Nie masz konta? Zarejestruj się

Do poczytania

Kamil na najzimniejszej górze świata

08.02.2020 17:00 | 2 komentarze | 5 317 odsłon | Michał Koryczan

Na tydzień przed wyprawą prawie stracił wzrok. Tuż przed atakiem na szczyt dopadły go objawy choroby wysokościowej. Nie poddał się. Kamil Knapczyk, rodzinnie związany z Ostrężnicą, zdobył Denali - o czym opowiada w rozmowie z Michałem Koryczanem.

2
Kamil na najzimniejszej górze świata
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Michał Koryczan: Każdy, kto Cię zna, wie doskonale, że uwielbiasz chodzić po górach. Tym razem zdecydowałeś się jednak zrobić „najgrubszą" rzecz w swoim życiu, czyli zdobyć Denali. Skąd taki pomysł?
Kamil Knapczyk: Kilka lat temu mama namówiła mnie na wyjście na Kilimandżaro. Skoro więc zdobyłem jeden ze szczytów Korony Ziemi, to pomyślałem, czemu nie spróbować z kolejnymi. Mieszkając w Stanach Zjednoczonych, zwiedziłem je prawie całe. Z wyjątkiem Alaski. Pomyślałem, że skoro jeszcze tam się muszę udać, to przy okazji mógłbym wejść na Denali.


Ile trwały przygotowania do wyprawy?
- Zaczęły się od pozwolenia od mojej dziewczyny - Natalii. Rok temu zapytałem ją, czy miałaby coś przeciwko, gdybym zniknął na dwanaście miesięcy, bo praktycznie tyle trwały przygotowania. Zgodziła się. Przygotowania były bardzo trudne. Przez rok schudłem dwadzieścia kilogramów. Podczas wyprawy kolejne osiem. Codziennie godzina lub dwie na siłowni. Poza tym, w każdy weekend wyjście na jakąś górę. Na szczęście mieszkamy w takim miejscu, że wkoło nas jest pełno czterotysięczników. Zamiast więc w weekend na plażę, biegałem po górach, a Natalia zostawała kolejny dzień w domu, z dzieckiem. To przygotowanie zaprocentowało, bo czułem się bardzo silny, wychodząc na Denali. Rok z życia, co prawda, wycięty, ale mogłem zdobyć szczyt bez przeszkód. Z naszej sześcioosobowej grupy, która wspinała się na Denali, jeden chłopak nieco nakłamał w swoim górskim CV. Bardzo chciał zdobyć tę górę. Nie był jednak odpowiednio przygotowany i wskutek odmrożenia stracił palec u nogi.


To było najbardziej ekstremalne doświadczenie podczas wyprawy?
- Zdawaliśmy sobie sprawę, że to najzimniejsza góra świata i istnieje takie ryzyko. Szczęście w nieszczęściu, przed wyjściem mieliśmy przeszkolenie u rangersów. Opowiedzieli nam o wszystkich niebezpieczeństwach, które na nas czyhają. Jednym z elementów szkolenia był pokaz zdjęć odmrożonych kończyn. Nas akurat to nie zdziwiło aż tak bardzo, bo widzieliśmy schodzącego z gór Japończyka, z czarnymi, odmrożonymi palcami. Jeden z rangersów powiedział, że tak możemy wyglądać, jeśli nie będziemy przestrzegać wszystkich zasad. Ta sytuacja dała nam dużo do myślenia. Pilnowaliśmy więc jeden drugiego, ale jak widać, ten jeden z naszej grupy poszedł nieprzygotowany jak należy i tak to się potem dla niego skończyło.


Żmudne przygotowania to jedno. Musiałeś się też zaopatrzyć w odpowiedni sprzęt.
- Kosztował naprawdę sporo, bo znaczna jego część musiała być najlepszej jakości. Śpiwór miałem dostosowany to temperatur - 69 stopni Celsjusza, na wypadek, jakby pojawiła się superburza. Mieliśmy jednak dużo szczęścia. Jak mówili wszyscy spotkani przewodnicy, tak ciepłej pogody na Denali to oni nie pamiętają. Spodni puchowych, które zostały uszyte specjalnie na mnie i kosztowały kilka tysięcy złotych, w ogóle nie ubrałem. Z jednej strony się cieszę, bo nie było tak zimno jak powinno, ale z drugiej, szkoda wydanych pieniędzy.


