Nie masz konta? Zarejestruj się

Do poczytania

Przyjdź do Krakowiaczka, to też zakwitniesz

18.04.2019 13:07 | 0 komentarzy | 1 115 odsłona | Łukasz Dulowski

Urodziła i wychowała ośmioro dzieci. Dziewiąte przyszło na świat 15 lat temu i zmieniło życie Teresy Majewskiej z Grojca o sto osiemdziesiąt stopni. Mowa o Zespole Pieśni i Tańca Krakowiaczek.

0
Przyjdź do Krakowiaczka, to też zakwitniesz
Teresa Majewska urodziła się 5 lipca 1960 r. Od zawsze mieszka w Grojcu. W 2003 r. założyła Zespół Pieśni i Tańca Krakowiaczek, który do dzisiaj prowadzi. Ukończyła technikum mechaniczne w Myślenicach. Po wielu latach przerwy w nauce, w 2017 r., uzyskała licencjat na kierunku animacja społeczno-kulturalna, na wydziale etnologii i nauk o edukacji Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Teraz kończy tam dwuletnie studia magisterskie dzienne, na kierunku edukacja kulturalna. Pracuje jako instruktor w Samorządowym Ośrodku Kultury w Alwerni, a także - jako pracownik Powiatowego Młodzieżowego Domu Kultury w Trzebini - uczy tańców ludowych w Szkole Podstawowej w Luszowicach. Ma ośmioro dzieci: 37-letnią Ewelinę, 35-letniego Łukasza, 33-letniego Marcina, 32-letniego Piotra, 28-letniego Michała, 24-letniego Mateusza, 22-letniego Krzysztofa i 21-letniego Jakuba.
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Łukasz Dulowski: Spotyka pani jeszcze osoby, które uważają, że to obciach, tańczyć oberka albo kujawiaka?
Teresa Majewska: Niestety, wciąż są tacy ludzie. Tak myślą, dlatego nie posyłają swoich dzieci do Krakowiaczka. Sami też mieliby opory, żeby tańczyć ludowe tańce. Co ciekawe - w większych miastach nie ma z tym problemu. Taka sytuacja jest charakterystyczna dla wsi. Szkoda, bo akurat marzy mi się utworzenie grupy seniorskiej w ramach Krakowiaczka.

Niektórzy chyba nie wiedzą, co tracą, bo za każdym razem, gdy się widzimy, wygląda pani młodziej.
- Na pewno nie czuję się staro. Przecież taniec to również erotyka. Bliskość siebie. Emocje, często sięgające zenitu. Taniec wyzwala endorfiny, czyli hormony szczęścia. Rzeczywiście, coś w tym jest. Gdy na ulicy spotyka mnie znajoma w moim wieku, to zazwyczaj narzeka, że dzisiaj taka zmęczona, że boli ją to czy tamto. Na koniec słyszę: „A ty, Tereska, kwitniesz!". Odpowiadam: „Przyjdź do Krakowiaczka, to też zakwitniesz".

W dodatku można sobie wyrobić kondycję fizyczną.
- I to jaką! Co prawda - teraz już rzadko występuję na scenie z moim zespołem, ale na próbach ostro ćwiczę. Najwięcej z małymi dziećmi, bo im trzeba wszystko dokładnie pokazać, wziąć za ręce, zrobić koło, cwałować... Zresztą, widać na koncertach Krakowiaczka, jak pot leje się z tancerzy. Poza tym: kwitnie miłość.

Nie tylko do tańca?
- W Krakowiaczku mam trzy pary, mocno zakochane. Najstarsi tańczący chłopcy znaleźli sobie dziewczyny w zespole. No i super! Chętnie przychodzą na próby, bo są razem ze swoimi miłościami, mogą się poprzytulać w tańcu, tak naturalnie spojrzeć sobie w oczy. To bardzo pożądane na scenie, choć w przypadku starszych dzieci - tak zaczynając gdzieś od piątej klasy podstawówki - wcale nie takie proste do osiągnięcia. Ile się nieraz nagadam: popatrz na niego, na nią, bo przecież śpiewacie do siebie nawzajem. Po prostu się wstydzą. Taki wiek. A prawdziwe cyrki są, jak trzeba zrobić tak zwanego okroczaka, czyli nogę dość głęboko wsunąć między nogi partnera, żeby para odpowiednio się obróciła. Odpychają się, cudują, sto światów...

Krakowiaczek to pani dziewiąte „dziecko", bo wcześniej urodziła pani córkę i siedmiu synów...
- Czterech tańczyło w zespole. Dzisiaj zostało dwóch.

