć, co będzie też ich symbolem. Zdecydowali się na moje rzeźby.

Ostatnia, to pięciometrowej wysokości postument, który można nazwać „witaczem", bo stoi przy wjeździe do miasta.
- Faktycznie, jest dość wysoka i przez to pewnie robi wrażenie. Ma w sobie dużo symboliki związanej zarówno z morzem, jak i motoryzacją. Jej wykonanie zajęło mi wiele miesięcy. Kilkuletnia współpraca z motocyklistami zaowocowała też innymi rzeźbami. Jest m.in. ławeczka, stojąca przed ratuszem. Każda z prac zawiera jakiś element związany z motoryzacją, podróżą i nawiązuje do lokalności.


Wśród pana dzieł sporo jest motywów ludowych. Są kapliczki, anioły, diabły.
- Inspiruje mnie ludowość wraz ze swoją religijnością, przywiązaniem do tradycji, a także z przyrodą. To proste pojmowanie świata: diabeł i anioł, święci opiekunowie i On, zawsze obecny, zawsze zatroskany Chrystus frasobliwy. A skąd kapliczki? Na Warmii jest takie powiedzenie, że tam, gdzie kończą się kapliczki, zaczynają się Mazury. Od wieków przydrożne kapliczki i krzyże odróżniały katolicką Warmię od protestanckich Mazur. Były nieodłącznym elementem mojego krajobrazu.

Niektóre prace Andrzeja Kurowskiego imponują wielkością

Pana rzeźby są bardzo wyraziste, mają w sobie „pazur".
- Bo ja nie lubię nijakości. Tak jak w twórczości Wyspiańskiego widać wyrazistość i grubą kreskę, tak w moich rzeźbach jest głęboki rys dłutem. Nie wygładzam powierzchni, chcę, żeby widać było pracę, wady drewna i jego niedoskonałość, jako materiału. Nie wszystkim się to podoba. Może dlatego zdarzyło się, że pewien ksiądz odmówił wystawienia moich rzeźb przy kościele. Ale to mnie zupełnie nie martwi, bo to jest sztuka. Czasem pokazująca brzydotę, ale przede wszystkim emocje. Moi święci nie są kalką pięknych obrazków dla dzieci. Mają charakter.

Artysta zawiera w rzeźbach emocjonalny przekaz

Niektóre z rzeźb wydają się przerażające.
- Może raczej groźne lub ponure. To fakt. Twarze świętych mają wywołać nastrój, jak ikony. To efekt moich podróży na Podlasie i fascynacji kulturą prawosławia. Nie zamierzam wzbudzać lęku, w ogóle: nie lubię agresji. Pokazuję w drewnie to, co rodzi się w mojej głowie z obserwacji życia. Dobra, zła, żywiołów.

Zaczął pan tworzyć dopiero jakieś dziesięć lat temu.
- Ale duszę artysty miałem od dziecka. W szkole najpierw dużo rysowałem. Do dziś pamiętam różne sceny bitewne, tworzone w zeszytach. Kiedy miałem 15 lat, poznałem artystę rzeźbiarza Floriana Retkowskiego. Tworzył w swojej pracowni piękną ceramikę. Rzeźbił w glinie. Z grupą kolegów niemal co dzień chodziliśmy do niego. Ze wzgórza można było obserwować całe miasto i Zalew Wiślany. Tworzenia w glinie nauczyliśmy się tak szybko, jakby to było coś zupełnie naturalnego. Żyliśmy tą pracownią przez osiem lat. Florian stał się dla nas autorytetem i niemal wyrocznią.

Sporo was pewnie nauczył.
- Nie uczył nas plastyki, wolał pokazywać nam sztukę. Nie uczył też życia, tylko pokazywał, jak je obserwować. Tłumaczył, by nie traktować niczego powierzchownie. Często wyjeżdżał na plenery rzeźby do Finlandii czy USA. Czekaliśmy wtedy na jego powrót z niecierpliwością, bo to były czasy, gdy z zagranicy przywoziło się nie tylko różne rzeczy niedostępne w Polsce, ale także opowieści o tym, co można tam zobaczyć. Słuchaliśmy go z otwartymi buziami.