Ile w sumie kosztowała ta wyprawa?
- Początkowo nie chciałem nawet podliczać, żeby nie denerwować siebie i Natalii. Ale jak liczyliśmy z ekipą na zboczu góry, to wyszło każdemu ponad dziesięć tysięcy dolarów. Sam lot na lodowiec kosztował 550 dolarów. To był jeden z najciekawszych momentów, bo lecieliśmy awionetką pomiędzy szczytami i lądowaliśmy w dolinie, na lodowcu.


Abstrahując od przygotowań, kosztów, to nie każdy może sobie, ot tak, wyjść na Denali.
- Nikt nie chce dopuścić do tego, co w minionym sezonie zdarzyło się na Mount Everest. Że ludzie umierali w kolejce, czekając, żeby wyjść na szczyt, bo było tak dużo chętnych. Dlatego w przypadku Denali jest ograniczona ilość wydawanych pozwoleń na wyjście w góry. Osoby niedoświadczone są z góry odrzucane.


Wejście trwało dziesięć dni.
- Było żmudne i w pewnym sensie powtarzalne. Każdy dzień praktycznie taki sam. Kilkugodzinny marsz, składanie i rozkładanie namiotu. Długimi tyczkami trzeba było sprawdzać, czy metr niżej nie ma jakiejś szczeliny. Jednym z głównych zajęć było topienie śniegu. Najpierw na jeden litr herbaty, potem na izotonik i wreszcie do zalania jedzenia. Początkowo nam wszystko smakowało, ale po kilku dniach to już każdy wpychał je na siłę.


Co jakiś czas trafiały się jednak urozmaicenia, jeśli chodzi o zagrożenia.
- Rzeczywiście. Najpierw były to szczeliny, potem strome i wysokie podejścia, a później - na przykład bardzo wąska grań, gdzie po każdej stronie jest kilometrowa przepaść. W każdej chwila wiatr mógł nas zwiać. Oczywiście każdy był przypięty do liny. Trzeba było tylko zaufać współtowarzyszom.


Jak w ogóle zebrała się Twoja grupa?
- Przez klub Annapurna, organizujący takie wypady wysokogórskie. W grupie byli sami Polacy. Piątka dotarła bezpośrednio z Polski. Ja miałem najbliżej, bo tylko pięć godzin samolotem od obecnego miejsca zamieszkania.


Sami mężczyźni?
- Nie. Była też kobieta. Wyobraź sobie, że ważyła 52 kilogramy, a bagażu miała prawie 40 kilogramów. Jakie dopiero dla niej to było wyzwanie! Ja miałem bagaż 50-kilogramowy, ale ważę prawie drugie tyle. Część rzeczy nieśliśmy na plecach, a część na ciągniętych przez nas saniach. Ale tylko do obozu trzeciego. Potem było już zbyt stromo. Wówczas bagaże wnosiliśmy już na dwa razy. Jednego dnia część, drugiego resztę.


W bagażu mieliście przede wszystkim ubrania, sprzęt i jedzenie.
- Jedzenie zajmowało sporo miejsca, bo jednak trzeba było wziąć trochę przekąsek. Co godzinę musieliśmy coś zjeść. Zabraliśmy więc batony energetyczne, czekolady, ser w plasterkach. Do tego jakąś książkę. Co niektórzy znaleźli nawet miejsce na butelkę whisky, żeby się rozgrzać.


