Nie masz konta? Zarejestruj się

Chrzanów

Niektórzy panowie boją się wsiąść do mojej taksówki

22.01.2021 17:00 | 1 komentarz | 9 169 odsłon | Marek Oratowski
Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM".
Miesiąc temu dostałam zamówienie na aleję Henryka. Podjeżdżam, a pani mówi, że chyba będzie niedługo rodzić, bo zaczęły się u niej bóle. Jak najszybciej mogłam, zawiozłam ją do szpitala na SOR - opowiada Edyta Dębska z Trzebini. Od pół roku jeździ w Chrzanowie na taksówce.
1
Niektórzy panowie boją się wsiąść do mojej taksówki
Edyta Dębska jeździ niebieskim berlingo
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Marek Oratowski: Czym zajmowała się pani wcześniej?
Edyta Dębska:
- Z mężem prowadziłam skup palet. Mamy też wypożyczalnię gokartów. Obsługujemy festyny i różne imprezy, jednak w tym roku ze względu na epidemię nie ma zamówień, bo imprezy zostały odwołane.

Skąd pomysł, by jeździć na taksówce?
- Kilka lat temu mąż zaczął dorywczo to robić. Przychodziłam na postój, rozmawiałam z taksówkarzami. Stwierdziłam, że to będzie dla mnie odpowiednia praca.

Jaka była droga od pomysłu do realizacji?
- Prawo jazdy zrobiłam w wieku 20 lat. Zdałam egzamin za pierwszym razem, co w dawnych czasach nie było łatwe. Sporo jeździłam samochodem w związku z prowadzoną przez nas działalnością, czyli skupem palet. Kursowałam do Krakowa, Oświęcimia, Wadowic. Poczułam się pewniej za kółkiem. Jeżdżę niebieskim berlingo. Konieczny był zakup taksometru i kasy fiskalnej. W urzędzie miejskim złożyłam wniosek o licencję. Wcześniej musiałam też zrobić wszystkie badania, m.in. psychologiczne. W Chrzanowie nie ma egzaminu ze znajomości topografii miasta. Taki wymóg jest w większych ośrodkach, jak Kraków. Zresztą teraz w dobie nawigacji szybkie znalezienie jakiegoś miejsca w terenie nie jest problemem. W grudniu ubiegłego roku zaczęłam jeździć jako kierowca taksówki.

I jak ocenia pani ten zawód?
- To pierwsza praca, która bardzo mi się podoba. Ciągle mam kontakt z ludźmi. Nie jestem też ograniczona czasowo. Mam już część stałych klientów, którzy ze mną jeżdżą. Dzwonią bezpośrednio na mój telefon, a nie na budkę na postoju. Rozdaję wizytówki i niektóre osoby potem dzwonią z polecenia. Część taksówkarzy ma swoje strony internetowe. Ja akurat nie korzystam z tej formy reklamy.

Jak reagują klienci na widok kobiety za kierownicą?
- Panie były bardzo zadowolone, że pojawiła się pierwsza kobieta, z którą mogą jeździć. Natomiast niektórzy panowie patrzyli na mnie niezbyt łaskawym okiem. Jakby się bali, że spotkali kobietę taksówkarza. Myśleli więc stereotypowo. Jeden pan nawet wprost powiedział, że boi się ze mną jechać. I przez całą podróż dogadywał mi, że jadę za szybko, chociaż jechałam zgodnie z przepisami. Starałam się traktować to trochę żartobliwie. Podobno na taksówce jeździ jeszcze jedna kobieta, jednak nie spotkałam jej na postoju.

Czego najbardziej nie lubi pani w tym zawodzie?
- Najbardziej nie lubię nerwowości kierowców. Wszędzie im się spieszy. W taksówce tak już jest, że przyjeżdżając po klienta muszę gdzieś stanąć, a potem go wysadzić. Nieraz, w takiej sytuacji, ludzie zaczynają na mnie trąbić. Po drugie Chrzanów jest trochę zakorkowanym miastem. Przejechanie przez ulicę Trzebińską i Oświęcimską w godzinach szczytu jest trudne i zabiera sporo czasu. Samochodów ciągle przybywa, w jednym domu są przynajmniej dwa. Plagą jest parkowanie pod blokami. Widać to zwłaszcza na osiedlu Południe. Zwykle włączam światła awaryjne i czekam na klienta. Denerwuje mnie też to, że czasem klient zamawia kurs i go nie realizuje. Taki pusty przebieg mam średnio raz na miesiąc. Ktoś nie zdaje sobie sprawy, że kosztuje mnie to paliwo oraz opuszczenie pierwszego miejsca na postoju. Po powrocie zajmuję ostatnie, a nieraz stoi tam dziesięciu taksówkarzy. Zarejestrowanych taryf jest w gminie około 30, z tym, że nie wszyscy korzystają z postoju. Niektórzy jeżdżą tylko z domu. Czasem przedmiotem sporu jest też cena. Każdy stara się targować.

