Nie masz konta? Zarejestruj się

Historia

Kolejowe dramaty

08.10.2014 10:36 | 0 komentarzy | 6 218 odsłon | red

Osiemdziesiąt lat temu cała Polska żyła tragedią, która wydarzyła się przy stacji kolejowej w Krzeszowicach. W katastrofie kolejowej zginęło tam 11 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych. Nie był to jedyny wypadek na torach między Trzebinią a Krzeszowicami.

0
Kolejowe dramaty
Najbardziej tragiczne katastrofy do ktorych doszło między Trzebinią a Krzeszowicami były opisywane na pierwszych stronach gazet
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

 

Osiemdziesiąt lat temu cała Polska żyła tragedią, która wydarzyła się przy stacji kolejowej w Krzeszowicach. W katastrofie kolejowej zginęło tam 11 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych. Nie był to jedyny wypadek na torach między Trzebinią a Krzeszowicami.

Pierwsza poważna katastrofa w okolicach Trzebini wydarzyła się 13 marca 1912 roku. około godziny 5 rano zderzył się pociąg wyjeżdżający z Trzebini do Szczakowej z lokomotywą przetaczającą wagony. Lokomotywa dosłownie odcięła boki 15 wagonom, miażdżąc część ich wnętrza. Rannych zostało około stu pasażerów, część zmarła w szpitalach.

W prasie pojawiały się potem informacje, że stacja kolejowa w Trzebini została wybudowana na bagnach, chociaż niedaleko było znacznie lepsze miejsce. Grunt był kiepsko niwelowany, a tory położone zbyt pochyło.

Siedem lat później znowu doszło do wypadku w Trzebini. 17 lutego 1919 roku około godziny 23., na stacji w Trzebini, maszynista pociągu technicznego, jadącego z Oświęcimia do Krakowa, zignorował sygnał zakazu wjazdu doprowadzając do zderzenia z pociągiem pospiesznym jadącym z Krakowa do Warszawy. Straty materialne zapewne były spore, ale obyło się bez ofiar śmiertelnych.
Zaraz po tym wydarzeniu pojawiły się plotki, że to kolejna wielka katastrofa. na szczęście okazały się mocno przesadzone. Potem jednak było znacznie gorzej.

8 marca 1925 roku o godzinie 4.30 na stacji w Dulowej pociąg osobowy relacji Łódź - Kraków najechał na pociąg towarowy. Ratownicy kolejowi zastali na miejscu piętrzącą się górę splątanego żelastwa. Podejrzewano, że mogą tam jeszcze być uwięzieni kolejarze. Pewne było natomiast, że Józef Preindl, kierownik pociągu, zginął na miejscu. miał zmiażdżoną głowę. kilku innych kolejarzy zostało rannych. Konduktor bagażowy Andrzej Lewiński był ciężko ranny w głowę i w rękę. Obrażenia odnieśli także kolejarze z załogi lokomotywy i jadący w wagonie pocztowym urzędnik Jan Stanek.

Rannych po udzieleniu pierwszej pomocy odwieziono pociągiem pospiesznym do Krakowa. Tam czekał na nich lekarz kolejowy i karetka pogotowia.

W Dulowej pracował wtedy specjalny pociąg ratunkowy wyposażony w potężny dźwig. Przy jego pomocy ustawiono na tory lokomotywę pociągu osobowego, która dosłownie wjechała na tył wagonu towarowego. Szczątki rozbitych wagonów załadowane zostały na platformy, aby możliwie szybko przywrócić normalny ruch na linii kolejowej do Krakowa.

Jeszcze w czasie usuwania skutków katastrofy władze kolejowe szukały jej przyczyn. Ustaliły, że winę ponosili kontroler zwrotnic i zwrotniczy.

Największa katastrofa wydarzyła się 2 października 1934 roku w Krzeszowicach. Na stojący przy semaforze przed stacją pociąg pospieszny z Gdyni, najechał pociąg pospieszny z Wiednia. W wyniku zderzenia zginęło 11 osób, a kilkanaście zostało rannych. Dwa wagony zostały doszczętnie zniszczone. J. Zieleżnik, maszynista pociągu pospiesznego jadącego z Wiednia, opowiadał, że we mgle, w odległości około 250 metrów zobaczył nagle stojący przed semaforem pociąg i natychmiast uruchomił hamulce i kontraparę (parę wpuszczoną z odwrotnej strony tłoka dla zahamowania jego ruchu). Jego zdaniem, zabrakło około 15 metrów, aby uniknąć zderzenia. Pociąg może udałoby się zatrzymać, ale koła ślizgały się po wilgotnych szynach. Drugi bezpośredni świadek zdarzenia, palacz parowozu Stanisław Bryś, nic nowego nie wniósł do śledztwa, bo był cały czas zajęty przy obsłudze kotła i nie zauważył zagrożenia. Na miejscu katastrofy szybko pojawili się ludzie niosący pomoc i gapie. Przybył hrabia Artur Potocki z żoną Marią, który udostępnił pokoje w swoim pałacu dla rannych i lekarzy.