Najtrudniejsze momenty wyprawy to...
- W ogóle gorąco to mi się zrobiło już na tydzień przed nią. Wybrałem się wówczas zdobyć czterotysięczniki w Kalifornii i prawie przestałem widzieć. Rok przygotowań, parę dni do wyjazdu na Alaskę, a ja mam mgłę przed oczami, które są zaczerwienione i łzawią. Szybko poszedłem na badania. Okulistka mnie jednak uspokoiła. Wszystko było spowodowane tym, że przez większość czasu nie miałem kontaktu ze słońcem. Pracuję w zamkniętych pomieszczeniach. Jak poszedłem w góry i promienie słońca zaczęły się odbijać na śniegu, to oczy zostały podrażnione. Na całe szczęście potem było już wszystko w porządku.
Co do wyprawy, to mimo że byłem dobrze przygotowany, jeśli chodzi o przebywanie na takich wysokościach, to przed atakiem na szczyt dostałem objawów choroby wysokościowej. Zaczęły się nudności. Czułem olbrzymi ucisk na głowie, jakby ktoś mi ją ściskał dłońmi. Cała noc nieprzespana, a tu za kilka godzin mamy ruszać Mówię ekipie, że nie idę, bo nie czuję się dobrze. Wtedy Patryk, najbardziej doświadczony z naszej ekipy, podał mi całą garść medykamentów i kazał je zjeść. Nie minęła godzina i już żaden ból mi nie doskwierał. Drugim trudnym momentem było gdy już szliśmy na szczyt i ten nasz mały kłamczuszek przestał dawać radę. Wiedzieliśmy, że idąc jego tempem, nie zdążymy wyjść na Denali. Mieliśmy bowiem kilkunastogodzinne okienko pogodowe. Wskazaliśmy mu bezpieczne zejście do obozu i poszliśmy na szczyt. Gdy schodziliśmy, okazało się, że on dalej idzie do góry. Było już bardzo późno, a on na czworakach. Praktycznie stracił świadomość. W dodatku zaczęła nadciągać burza z piorunami. Zrobiło się dość niebezpiecznie. W końcu jakimś cudem udało się go przekonać do powrotu. Tylko że już właściwie przestał chodzić. Patryk zapytał mnie, czy pomogę mu w akcji ratunkowej. Poczułem odpowiedzialność. Zaczęło się monotonne ściąganie chłopaka, który co chwilę się potykał. Trzeba było uważać, żeby nie spadł w przepaść. Trochę ryzykowaliśmy własnym życiem, ale wszystko skończyło się szczęśliwie.


Na Twoim nagraniu wideo widziałem, że po zdobyciu szczytu emocje były ogromne.
- Zawsze, jak zdobywam jakąś górę, to targają mną emocje. Wiem, że za każdym razem kosztuje to mnóstwo wysiłku i wyrzeczeń. W tym wypadku była to cała, długa lista. Pięćdziesiąt metrów od szczytu nie czujesz już wysokości, zmęczenia. Z Patrykiem weszliśmy jako pierwsi z naszej grupy. Za kilkanaście minut pozostała trójka. Były łzy szczęścia. To silniejsze od Ciebie.


Po zejściu z Denali, w miejscowości, z której wyruszyliście, traktowani byliście jak bohaterowie.
- Przed wyprawą spędziliśmy tam dwa dni. W związku z tym, że to mała miejscowość, wystarczyło, żeby poznać wszystkich mieszkańców. Każdy, w tym amerykańskim stylu, może nie do końca szczerym, podchodził potem i gratulował, mówiąc: jesteś bohaterem, zrobiłeś to. Co ciekawe, po powrocie trafiliśmy na najdłuższy dzień w roku. Mimo zmęczenia, potrafiliśmy się bawić całą dobę. Nie przypuszczałem, że jestem w stanie tyle zjeść. Nadrabialiśmy wszystko, o czym marzyliśmy podczas wyprawy. Można powiedzieć, że balowaliśmy do białego rana, choć całą noc było jasno. Naprawdę wtedy czuliśmy ten nasz sukces.


Zdobyłeś Kilimandżaro, Denali. Jaki masz w planie kolejny szczyt Korony Ziemi?
- Jest miejsce, które bardzo chciałbym zobaczyć. To Machu Picchu. Jak tam dotrzemy, to już niedaleko do Aconcaguy, czyli najwyższej góry Ameryki Południowej.

Denali (wcześniej zwana także Mount McKinley)
Znajdujący się na Alasce najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Wznosi się na wysokość 6 190 metrów nad poziomem morza. Jest jednocześnie najzimniejszą górą świata. Temperatura dochodzi tam do -40°C. To jeden z siedmiu szczytów należących do Korony Ziemi, obejmującej najwyższe wzniesienia poszczególnych kontynentów.


CV
Kamil Knapczyk ma 30 lat. Pochodzi z Ostrężnicy. W przeszłości mieszkał również w Chrzanowie, a obecnie w Ontario, w USA. Studiował górnictwo na AGH, pracował też jako górnik w kopalni „Ziemowit". Jego pasją są podróże. Zwiedził już kilkadziesiąt krajów na całym świecie.

***Przełom 31/2019