• Blogi
  • Tv przełom
  • Redakcja
  • Reklama
  • Konkursy
  • Drukarnia
  • Interwencje
  • Tu jesteśmy
  • Archiwum
  • Forum
  • Lądowanie awaryjne, czyli samolotowe zwierzenia

    • Data dodania artykułu: 03.06.2009, 12:32, wyświetleń: 5371

    Zawsze mocno przeżywam wszystkie katastrofy lotnicze. Tę najnowszą szczególnie. Powody są następujące. Raz w życiu przeżyłam awaryjne lądowanie samolotu, raz leciałam ryzykowną maszyną, a ostatnio miałam okazję oglądać z góry bezkres Atlantyku.

     

     

    Lubię latać samolotami. Dwa lata temu, będąc pasażerką Lufthansy, przeżyłam lądowanie awaryjne. Wracałam z Gruzji przez Niemcy do Polski. Po godzinie lotu z Monachium do Warszawy, musieliśmy lądować w … Monachium.

    Wiem co czują i jak zachowują się pasażerowie, gdy pilot zdąży ich uprzedzić o awarii samolotu. Wiem jak się zachowują w momencie podchodzenia do lądowania. Najpierw instynktownie spoglądają przez okna w kierunku Ziemi, chcąc stwierdzić jak jest wysoko. I choć nie ma to kompletnie żadnego znaczenia „ratunkowego” (turecki samolot rozbił się niedawno nad lotniskiem), jest taki odruch. Pasażerowie obserwują też personel pokładowy, zadają raczej spokojnie proste pytania: kiedy wyladujemy, jak, gdzie, co się dzieje.

    Pamiętam, że słowa pilota samolotu Lufthansy informujące, że wracamy na lotnisko w Niemczech, nie wywołały paniki na pokładzie. Większość słuchając ich pasażerów dopijała wtedy jakieś napoje. Wielu nie rozumiało obcojezycznego komunikatu. Wyraźnie zdenerwowane były za to stewardesy, choć nie powinny. W biegu zbierały naczynia. W ostatniej fazie lotu zniknęły. Było cicho. Ludzie wymieniali się beznadziejnymi spojrzeniami. Ktoś za mną zauważył po cichu, że samolot zmienił jakiś czas temu kierunek lotu (zwrócił) i że spuszczał paliwo. Żadnych niepokojących odgłosów żadnego z czterech silników nie było słychać.

    Nigdy nie zapomnę reakcji siedzącego obok kolegi. Marcin wbił paznokcie w ręce moje i naszej wspólnej koleżanki, i szeptem zapytał: Dlaczego ja? Miał powód. Dwa tygodnie wcześniej leciał z Biszkeku do Moskwy, i w nowym boeingu zapalił się jeden z silników. Też lądowali awaryjnie.

     

     

    Na ziemi

    Nasz lot zakończył się szczęśliwie, na płycie monachijskiego lotniska, w szpalerze straży pożarnych i karetek pogotowia. Już na ziemi, przez kwadrans nikt jednak nie miał na tyle sił, aby opuścić pokład samolotu. W pogotowiu byli lekarze. Gdy już wyszliśmy z maszyny, każdy chciał jak najszybciej skontaktować się z bliskimi czekającymi na przylot na lotnisku w Warszawie.  Mnie się to udało za czwartym razem, bo emocje ściskały gardło i kompletnie nie była w stanie mówić. Niektórzy ludzie płakali, inni wkładali w usta po dwa papierosy. Marcin usiadł pod ścianą i oświadczył, że samolotem dalej nie poleci.  Po trzech godzinach dał się przekonać. Niemcy zaprosii nas na obiad i ciś mocniejszego, przebukowano nam bilety i ponownie wzbiliśmy się w niebo.

    Gdy słucham doniesień o poszukiwaniach airbusa, wyobrażam sobie miejsce upadku samolotu do wody. Atlantyk. W tym roku po raz pierwszy w życiu leciałam blisko dwie godziny nad Oceanem Atlantyckim. Mam wrażenie, że poczucie ludzkiej słabości i nicości w maszynie lecącej nad wielką wodą jest silniejsze od naturalnego strachu w sytuacji, gdy samolot porusza nad lądem. Także dotarcie do szczątków maszyny i zorganizowanie akcji ratunkowej trwa bardzo długo. Ale samoloty rozbijają się też na lotniskach….

