Nie masz konta? Zarejestruj się

Do poczytania

Z listy PZPR, ale z poparciem Solidarności

31.05.2019 12:06 | 2 komentarze | 1 891 odsłona | Łukasz Dulowski

Czy nigdy nikt z solidarnościowego Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego nie wytknął w sejmie, że jest pan byłym komunistą? - Nie było takiej sytuacji. Ale słowo „komunista” jest chyba za ostre w stosunku do mnie...? Z Ryszardem Kosowskim, posłem na sejm kontraktowy (1989-1991), burmistrzem Chrzanowa, rozmawia Łukasz Dulowski.

2
Z listy PZPR, ale z poparciem Solidarności
Ryszard Kosowski, fot. Łukasz Dulowski
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Łukasz Dulowski: W 1989 roku, kiedy nieuchronnie nadciągała demokracja, wystartował pan w wyborach do sejmu z puli PZPR. Wtedy był pan członkiem tej partii oraz naczelnikiem miasta i gminy Libiąż.

Ryszard Kosowski: A wie pan, że przez 25 lat nie pytał mnie o to żaden dziennikarz, a ja sam nie mówiłem o tym publicznie... Ale do rzeczy. Dwa czynniki sprawiły, że poszedłem na posła. W 1989 roku byłem stosunkowo młodym człowiekiem. Miałem 38 lat. Po drugie wnikliwie obserwowałem rzeczywistość i zdawałem sobie sprawę, że państwo polskie nie może dalej funkcjonować w komunistycznym ustroju. W sklepach brakowało nawet podstawowych towarów. Tymczasem po ludziach było widać, że rozsadza ich energia, że chcą się z tego wyrwać. Dlatego w tamtym okresie między innymi uruchomiłem plac targowy w Libiążu, przy ulicy 1 Maja. Przeniosłem tam handel z różnych części miasta, bo istniało takie zapotrzebowanie społeczne. Nastąpiła eksplozja sprzedawców i rzemieślników. To pokazało, że jak coś trafia w prywatne ręce, to zaczyna hulać. Wiedziałem, że nie mogę być pasywny. Też chciałem innej Polski.

To by oznaczało, że w którymś momencie, jako członek PZPR, myślał pan podobnie jak ludzie Solidarności?

- Tak. Zwłaszcza jeśli chodzi o rozwój gospodarczy i pożegnanie starego systemu. Nie manifestowałem jednak tego publicznie, bo przecież byłem naczelnikiem miasta i gminy, więc oficjalnie funkcjonowałem w strukturach tamtej władzy. Ale spotykałem się z działaczami Solidarności, rozmawialiśmy.

I nie pojawiła się myśl, żeby skończyć z PZPR i w 1989 roku pójść do sejmu z Solidarnością?

- No nie. To w ogóle nie wchodziło w grę. Jako naczelnik miasta i gminy nie mogłem przejść do Solidarności. Zresztą, nikt by mnie nie przepuścił na tamtą stronę. Jeżeli już zdecydowałem, że będę kandydował na posła, to szukaliśmy możliwości działania w swoich kręgach.

Operuje pan liczbą mnogą...

- Chodzi o grupę ludzi z prezydium rady narodowej, a także dyrektorów dużych zakładów pracy, z którymi jako naczelnik już wcześniej podejmowałem różne decyzje gospodarcze. To środowisko uznało, że taki młody chłopak jak ja nada się do reprezentowania w sejmie interesów lokalnej społeczności. Na początku o to głównie chodziło, żeby mieć swojego posła. Bo jak poseł będzie stąd i znajdzie się blisko dużych spraw, to pojawi się szansa, by zrobić coś więcej dla Libiąża i regionu. Myśmy przecież mieli dalszą wizję rozwoju miasta.

Cofnijmy się na chwilę do bardziej odległej przeszłości. Kiedy i w jakich okolicznościach został pan członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej?

- No, ale rozmawiamy przecież o wyborach do sejmu. Będziemy ciągnąć mój życiorys partyjny?

Wielu wybitnych Polaków należało do PZPR, więc nie ma się co obruszać.

- Zapisałem się do partii, gdy jeszcze pracowałem na kopalni. Rok 1978 albo 1979. Zastrzegam, że nie wstydzę się niczego, co robiłem w życiu.

To niech pan powie, czy tak sam od siebie wstąpił do PZPR, czy za namową albo pod presją?

- To był akurat taki czas, kiedy dokonywało się różnych wyborów.

Powiedzmy wprost: jeśli w PRL ktoś nie należał do partii, to mógł raczej zapomnieć o karierze.

- Zgoda. W nas, młodych ludziach, była świadomość, że aby móc awansować, trzeba było należeć do PZPR. W moim przypadku to nie był ideologiczny wybór.

Zatem konieczność.