Przywracanie ruchu kolejowego na linii krakowskiej trwało do wieczora tego feralnego dnia.

Policjanci prowadzili działania śledcze jeszcze w czasie trwania działań ratowniczych. Pierwszym podejrzanym stał się maszynista pociągu jadącego z Wiednia. Zdecydowano nawet o jego aresztowaniu.Okazało się jednak, że to nie on spowodował katastrofę.
Na wyjaśnienie przyczyn katastrofy trzeba było czekać do maja 1935 roku. Sąd uznał, że winnymi tragedii byli Antoni D., który wyprawił pociąg wiedeński do Krzeszowic po tym samym torze, na którym stał jeszcze pociąg z Gdyni i Gabriel N., który swoim zaniedbaniem przy wydawaniu polecenia służbowego przyczynił się do błędnej decyzji.

W grudniu 1935 roku w Krzeszowicach pociąg towarowy wpadł na ślepy tor, a następnie stoczył się do rzeki. Wtedy przyczyną była awaria instalacji parowej w kabinie lokomotywy. Strumień rozgrzanej pary uniemożliwił maszyniście zatrzymanie składu. Odważny kolejarz do ostatniej chwili próbował uruchomić hamulce, ale awaria była zbyt poważna.

Maszynista zmarł w wyniku odniesionych obrażeń, a drugą ofiarą śmiertelną był konduktor.
(l)

Katastrofa kolejowa w Trzebini
W poniedziałek rano rozeszły się pogłoski w Krakowie, że pociąg pospieszny zdążający z Krakowa do Warszawy o godz. 12:30 w nocy na stacyi w Trzebini uległ wielkiej katastrofie. Wieści były przesadzone. Wedle informacyi zasięgniętych u osób przybyłych wczoraj z Trzebini, rzecz się przedstawia następująco:
Pospieszny pociąg z Krakowa przybył do Trzebini koło godz. 11 w nocy. Z powodu sygnalizacyi pociągu paryskiego, a właściwie jednego wagonu, gdyż resztę Czesi znowu zostawili w Mor. Ostrawie, pociąg zatrzymano. Do tego bowiem pociągu miał być doczepiony wagon paryski. Wagonem tym przejeżdżali dyplomaci i oficerowie koalicyjni. Około godz. 1-ej w nocy nadjechała od strony Oświęcimia maszyna, która wpadła na pierwszy wóz. Na szczęście skończyło się na wykolejeniu maszyny i wozu osobowego. Kilkanaście osób zostało rannych.
Na miejsce katastrofy przybyły pociągi ratunkowe ze Szczakowej i Krakowa, oraz lekarz kolejowy. Przystąpiono od razu do akcyi ratunkowej. Po udzieleniu pierwszej pomocy rannym, przewieziono ich do Krakowa i umieszczono częścią w szpitalu św. Łazarza, częścią prywatnie. Uprzątanie toru odbywało się do 8 rano, gdyż musiano usunąć maszynę i wóz bardzo ciężki, leżący w poprzek toru. Pociąg pospieszny ruszył w dalszą drogę do Warszawy po godz. 8 rano z 9 godzinnem opóźnieniem.
Dyrekcya kolejowa w Krakowie komunikuje:
Maszynista pociągu maszynowego Nr 67, jadącego z Oświęcimia do Krakowa w nocy z niedzieli na poniedziałek, przejechał sygnał wjazdowy ustawiony na jazdę „wzbronione”, przed stacyą Trzebinia, wskutek czego nastąpiło na stacyi Trzebinia zderzenie tego pociągu z pociągiem pospiesznym Nr. 102/105, wyjeżdżającym w kierunku Warszawy, który odjechał z Krakowa w niedzielę o godz. 9:30 wieczór.
Lokomotywa pociągu Nr 67 i jeden wóz osobowy pociągu pospiesznego wykoleiły się i uległy uszkodzeniu. Kilkanaście osób, jadących tym wagonem uległo licznym obrażeniom. Ciężko ranni są: Franciszek Wieczorkowski, lat 36, kupiec z Chodena, złamanie prawego podudzia, Józef Pawlik, lat 32, przemysłowiec z Niska, złamanie prawej nogi, prócz tego doznało lżejszych kontuzyi 20 podróżnych i 8 pracowników kolejowych.
Przeszkoda w ruchu trwała do 7-ej rano w poniedziałek, gdyż musiano oczyścić główny tor.
Kto ponosi winę w tej sprawie, nie wiadomo; śledztwo prowadzone jest na miejscu.

Tekst zamieszczony w wydawanym w Krakowie ,,Ilustrowanym Dzienniku Polski” dotyczył wypadku, który wydarzył się 17 lutego 1919 roku. Po katastrofie sprzed sześciu lat społeczeństwo i dziennikarze spodziewali się ogromnej tragedii, a okazało się, że poważne obrażenia odniosło tylko kilkanaście osób. Taki materiał nie mógł trafić na czołówkę, zamieszczono go na jednej z ostatnich stron...
(l)

Przełom nr 39 (1161) 1.10.2014