    A ludzie jak latali, tak latać będą.

     

    Ekstremalnie

    Sama zaryzykowałam w marcu lot nad górami Tien-Szan  samolotem kirgiskim, który ze względu na stan techniczny nigdy nie zostałby dopuszczony do ruchu w Europie. Naczytałam się wcześniej o tych azjatyckich liniach podróżach wiele. Skóra cierpła mi ze strachu, ale wsiadłam. Z przerażeniem zauważyłam, że na pokładzie prawie wszyscy bezkarnie rozmawiali przez komórki. W nowoczesnych samolotach to zakazane, ze względu na możliwość zakłócania urządzeń pokładowych. W powrotnej drodze sama skorzystałam z tego przyzwolenia i wykonałam telefon do domu z nad Tien-Szanu. Wiedziałam też, że Antonowy24, pilotowane są przez bardzo doświadczonych radzieckich pilotów, którzy mają wylatane po kilka tysięcy godzin w powietrzu, m.in.. w Afganistanie. I że komórki są dla bezpieczeństwa lotu w takich maszynach bez znaczenia, bo i tak wszystko jest w rękach pilota. Najlepsi z nich w razie awarii mogą podobno posadzić maszynę na szczycie góry. To dodaje odwagi.

    Ta moja podróż w Azji (w dwie strony), zakończyła się szczęśliwie. Widoków z góry nie zapomnę nigdy. Bajka. A piloci są tam rzeczywiście mistrzami. Do samolotu wsiadają tuż przed startem, pierwsi też z niego wysiadają. Gdy po lądowaniu przechodzą przez pokład, siedzący wciąż pasażerowie dziękują im za szczęśliwy lot gromkim: „spasiba”. To taki lokalny obyczaj odróżniających ludzi Wschodu np. od polskich pasażerów linii czarterowych, którzy biją brawo, gdy samolot pomyślnie wystartuje lub gdy pilot szczęśliwie posadzi go na ziemi.

    Czy ktoś z państwa miał podobne przygody w powietrzu? Co czujecie słysząc o lotniczych katastrofach?

     

     

    Komentarze:

    keko

    Data dodania: 05.06.2009, 13:49

    Leciałem samolotem zaledwie dwa razy do UK i z powrotem. Podróż krótka bo trwająca 2 godziny ale za pierwszym razem byłem pełen obaw. Wiał silny wiatr i średnio co 5 minut turbulencje. Nigdy nie zapomnę uczucia gdy mogłem odetchnąc jak samolot wylądował. Byłem jednak cały mokry :) Z powrotem było już lepiej ale myślę że każdy lot samolotem wiązałby się z dużą dawka adrenaliny. Nawet lot dobrymi europejskimi liniami może zakończyc sie tak jak feralny z Brazylii do Francji. Wiadomo mówi sie że na drogach ginie więcej osób ale mimo wszystko w samochodzie czuję się dużo bezpieczniej i nie kosztuje mnie to tak jak lot samolotem. Każda informacja o katastrofie lotniczej mnie elektryzuje i to chyba od czasu jak w TVN oglądałem serie odcinków na ten temat. Ostatnio nawet czytałem na internecie fragmenty książki J. Reszki "Cześc! giniemy", opisane są tam dokładnie dwie największe katastrofy lotnicze polskiego lotnictwa cywilnego czyli samolotu Kopernik w 1980 i Kościuszko w 1987 roku. Autor opisał tam dokładnie co działo się na pokładzie samolotów. Szczególnie opis katastrofy samolotu Kościuszko zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Samolot miał awarię i wracał do Warszawy, jednak pomimo wysiłku załogi nie doleciał. W internecie znalazłem zapis rozmów kabiny z kontrolą lotów, znajduje się tutaj: http://memmento.salon24.pl/92423,r-i-p-z-czarnej-skrzynki-il-62-kosciuszko. Myślę że gdybym nie oglądał filmów dotyczących katastrof ani nie drążył tematu przed moim pierwszym lotem byłbym o wiele spokojniejszy. Pozdrawiam