Jakie są teraz stawki?
- Na taksometrze są taryfy: dzienna, nocna i świąteczna, w granicach miasta oraz poza granicami miasta. Gdy ktoś z Chrzanowa chce podjechać na przykład do naszego szpitala, zapłaci 20 złotych.

W jakich porach pani pracuje?
- Zazwyczaj jestem na postoju przed siódmą rano. Pracuję do 17 lub 18. Wieczorami nie jeżdżę. To niebezpieczna praca. Wszyscy się mnie pytają, czy się nie boję. Nie zdarzył mi się jeszcze żaden nachalny klient. Może dlatego, że jeżdżę właśnie w dzień. Najczęściej ludzie zamawiają kursy do szpitala lub przychodni. Często są to starsze małżeństwa. Niekiedy zdarzają się też kursy na zakupy. Jedynie w niedzielę rano, bo wtedy też można mnie spotkać na postoju, zdarzają się klienci pod wpływem alkoholu. Jednak to rzadkość, żeby ktoś zachowywał się w chamski sposób. Koledzy taksówkarze z nocnych zmian nieraz mi się skarżą, że jest z tym różnie. Zwłaszcza z młodzieżą. Widać kobietę traktują inaczej... Najdalsze kursy, jak dotąd, miałam to do Krakowa i Katowic. Zwykle na lotniska lub do szpitali. Ponieważ zazwyczaj pracuję w niedziele, to robię sobie wolne w jakiś inny dzień w tygodniu.

Na ile pandemia wpłynęła na pani pracę?
- Na pewno zmniejszyła się liczba klientów, bo wiele osób siedziało w domach. Jeździło mniej taksówkarzy, krócej staliśmy na postojach, krócej pracowaliśmy. Dalej są ograniczenia związane z epidemią. Biorę do auta maksymalnie trzy osoby. Wszyscy muszą być w maseczkach. Mam też środki do dezynfekcji. Odkąd zrobiło się cieplej, jeździmy też cały czas przy uchylonych oknach. Plusem na początku epidemii był zmniejszony ruch na drogach i co za tym idzie brak korków. Naprawdę bardzo dobrze się wtedy jeździło. No i cena benzyny znacząco spadła. Pamiętam, że na którejś stacji tankowałam za 3,70 zł za litr.

Był taki kurs, który zapadł pani szczególnie w pamięć?
- Miesiąc temu dostałam zamówienie na aleję Henryka. Podjeżdżam, a pani mówi, że chyba będzie niedługo rodzić, bo zaczęły się u niej bóle. Bała się, żeby jej wody płodowe nie odeszły. Jak najszybciej mogłam, zawiozłam ją do szpitala na SOR. Generalnie, to każdemu się spieszy. Rzadko jest tak, że ktoś zadzwoni po taksówkę z wyprzedzeniem, choćby pół godziny wcześniej. Każdy ją chce na już. Nieraz trudno się wyrobić. Na drugim biegunie są sytuacje, gdy stoi się na postoju dwie godziny i czeka na klienta...

Klienci są rozmowni?
- Widać od początku, czy klient chce rozmawiać. Jak odpowiada zdawkowo, to nie ma za bardzo dialogu w czasie jazdy. Ale mam klientkę, którą zawożę na miejsce i potem jeszcze ze 20 minut gadamy na różne tematy - o pieczeniu ciast, sprawach związanych z dziećmi, chorobach czy opiece nad starszymi rodzicami. Z mężczyznami trudniej się rozmawia, choć jestem osobą ekspresyjną i łatwo nawiązuję kontakty.

Ma pani jakąś pasję?
- Mieszkam w domu w Sierszy. Mam ogródek, w którym lubię pracować. Są tam kwiatki i krzewy. Zawsze jest tam coś do zrobienia.

Archiwum Przełomu nr 25/2020