Porozmawiajmy jednak o tym, co zmieniło w pani życiu to najmłodsze „dziecko", czyli wspomniany Krakowiaczek. Odnalazła pani pasję, o której wcześniej nie wiedziała?
- Taniec chyba zawsze we mnie siedział, ale miałam przecież gromadkę swoich dzieci. Co prawda - pracowałam zawodowo, jednak przez 16 lat byłam bez szans na prywatne wyjścia z domu. Gdy dzieci podrosły, musiałam się w końcu wyrwać z czterech ścian, bo inaczej bym zwariowała. Na próby zabierałam najmłodszych synów. To był już inny świat. Dotarło do mnie, że czuję muzykę, że potrafię do niej robić choreografię.

Widać, że talent miała pani zapisany w genach. Do eksplozji potrzebny był zapalnik, czyli
Krakowiaczek.
- Trochę pasji mam również po babci, która w kuchni uczyła mnie tańczyć walczyka.

Dzięki Krakowiaczkowi zaczęła się też pani chyba intensywnie uczyć?
- To prawda. Ukończyłam mnóstwo kursów, dotyczących tańców ludowych z różnych regionów Polski. Ale ja zawsze lubiłam się uczyć. Marzyłam o studiach i bardzo żałowałam, że nie poszłam na nie po szkole średniej.

Teraz dopięła pani swego, w wieku dojrzałym.
- Robię dzienne studia magisterskie w Cieszynie, gdzie jest wydział etnologii i nauk o edukacji Uniwersytetu Śląskiego. Jestem z tego ogromnie dumna. Wiedza wciąga jak narkotyk, a poza tym, studiowanie w moim wieku, a mam 58 lat, wydaje mi się o wiele bardziej wartościowe, niż w przypadku dwudziestoparolatków. Razem z trochę młodszą ode mnie koleżanką jesteśmy bardzo obowiązkowe. Robimy wszystko na pierwszy termin.


Na pewno nie czuję się staro. Przecież taniec to również erotyka. Bliskość siebie. Emocje, często sięgające zenitu. Taniec wyzwala endorfiny, czyli hormony szczęścia. Rzeczywiście, coś w tym jest.


Nocuje pani w akademiku?
- Nieraz zdarza się, ale wtedy nie latam po imprezach i klubach. Biorę laptopa i odrabiam zadania, żeby nie marnować czasu.

Pani poszła na całość. Nie na uniwersytet trzeciego wieku, tylko prawdziwe studia.
- Chcę mieć konkretny papier, chcę mieć magistra. Prace zaliczeniowe pisałam o kulturze w gminie Alwernia. To samo będzie w przypadku magisterki. Robię to z premedytacją, ponieważ jeśli Alwernia będzie w dotychczasowy sposób podchodzić do kultury, to nigdy nie stanie się prawdziwym miastem. Tak naprawdę pozostanie jedną, wielką wiochą. I to nie jest tylko moje zdanie.

O czym dokładnie będzie pani praca magisterska?
- Temat brzmi „Alwernia jako obszar działań kulturalnych". Planuję zbadać między innymi uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych: dlaczego jest tak niskie, jakie są zainteresowania mieszkańców. Opracuję ankietę i będę pytać ludzi. Bardzo mi na tym zależy, bo pracuję w Samorządowym Ośrodku Kultury. A frekwencja jest marna.

Jaki przykład dają pod tym względem samorządowcy? Ich też powinna pani uwzględnić w ankiecie.
- Jak najbardziej. Na koncercie noworocznym Krakowiaczka pojawiło się trzech radnych na piętnastu. Nie było przewodniczącego rady miejskiej, bo nas nie trawi. Ponadto jest tylu nowych radnych, i nie zechcieli nas zobaczyć, a każdy dostał imienne zaproszenie. Dla radnych ważniejsze jest 20 metrów asfaltu niż kultura. Powtarzam: Alwernia nigdy nie będzie miastem, jeśli nie weźmie się za kulturę. Dlatego na starość mam misję, żeby spróbować cokolwiek zmienić, albo przynajmniej dowiedzieć się, dlaczego jest tak, a nie inaczej.
Również z premedytacją i dla potomności napisałam, w ramach pracy licencjackiej, monografię Krakowiaczka, liczącą 140 stron. Chciałabym ją wydać.

Reasumując - wszystko, co się dzieje w pani życiu od 15 lat, kręci się wokół Krakowiaczka.
- Dzięki Krakowiaczkowi stałam się odważniejsza. Nauczyłam się jeszcze bardziej zabiegać o potrzeby innych. Krakowiaczek dał mi pracę w ośrodku kultury, a teraz, dodatkowo, jestem nauczycielem w szkole w Luszowicach. W pierwszej klasie uczę tańców ludowych. Dzięki Krakowiaczkowi studiuję. Moje koleżanki mówią: „Tereska, w przyszłości powinnaś się wziąć za doktorat". Jeśli tak się kiedyś stanie, to też dzięki Krakowiaczkowi.