- Wtedy decydowało się: wchodzę w to czy nie. Mam życie przed sobą. Dobra – spróbuję, zobaczę... Tak to wyglądało. Niemniej jednak była ewidentna świadomość, że partia to przepustka do kariery.

Wróćmy do roku 1989. Zostaje pan posłem Sejmu X kadencji i na początku wchodzi w skład Klubu Poselskiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

- To było dla mnie ogromne przeżycie, bo wiedziałem, że od tego momentu mam okazję zmieniać Polskę. Gdy tylko przyjechaliśmy do Warszawy, po drugiej turze wyborów, czyli po 18 czerwca, od razu zostało zorganizowane spotkanie. Chyba w gmachu KC PZPR. I tam cały nasz klub poselski wypowiedział lojalność partii i władzom PRL. Powiedzieliśmy wyraźnie, że od tej pory nikt nie będzie nami sterował.

Skąd ten bunt?

- Jako kandydaci z listy PZPR zostaliśmy wybrani dopiero w drugiej turze wyborów, niejako w dogrywce. W pierwszej turze, 4 czerwca, przepadła partyjna lista krajowa. Przy ponad 60-procentowej frekwencji naród powiedział partii „nie”.

Na wspomnianym spotkaniu w KC PZPR rzuciliśmy w twarz partyjnym sekretarzom: „Wyście nas nie popierali w drugiej turze. Myśmy się dostali do sejmu nie dzięki wam, tylko społeczeństwo nas wybrało”. A jeśli ktoś jest uczciwym człowiekiem i widzi galopujące przemiany, to musi się zacząć inaczej zachowywać. Taki to był news. Oj, powstało wtedy zamieszanie. Nasz klub poselski zrobił wyrwę w systemie starej władzy.

W styczniu 1990 roku nastąpiło samorozwiązanie PZPR i powstała Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, natomiast w sejmie zawiązał się Parlamentarny Klub Lewicy Demokratycznej.

- Tak, do końca byłem jego bezpartyjnym członkiem.

Sejm, zwany kontraktowym, istniał do 26 października 1991 roku. Wydarzenia, które pan szczególnie zapamiętał?

- Na pewno wybór rządu i premiera Tadeusza Mazowieckiego. To ogromne przeżycie. Ja głosowałem na Mazowieckiego. Nie miałem żadnych wątpliwości, że tak trzeba zrobić. Sejm kontraktowy trwał ponad dwa lata. Okres krótki, ale dojrzewanie polityczne niesamowite.


Rewolucja rozegrała się w sejmie kontraktowym, a nie na ulicy, jak to stało się ostatnio na Ukrainie. Zmiana systemu nie pociągnęła za sobą ofiar jak w stanie wojennym. I to jest największe zwycięstwo, największy dorobek tamtego sejmu.


Druga bardzo ważna rzecz to mój udział w Komisji Samorządu Terytorialnego. Tam był wspaniały skład, między innymi Stefan Niesiołowski, Waldemar Pawlak, Andrzej Bratkowski. Ponadto znakomici doradcy, jak choćby wówczas docent doktor habilitowany Michał Kulesza.

W tym właśnie środowisku powstała ustawa o samorządzie terytorialnym.

- I z tego niesamowicie się cieszę, że miałem swój wkład w tę ustawę. Harowaliśmy od rana do wieczora. Do 1990 roku pełniłem jednocześnie funkcję posła i naczelnika. W Libiążu dostawałem pensję, a w Warszawie dietę. Ale to były pionierskie uposażenia. Proszę mi wierzyć, iż mieliśmy świadomość, że nie jesteśmy w sejmie na wieczność. Mamy do wykonania robotę, na którą czeka naród. To między innymi ustawa o samorządzie, dająca podwaliny pod budowę demokracji.

Posłowie z Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, wywodzący się z Solidarności, dobrze pamiętali komunistyczne represje z okresu stanu wojennego, kojarzone z „przewodnią siłą narodu”. Jak traktowali dawnych PZPR-owców?

- Podczas obrad sejmu albo w komisjach zawsze były i są zachowania partyjne. Gdy jednak dochodziło do rozmów, to rozmawialiśmy. Gdy był czas posiłków, to jedliśmy przy jednym stole.

Czy nigdy nikt z solidarnościowego OKP nie wytknął, że jest pan byłym komunistą?

- Nie było takiej sytuacji. Ale słowo „komunista” jest chyba za ostre w stosunku do mnie...? Przecież ja nie tworzyłem tamtego systemu. Nikomu nie wyrządziłem krzywdy jako członek PZPR.

OK, ale PZPR to partia komunistyczna, a pan do niej należał przez ponad 10 lat.