Nie wybrał się pan na studia artystyczne...
- Chciałem tworzyć, zajmowała mnie rzeźba w glinie i grafika. Czułem, że mógłbym studiować, ale nie miałem motywacji. Poszedłem nawet na uczelnię zanieść prace, ale zrezygnowałem. Chodziłem nadal z kolegami do pracowni Floriana Retkowskiego i to mi wystarczało. Do czasu. W 1991 roku Florian, korzystając z okazji, postanowił zostać w Stanach Zjednoczonych, gdzie był na plenerze. Nikomu wcześniej nic nie powiedział, nie zająknął się ani słowem, więc cała nasza grupa bardzo to przeżyła. Czuliśmy się tak, jakby nas porzucił. Przestawiłem na inne tory całe swoje życie. Później był dom i rodzina. No i po przeszło 20 latach zatoczyłem duże koło. Wróciła potrzeba tworzenia. W roku 2000 wybudowałem piec do wypalania gliny i w wolnym czasie trochę rzeźbiłem. Ciągnęło mnie jednak do drewna. Jednocześnie tworzyłem drewniane place zabaw dla dzieci. Pierwszą rzeźbę-kapliczkę zrobiłem w 2008 r.

Ta kapliczka stoi dziś u pana w ogrodzie.
- Są rzeczy, których się nie sprzedaje, z którymi się zostaje do końca. Mam kilka takich dzieł.

Tworzy pan tylko w drewnie?
- Tak, głównie w lipowym. Każdy rzeźbiarz wie o tym, że jest najlepsze do tworzenia, najbardziej plastyczne. Czasem zdarza się, że wezmę inny rodzaj drewna, gdy na przykład ktoś przyniesie je razem z zamówieniem. Ale to rzadkość. Robiłem np. na zamówienie dębowe stoły i ławy do mieszkań.

No właśnie. Ten tron, stojący w pracowni, wyrzeźbił pan dla siebie?
- Owszem, ale dla mnie jest po prostu fotelem. Można sprawdzić, wygodny.

Też ma mnóstwo symbolicznych elementów, związanych z walką dobra ze złem.
- Może jednak to nie walka, tylko współistnienie dobra i zła. Zacząłem go rzeźbić jeszcze przed przeprowadzą do Filipowic, ale tu także pasuje.

Ma pan w pracowni mnóstwo narzędzi - dłut, młotków i innych przedmiotów. Ale nie ma tu ani grama kurzu czy drewnianego wiórka!
- Ta część jest może bardziej galerią, gdzie prezentuję swoje rzeźby. Lubię porządek. Czasem dzieci przychodzą do mnie pomagać w pracy, ostatnio najczęściej robi to moja najmłodsza córka. Razem dbamy o to, żeby nie było tu zbyt dużego bałaganu.

Niedawno można było pana rzeźby oglądać w bibliotece w Krzeszowicach.
- To tylko kilka rzeźb, bo przecież niektóre w ogóle mogłyby się tam nie zmieścić. Ale cieszę się, że mogłem nawiązać współpracę z biblioteką. Od dwóch lat współpracuję też z grupą plastyczną Zdrój z Krzeszowic.

Ma pan jakieś plany rzeźbiarskie?
- Mnóstwo, ale najpierw chcę skończyć moją pracownię, bo sporo czasu zajęło mi przystosowanie pomieszczeń stodoły do mojej pracy. Chciałbym, żeby funkcjonowała tu galeria rzeźby, gdzie będzie można zobaczyć pracę rzeźbiarza i jej końcowy efekt. Liczę, że uda się nawiązać współpracę z okolicznymi instytucjami kultury.

Andrzej Kurowski (54 l.) - rzeźbiarz pochodzący z Tolkmicka, na Warmii, od dwóch lat mieszkający w Filipowicach. W Tolkmicku, gdzie mieszkał przez całe życie, stoi wiele jego plenerowych dzieł. Tworzy je od 10 lat. Ma żonę Dorotę i trójkę dzieci: Roberta, Olgę i Patrycję.

Z archiwum tygodnika "Przełom" nr 4/2020