- Zgadza się, toteż miałem świadomość, że startując z listy PZPR, muszę przyjąć na siebie żale i pretensje ludzi pokrzywdzonych przez poprzedni ustrój. Będąc w sejmie, jako członkowie tej partii, zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że skończyła się pewna epoka, głosowaliśmy najważniejsze ustawy ustrojowe dla państwa demokratycznego i gospodarki rynkowej. Włożyliśmy też orłowi koronę. Wtedy nikt mi nie kazał głosować tak, a nie inaczej. Oczywiście, posłowie z OKP, pomimo że w mniejszości, byli głównymi inicjatorami zmian, nadawali ton różnym dyskusjom. To trzeba uczciwie przyznać. Najważniejsze, że rewolucja rozegrała się w sejmie kontraktowym, a nie na ulicy, jak to stało się ostatnio na Ukrainie. Zmiana systemu nie pociągnęła za sobą ofiar jak w stanie wojennym. I to jest największe zwycięstwo, największy dorobek tamtego sejmu.

Na początku naszej rozmowy powiedział pan, że lokalni notable poparli pana, bo jako poseł stąd znajdzie się pan blisko dużych spraw, a to jest szansa, by zrobić coś więcej dla regionu.

- W sejmie kontraktowym uczestniczyłem w dwóch bardzo ważnych dla lokalnej społeczności epizodach. W 1990 roku, właściwie z dnia na dzień, pojawiły się nowe przepisy dotyczące emisji siarki. To groziło zamknięciem naszych kopalń. Dyrektorzy zebrali kilkadziesiąt tysięcy podpisów i ja z tym wszystkim pojechałem do Warszawy. Na plenarnym posiedzeniu wręczyłem je marszałkowi sejmu Mikołajowi Kozakiewiczowi. Powiedziałem, że tak być nie może. Ministerstwo przemysłu zaproponowało wtedy zakup specjalnych urządzeń do odsiarczania węgla i kopalń nie zamknięto.

Drugi epizod dotyczył wstrzymania budowy chrzanowskiego szpitala. Po moich interwencjach znalazły się jednak pieniądze na jej zabezpieczenie i kontynuowanie w późniejszych latach. To stało się jednak kosztem dwóch innych szpitali, których nigdy nie dokończono.

A z którymi posłami pan się kolegował?

- W pokoju mieszkałem z Michałem Zbylutem z Jaworzna. Wspaniały człowiek. Niestety, zmarł w 2010 roku. Ale też kolegowałem się z Jackiem Soską ze Śląska. Wszyscy jeździliśmy pociągami do Warszawy. Fajne to były spotkania. Bardzo ceniliśmy Włodka Cimoszewicza, szefa Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej, bo nie był sterowalny. Z późniejszym premierem Józiem Oleksym zjadłem wiele obiadów. Jak ostatnio był w Chrzanowie, od razu mnie poznał. Bardzo ciepło wspominam solidarnościowego posła Zbigniewa Drelę z Olkusza. Oblegaliśmy też Jacka Kuronia.

A i z dziennikarzami było super. Józiu Oleksy zawsze gromadził wokół siebie największą ich plejadę, bo Józiu to ciekawy człowiek z ogromną wiedzą i umiejętnością czytania polityki. Komuś się tylko wydaje, że przyjdzie do sejmu i bez problemów przeczyta politykę. A to nie tak. Musisz mieć coś w sobie. Przykładowo Wałęsa. On ma straszne wyczucie społeczne i polityczne. On „siedzi” na społeczeństwie; wie, jak społeczeństwo reaguje, dygoce. A Michnik? To jest dopiero mózg. Siedziałem do późna i chłonąłem te spotkania z nim i pamiętne hasło „Wasz prezydent, nasz premier”.

Jakie pan miał hasło, startując do sejmu?

- „Z wami i dla was”. Plakat w kolorze zrobiony. I co pan powie?

Hasło jakby nie PZPR-owskie, bardziej solidarnościowe.

- Pomogli mi je wymyślić Francuzi z Rouvroy, partnerskiego miasta Libiąża. Jak się dowiedzieli, że chcę być posłem, to zaczęli mi pokazywać ich techniki wyborcze. Z iluś tam zaproponowanych haseł wybrałem właśnie to: „Z wami i dla was”. Francuzi wydrukowali mi też plakaty i przemycili do Polski. Może 1.500 sztuk albo i więcej. Co powiesiłem plakaty, to mi je zrywali. Byłem bowiem zwalczany przez bossów miejscowych komitetów partyjnych. Bo przecież nie będzie taki łebek, gówniarz, jak ja, wychodził przed szereg, skoro oni, sekretarze, są odpowiedni do sprawowania władzy. Toteż w 1989 roku miałem świadomość, że zostałem wybrany na posła również, a może przede wszystkim, głosami ludzi Solidarności. Proszę mi wierzyć, że w poprzednim systemie bez tego wsparcia nie miałbym najmniejszych szans, żeby zostać posłem.

PRZEŁOM nr 22 (1144) 4 VI 2014